Premier May wydała zgodę dla wojskowego uderzenia w Syrii

​Brytyjska premier Theresa May poinformowała w sobotę nad ranem, że wydała zgodę dla wojska na rozpoczęcie "skoordynowanych i wymierzonych ataków" odwetowych mających na celu osłabienie reżimu Baszara el-Asada w Syrii i jego zdolności do ataków chemicznych.

Informacja o decyzji szefowej rządu zakończyła kilkudniowe spekulacje mediów dotyczących brytyjskiego zaangażowania w interwencji. W czwartek wieczorem swoje poparcie dla podjęcia działania udzieliła brytyjska rada ministrów, która spotkała się na nadzwyczajnym posiedzeniu i jednogłośnie poparła plan militarnego powstrzymania reżimu el-Asada.

Reklama

W sobotnim oświadczeniu May zaznaczyła, że decyzja została podjęta "we współpracy z sojusznikami w Stanach Zjednoczonych i we Francji" po ubiegłotygodniowym ataku chemicznym w Dumie w Syrii, w którym zginęło od 60 do 75 osób, w tym wiele dzieci.

"Syryjski reżim ma historię używania broni chemicznej przeciwko własnym obywatelom w najbardziej brutalny, odrażający sposób. Znacząca ilość informacji wywiadowczych wskazuje na to, że ponosi także odpowiedzialność za ten ostatni atak. Ten powtarzający się sposób zachowania musi zostać zatrzymany - nie tylko, aby chronić niewinnych ludzi w Syrii przez okropną śmiercią i obrażeniami wywołanymi bronią chemiczną, ale także nie pozwalając na erozję międzynarodowych norm, które regulują użycie tej broni" - podkreśliła brytyjska premier.

May zaznaczyła, że "próbowano wykorzystać każdą dostępną ścieżkę dyplomatyczną", ale te wysiłki były powstrzymywane, m.in. przez rosyjskie weto w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. "Nie ma praktycznej alternatywy wobec użycia siły w celu zdegradowania i powstrzymania użycia broni chemicznej przez syryjski reżim" - oceniła.

Szefowa rządu zapewniła, że celem uderzenia "nie jest interwencja w wojnę domową, ani zmiana reżimu", a "niedoprowadzenie do dalszej eskalacji napięć i zrobienie wszystkiego, co możliwe, aby powstrzymać dalsze ofiary cywilne".

"Szybkość, z jaką działamy, jest niezbędna w ramach współpracy z naszymi sojusznikami, aby załagodzić dalsze cierpienie humanitarne i zapewnić bezpieczeństwo naszych operacji" - tłumaczyła brytyjska premier.

Jak podkreśliła, podjęła "nielekką" decyzję o użyciu brytyjskich wojsk w walce, "bo uważa, że jest ona w brytyjskim interesie narodowym".

"Nie możemy dopuścić do tego, aby użycie broni chemicznej było normalizowane - wewnątrz Syrii, na ulicach Wielkiej Brytanii czy gdziekolwiek w naszym świecie. Wolelibyśmy obrać alternatywną ścieżkę (działania), ale w tej okazji jej nie ma" - napisała.

May stwierdziła przy tym, że "historia uczy nas, że społeczność międzynarodowa musi bronić zasad i standardów, które dbają o nasze bezpieczeństwo". "To jest to, co nasz kraj zawsze robił i będzie robił nadal" - zaznaczyła.

Szefowa rządu podjęła decyzję bez uprzedniego uzyskania poparcia przebywającej na wielkanocnych wakacjach Izby Gmin, co zdaniem wielu komentatorów może stanowić złamanie parlamentarnego zwyczaju. Lider opozycyjnej Partii Pracy sprzeciwiał się w ostatnich dniach w rozmowie z mediami dalszej eskalacji konfliktu w Syrii i podkreślał, że jego zdaniem May ma obowiązek wcześniejszej konsultacji z parlamentem.

Według opublikowanego w czwartek badania YouGov podobnego zdania było aż 61 proc. Brytyjczyków. Przeciwnego zdania było zaledwie 18 proc.

Jednocześnie plany operacji militarnej popierało jedyne 22 proc. ankietowanych, podczas gdy 43 proc. było przeciwko. Aż 34 proc. nie miało w tej sprawie zdania.

Serwis internetowy dziennika "The Telegraph" podał, że Wielka Brytania wykorzystała w pierwszej fazie interwencji cztery samoloty Królewskich Sił Powietrznych (RAF) Tornado GR4, które zbombardowały cel wojskowy ok. 15 mil na zachód od syryjskiego miasta Homs, który był podejrzewany o przechowywanie elementów składowych broni chemicznej.

Na sobotę rano zapowiedziano konferencję prasową z udziałem May.

Z Londynu Jakub Krupa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy