Poczobut: Miałem uczucie, że jestem zakładnikiem

Korespondent "Gazety Wyborczej", działacz nieuznawanego przez władze Związku Polaków na Białorusi Andrzej Poczobut, skazany we wtorek za zniesławienie prezydenta Alaksandra Łukaszenki na trzy lata więzienia w zawieszeniu na dwa lata, powiedział PAP, że w trakcie procesu czuł się zakładnikiem.

PAP: Jaka była pana pierwsza myśl po ogłoszeniu wyroku?

Reklama

Andrzej Poczobut: - To, że wyjdę, że zaraz wyjdę zza krat i będę mógł podejść do mojej żony, która stała naprzeciwko mnie. Byłem przekonany, że zaraz powiedzą: "Trzy lata (kolonii karnej)". Kiedy mnie prowadzono z celi na rozprawę, widziałem, że samochód więzienny, którym przywieziono mnie jednego, stoi i czeka. Myślałem, że rozprawa przejdzie szybko i zabiorą mnie tym samochodem z powrotem.

Jak pan ocenia teraz, dlaczego wytoczono panu proces?

- W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie chodzi o mnie, ani generalnie o to, co napisałem, a chodzi o jakąś bardzo dużą politykę, a ja jestem po prostu zakładnikiem. Świadczyło o tym przeciąganie procesu, czekanie na to, aż Polska obejmie przewodnictwo w Unii Europejskiej. Jeszcze w styczniu dowiedziałem się, że będę skazany i że władze białoruskie traktują mnie jako zakładnika, że jestem bardzo dogodną osobą, którą można wsadzić do więzienia. Wiedziałem, że jest decyzja, że będę siedział, że władze białoruskie sporządziły listę Polaków, których mogą wsadzić do więzienia, by ukarać w ten sposób Polskę za aktywną politykę. Numerem jeden na tej liście byłem ja, dlatego bardzo mi zależało, żeby nie było żadnych ustępstw w sprawie odzyskania przeze mnie wolności - dlatego, że dzisiaj mnie zwolnią, a jutro mogą wsadzić dziesięć innych osób.

Czy będą jakieś ustępstwa?

- Mam nadzieję, że żadnych ustępstw nie było i nie ma. Po tym, jak zostały wprowadzone sankcje gospodarcze (ze strony UE wobec trzech białoruskich przedsiębiorstw - red.), stało się zrozumiałe, że żadnych ustępstw nie ma, wręcz przeciwnie. Pomyślałem wówczas, że jeśli jest takie twarde stanowisko, to w najgorszym przypadku skończy się na mnie.

Jak przebiegał pański proces?

- Miałem takie wrażenie, że wszystko jest przeciągane w czasie, że w tym wszystkim jest jakaś gra. Dowodami były zeznania trzech ekspertów, którzy dowodzili, że znieważyłem i zniesławiłem prezydenta (Alaksandra) Łukaszenkę w swoich ośmiu artykułach. Ostatecznie prokuratura zrezygnowała z zapisów w moim blogu i w ostatecznym akcie oskarżenia figurowały artykuły w "Gazecie Wyborczej" i jeden na portalu "Biełorusskij Partizan" (opozycyjny portal internetowy - red.). Ekspertyzy były robione przez specjalistów wskazanych przez KGB. Byli to: szef wydziału ideologicznego administracji obwodu grodzieńskiego i szef służb prasowych urzędu miejskiego, którzy zrobili jedną ekspertyzę oraz profesor Państwowego Uniwersytetu w Grodnie, wykładowca języka rosyjskiego. Ustalenia ich były podobne, wybrali mniej więcej te same wypowiedzi. Z wydziałem ideologii sprawa jest zrozumiała, są to ludzie m.in. mianowani przez administrację prezydenta, więc to nie jest ekspert, bo on musi być bezstronny. Co się tyczy profesora języka rosyjskiego - nie wyglądał na szczęśliwego na procesie.

Co mówili eksperci?

- Według nich znieważyłem Łukaszenkę nazywając go dyktatorem i dopuściłem się oszczerstwa pisząc, że fałszuje wyniki wyborcze. To było absurdalne, nikt z nich nie wiedział z prawnego punktu widzenia, czym jest znieważenie prezydenta czy oszczerstwo pod adresem prezydenta - prawnicze określenia są bardzo ścisłe, a oni nie znali ich, nie potrafili tego wyjaśnić.

W jakim języku były pańskie artykuły?

- Żaden nie był po rosyjsku, były po polsku i zostały przetłumaczone - z błędami. Na przykład zdanie: "W ciągu ostatnich lat dyktator stał się największym białoruskim celebrytą" słowo "celebryta" zostało przetłumaczone jako: "wierszitel swiaszczennodiejstwia" (co można na polski przetłumaczyć jako celebrans - red.).

Proponowano panu pokajanie się przed prezydentem?

- Tydzień po tym, jak znalazłem się w więzieniu, do mojej celi przyszedł prokurator obwodu grodzieńskiego, który wszczął wobec mnie sprawę karną. Złożyłem szereg skarg, po czym prokurator powiedział mi, że na pewno wiem, że w Lidzie została wszczęta sprawa karna za artykuł w internecie. Przypomniał, że ten autor poprosił o wybaczenie urzędnika, o którym pisał, i sprawa została umorzona. Powiedział, że ta sama sytuacja może zdarzyć się ze mną i że ode mnie zależy, czy tak będzie. Powiedziałem, że kajać się nie będę. Na tym się skończyło.

Czy grożono panu?

- Nie, żadnych takich ekscesów nie było.

W jakim więzieniu pan był, z kim, w jakich warunkach?

- Byłem w więzieniu przy ul. Kirowa, w centrum miasta - tam, gdzie siedzieli żołnierze Armii Krajowej w latach 40. W celi początkowo siedziały cztery osoby: mężczyzna uznany przez sąd za szefa gangu złodziei samochodów z Nowopołocka, przedsiębiorca skazany po tym, jak stracił stanowisko jego znajomy wysoki urzędnik, biznesmen z Witebska, chłopak skazany za przechowywanie narkotyków. Ktoś przychodził, odchodził. Siedział ze mną też Polak z Litwy w wieku 65 lat, który przeszedł granicę, by mieszkać na Białorusi, bo oglądał dużo białoruskiej telewizji i myślał, że to kraj mlekiem i miodem płynący. Wylądował w więzieniu za nielegalne przejście granicy.

W więzieniu dużo zależy od rozkazu administracji i rozumiem, że nie było rozkazu, by utrudniać mi życie. Gdyby był taki rozkaz, miałbym trudniejsze życie. Wcześniej powiedziałem adwokatowi, że jeśli ogłoszę strajk głodowy, to znaczy, że jest wobec mnie używana presja fizyczna czy próba brutalnego zachowania. Dzięki Bogu, nie musiałem tego robić. Był przypadek, że strażnik uścisnął mi rękę, kiedy zostaliśmy sam na sam i powiedział: "Trzymaj się, nic strasznego nie będzie, wszystko będzie dobrze". I nie spotkałem tam ludzi, z jednej i drugiej strony więzienia, którzy są amatorami Łukaszenki.

Jakie listy dostawał pan w więzieniu?

- Przychodziło dużo ładnych kartek z Polski, z ładnymi widokami. Oglądałem je, bo świat zwęził się do rozmiaru celi pomalowanej na zielony kolor z białym sufitem. Rzeczywistość była biało-zielona i szaro-brudna. Napisali krewni z Polski, z którymi nie miałem kontaktu. Pisało dużo dobrych, miłych ludzi, jestem im bardzo wdzięczny. Dostałem też list z więzienia śledczego w Białymstoku - była to kartka ze stemplem "sprawdzono przez cenzurę". Ten list został natychmiast dostarczony, dostałem go po trzech dniach od wysłania, choć generalnie dostawałem listy po miesiącu. Więzień z Polski pisał: "Trzymaj się, koledzy z celi też pozdrawiają". Najwięcej było listów z Polski, potem z Białorusi. Pisali też Białorusini z Polski i ludzie z małych miasteczek na Białorusi, o których nie wiem, gdzie są. I dostawałem też listy po angielsku.

Jak będzie pan postępował z wyrokiem w zawieszeniu?

- Zamierzam nadal pracować dla "Gazety Wyborczej" i działać w Związku Polaków. Oczywiście, będą jakieś ograniczenia, na przykład nie będę mógł opuszczać kraju. Jednak żadne zasadnicze zmiany w postaci łagodzenia, czy niepisania o czymś, nie wchodzą w grę. Nadal będę też działał w Związku Polaków; jestem bardzo wdzięczny tym ludziom ze związku, którzy przychodzili pod sąd.

Czy nie obawia się pan dalszych kroków białoruskiego wymiaru sprawiedliwości wobec pana?

- Związek Polaków na Białorusi jest od dawna traktowany jako zakładnik przez Łukaszenkę. I dopóki ten reżim ma taki charakter, jaki ma, pozostajemy tymi zakładnikami. Jednak te czasy, w których żyjemy, nie są najgorsze w porównaniu z latami 40., gdy Polaków wysyłano masowo do łagrów, czy czasami sowieckimi, kiedy ich oficjalnie nie było. Jeśli spojrzeć w perspektywie historycznej, to teraz mamy odwilż. Podkreślam, że działamy w oparciu o prawo i konstytucję. Tak więc, tu żadnych zmian nie będzie.

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Poczobut | Białoruś

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje