Premier Jaceniuk: Koalicja wciąż istnieje

Premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk uznał w piątek, że koalicja w Radzie Najwyższej, którą opuściły już dwie siły parlamentarne, wciąż istnieje. Szef rządu oświadczył, że koalicja będzie trwać, dopóki będzie miała 226 głosów w 450-osobowym parlamencie.

W rozmowie ze stacjami telewizyjnymi Jaceniuk wyjaśnił, że dla utrzymania większości w Radzie konieczne jest zakończenie rozmów z Partią Radykalną deputowanego Ołeha Laszki. To populistyczne ugrupowanie należało do koalicji do września ubiegłego roku, po czym ogłosiło, że z niej wychodzi.

Reklama

- Musimy zakończyć rozmowy z Partią Radykalną, by doprowadzić do jej powrotu do koalicji i podpisać nową umowę koalicyjną  - powiedział, informując, że rozmawiał już o tym z Laszką.

W komentarzu do prób usunięcia go ze stanowiska premiera Jaceniuk zaznaczył, że z politycznego punktu widzenia dymisja byłaby dla niego korzystna. - Mógłbym powiedzieć, że realizowaliśmy reformy, że za moich rządów wypłacane były wynagrodzenia i emerytury, były subsydia i mniejsze podatki. Oznacza to, że dla mnie samego byłoby wygodniej, gdybym został odwołany- oświadczył.

Co zyskali oligarchowie w ciągu ostatnich dwóch lat?

Premier ocenił, że z jego rządów mogą być niezadowoleni przede wszystkim oligarchowie, którzy wiele na nich stracili. - Co zyskali oligarchowie w ciągu ostatnich dwóch lat? Nie sprywatyzowali ani jednego obiektu. Kombinaty państwowe i inne firmy, które były przez nich dzierżawione, powróciły do państwa - powiedział Jaceniuk, podkreślając, że w rządzie nie ma obecnie ani jednego reprezentanta grup oligarchicznych.

W czwartek ukraińską koalicję rządową, w której dominuje prezydencki Blok Petra Poroszenki i Front Ludowy Jaceniuka, opuściła partia Samopomoc mera Lwowa Andrija Sadowego. Odejście 26 posłów tej frakcji oraz taka sama decyzja podjęta wcześniej przez Batkiwszczynę byłej premier Julii Tymoszenko oznacza, że koalicja może liczyć na poparcie tylko 217 deputowanych i nie ma większości 226 głosów w liczącym 450 osób parlamencie.

We wtorek na Ukrainie doszło do nieudanej próby zdymisjonowania Jaceniuka, którą w mediach określono mianem spisku oligarchów. Premiera próbowano usunąć, gdy przedstawiał on w parlamencie sprawozdanie ze swej rocznej działalności.

Przed prezentacją posłowie zebrali 150 podpisów pod wnioskiem o dymisję premiera. Złożyli je także m.in. posłowie bloku prezydenta. Pozwalało to oczekiwać, że Jaceniuk zostanie odwołany, jednak tak się nie stało. Deputowani najpierw odrzucili w głosowaniu sprawozdanie rządu, lecz następnie zabrakło im głosów, aby wyrazić wobec niego wotum nieufności.

Efekt spisku oligarchów

Deputowany bloku Poroszenki, były dziennikarz Serhij Łeszczenko oświadczył wówczas, że jest to efekt spisku oligarchów, nieoficjalnego porozumienia między przywódcami sił politycznych i grupami kontrolowanymi przez oligarchów Ihora Kołomojskiego i Rinata Achmetowa.

Dymisja rządu oznaczałaby, że na Ukrainie odbędą się wcześniejsze wybory. Komentatorzy sądzą jednak, że mimo konfliktu między Jaceniukiem a Poroszenką żaden z nich na razie ich nie chce. Dla partii Front Ludowy Jaceniuka, który ma bardzo niskie poparcie społeczne, mogłyby one oznaczać pożegnanie z parlamentem. Ugrupowanie Poroszenki także mogłoby na nich stracić. Na wyborach tych mógłby zyskać jedynie obóz prorosyjski, związany ze zbiegłym do Rosji byłym prezydentem Wiktorem Janukowyczem.

Rząd Jaceniuka krytykowany jest za brak woli do zdecydowanej walki z korupcją i opieszałość w reformowaniu państwa. Na początku lutego do dymisji podał się pochodzący z Litwy minister rozwoju gospodarczego Aivaras Abromaviczus, który wprost oświadczył, że reformy na Ukrainie są umyślnie blokowane.

Prezydent Ukrainy uzyskuje prawo rozwiązania parlamentu i rozpisania nowych wyborów, jeśli nowa koalicja nie zostanie sformowana w ciągu miesiąca od rozpadu starej.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje