ONZ: Przypadki ścięcia głowy dzieciom w Republice Środkowoafrykańskiej

Przemoc, do której dochodzi w Republice Środkowoafrykańskiej, zagraża dzieciom - wynika z danych Organizacji Narodów Zjednoczonych. Według ONZ, przynajmniej dwojgu dzieci ścięto głowę, a tysiące zmuszono do walki.

Jak podaje serwis CNN, od czasu wybuchu zamieszek w stolicy kraju Bangi 5 grudnia ONZ zbadało 16 przypadków śmierci dzieci. Dziesiątki innych zostało rannych.

"Jesteśmy świadkami bezprecedensowej skali przemocy przeciwko dzieciom. Coraz więcej dzieci jest zmuszanych do wstąpienia do grup zbrojnych, stają się również obiektami brutalnych ataków odwetowych" - powiedział Souleymane Diabate, przedstawiciel UNICEFu w Republice Środkowoafrykańskiej.

Reklama

Z danych ONZ wynika, że pod koniec 2013 roku liczba dzieci-żołnierzy uległa podwojeniu - obecnie jest ich około 6 tysięcy.

"Atakowanie dzieci to pogwałcenie prawa międzynarodowego i praw człowieka, i musi natychmiast ustać. Sytuacja wymaga konkretnych przeciwdziałań" - dodał Diabate.

W stolicy kraju około 370 tysięcy ludzi musiało uciekać ze swoich domów. Od marca w skali całego kraju zanotowano 785 tysięcy uchodźców.

Sytuacja w Republice Środkowoafrykańskiej uległa zaostrzeniu w marcu 2013 roku, gdy muzułmańscy rebelianci z ugrupowania Seleka obalili rządy chrześcijańskiego prezydenta Francois Bozize. W kraju stacjonuje kontyngent 1,6 tysiące żołnierzy francuskich, którzy wraz z kilkoma tysiącami wojsk Unii Afrykańskiej mają ocalić republikę od wojny religijnej.

Burzliwa historia

Burzliwa historia tego niepodległego od 1960 r. kraju w sercu Afryki składa się niemal wyłącznie z rządów brutalnych tyranów (najsławniejszym, choć mroczna to sława, był Jean Bedel Bokassa, który koronował się na cesarza), zamachów stanów i wojen domowych, ale nigdy dotąd wstrząsające tym państwem konflikty nie przerodziły się w wojnę religijną, a religia nie odgrywała dotąd żadnej roli w polityce.

 Chrześcijanie stanowią ponad połowę ludności tej byłej francuskiej kolonii i odkąd ogłosiła ona niepodległość sprawowali w niej władzę. Wszyscy dotychczasowi prezydenci byli chrześcijanami i wszyscy z wyjątkiem jednego wywodzili się w dodatku z zamieszkanego przez chrześcijan południa.

 Muzułmanie stanowiący ok. 20 proc. ludności od lat narzekali, że przez chrześcijan z południa traktowani są jak obywatele drugiej kategorii, ale nawet gdy wywoływali zbrojne rebelie, to prędzej czy później na czele ich buntu stawali i przejmowali go dla własnych celów chrześcijańscy politycy i wojskowi. Muzułmańska północ, wstrząsana powstaniami i nędzą, pogrążała się w anarchii, a rzeczywistą władzę w niej przejmowali wszelkiej maści watażkowie, nastawieni bardziej na kontrabandę i kłusownictwo niż myślący o przejęciu władzy w Bangi.

 Słaba i biedna, Republika Środkowoafrykańska, a zwłaszcza jej muzułmańska północ, afrykańskie Dzikie Pola, była też od lat kryjówką dla partyzantów z niemal wszystkich ościennych państw, z Sudanu, Konga, Czadu, a nawet Ugandy.

 Sytuacja zmieniła się przed rokiem, gdy pięć partyzanckich armii z północy postanowiło zjednoczyć się, by obalić skorumpowanego dyktatora Francois Bozize, który jak wszyscy poprzednicy władał krajem jak prywatnym folwarkiem, rozdając posady i przywileje swoim krewnym i rodakom z ludu Gbaya.

 Rebelianci, będący niemal bez wyjątku muzułmanami, w marcu wzięli szturmem Bangi, obalili i przegnali z kraju Bozize, a nowym prezydentem ogłosili swojego przywódcę Michela Djotodię, który w ten sposób został pierwszym muzułmańskim władcą kraju. Afryka uznała w nim prezydenta, kiedy obiecał, że do 2015 r. przeprowadzi wolne wybory, ale sam nie weźmie w nich udziału.

 Po zdobyciu władzy powstańczy sojusz Seleka (w miejscowym języku sango znaczy to właśnie sojusz) rozpadł się jednak na niepodlegające niczyjej kontroli armie łupieżców, którzy przestając zważać na cokolwiek i nie słuchając rozkazów prezydenta, zabrali się za grabienie i pogromy chrześcijan z Bangi. Do pogromów chrześcijan zaczęło dochodzić też na pogrążonej w całkowitej anarchii północy. Ratując się przed przemocą, jedna piąta 5-milionowej ludności kraju porzuciła swoje domy.

 Jesienią chrześcijanie zaczęli skrzykiwać się w zbrojne milicje, które przybrały nazwę "Anti-balaka - Anty-maczeta" i przystąpiły do odwetu (maczety są powszechnym orężem, używanym w walkach przez obie strony). Na początku grudnia chrześcijańskie milicja wraz z b. żołnierzami Bozize, wciąż śniącego o powrocie do władzy, zaatakowały Bangi, gdzie doszło do pogromu muzułmanów.

 Gdy walki zaczęły przeradzać się w wojnę religijną, Francja, obawiając się, że pogromy przybiorą ludobójczą skalę, postanowiła wysłać do Bangi 1,6 tys. żołnierzy, by wspierani przez wojska Unii Afrykańskiej rozpędziły bojówki i zaprowadziły spokój.

 Francuzi, z błogosławieństwem ONZ, wylądowali na początku grudnia i błyskawicznie spędzili bojówki z ulic stolicy. W mieście po raz pierwszy od wielu miesięcy zapanował spokój. Na krótko, bo wkrótce znów zaczęło dochodzić do starć i pogromów, a uważając Francuzów za swoich sojuszników, chrześcijańskie milicje przystąpiły do nowych ataków na muzułmanów i zażądały, by wycofani z kraju zostali muzułmańscy żołnierze z Czadu, wchodzący w skład sił pokojowych Unii Afrykańskiej. Muzułmanie z kolei nieufnie odnoszą się do przybyłych Francuzów, podejrzewając ich o sprzyjanie chrześcijanom.

PAP/INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Afryka | Republika Środkowoafrykańska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje