Prezydenci regionu Wielkich Jezior radzą, jak uniknąć wojny

Przywódcy państw z regionu afrykańskich Wielkich Jezior zebrali się we wtorek na dwudniowej naradzie, która ma zapobiec wybuchowi nowej, regionalnej wojny w DR Konga, gdzie w ciągu ostatnich kilkunastu lat w rebeliach i rzeziach zginęło kilka milionów ludzi.

W ugandyjskiej stolicy, Kampali, po raz pierwszy od wybuchu najnowszej z kongijskich rebelii spotykają się prezydenci Demokratycznej Republiki Konga i Rwandy - Joseph Kabila i Paul Kagame. Ten pierwszy oskarża wprost Rwandyjczyka o wspieranie bronią i pieniędzmi kongijskich rebeliantów. Kagame zaprzecza, choć inspektorzy ONZ z rekonesansowej misji w Kongu wrócili z niezbitymi dowodami winy Rwandy. Kagame zarzuca za to Kabili, że ten wciąż pozwala, by na terytorium Konga działali rwandyjscy rebelianci, pragnący przenieść wojnę domową do Kigali.

Ruch 23 Marca i ingerencja sąsiedniej Rwandy

Reklama

Najnowsza ze zbrojnych rebelii na wschodzie Konga wybuchła pod koniec marca, gdy wywodzący się z kongijskich Tutsich żołnierze zdezerterowali z rządowego wojska i założyli partyzantkę Ruch 23 Marca. Rząd z Kinszasy od początku twierdził, że na czele buntu stoi były generał Bosco Ntaganda, oskarżany przez Międzynarodowy Trybunał Karny o wojenne zbrodnie, popełnione, gdy przed wcieleniem do wojska uczestniczył jako watażka w wojnie domowej. Rozesłanie listów gończych za Ntagandą stało się jednym z powodów buntu jego żołnierzy.

Drugim powodem - utrzymuje Kinszasa - jest kolejna ingerencja sąsiedniej Rwandy, która od 1996 r. sama dokonuje zbrojnych inwazji albo wspiera w Kongu lokalne rebelie, by sprawować faktyczną kontrolę nad wschodnim Kongiem i plądrować tamtejsze złoża cennych minerałów.

Ruch 23 Marca jest już czwartą od 1996 r. kongijską rebelią, wspieraną przez Rwandę. Najnowsza historia sąsiedzkich sporów i zbrojnych inwazji zaczęła się w 1994 r., gdy kilka milionów rwandyjskich Hutu, po wymordowaniu kilkuset tysięcy Tutsich, schroniło się na wschodzie Konga przed zemstą partyzantów Tutsich, którzy wygrali wojnę domową w Rwandzie i przejęli władzę w Kigali.

Dwa lata później rządzący Rwandą Tutsi podburzyli do buntu swoich rodaków z Konga, by rozpędzić obozy uchodźców Hutu, a także partyzantkę, jaką w nich założyli, by wywołać wojnę w Rwandzie i odzyskać władzę. W 1997 r. wspierani przez Rwandę, kongijscy Tutsi zdobyli Kinszasę i obalili prezydenta Mobutu Sese Seko. Nowym prezydentem Konga został ogłoszony przywódca powstania i faworyt Rwandy Laurent-Desire Kabila.

Rok później, gdy Kabila próbował uniezależnić się od Rwandy, ta wywołała na wschodzie Konga nową rebelię, tym razem przeciwko dawnemu protegowanemu. Rebelia przerodziła się w regionalną wojnę, w której wzięło udział pół tuzina obcych państw i w której zginęło prawie 5 mln ludzi. Wojnę przerwał dopiero w 2003 r. wymuszony przez ONZ rozejm.

W 2007 r. Rwanda wsparła kolejną rebelię kongijskich Tutsich, tym razem wymierzoną przeciwko synowi Kabili, Josephowi, który po śmierci ojca w 2001 r. zastąpił go na stanowisku prezydenta. W 2009 r. kres rebelii położyły porozumienie pokojowe między Kongiem i Rwandą, a także rozejm z partyzantami, na mocy którego zostali oni włączeni do kongijskiego wojska rządowego.

Roli rozjemców podejmą się wojska ONZ?

Wybuchowi nowej, regionalnej wojny ma zaradzić powołanie neutralnych wojsk rozjemczych, które rozdzielą kongijskie wojska i rebeliantów.

Kabila chciałby, aby roli rozjemców podjęły się wojska ONZ, które w sile 20 tys. żołnierzy stacjonują już w Kongu od dziesięciu lat. Kagame uważa, że ponieważ wojska ONZ szkolą i wspierają kongijską armię, trudno je uznać za neutralne. Kabila z kolei ma spore wątpliwości co do neutralności ugandyjskiego gospodarza pokojowej narady. Rozkazał swoim ministrom sprawdzić, czy prawdziwe są podejrzenia, że rebeliantów z Ruchu 23 Marca wspiera też Uganda.

Utworzenie wojsk pokojowych przez państwa regionu (oba Konga, Republika Środkowoafrykańska, Burundi, Rwanda, Uganda, Kenia, Tanzania, Sudan, Angola i Zambia) wymagałoby czasu i spowodowało dodatkowe koszty. Wątpliwe też, by naprędce sklecone siły pokojowe okazały się skuteczne mając przeciwko sobie zaprawionych w walkach partyzantów. Powołany przez Unię Afrykańską i wspierany przez instruktorów z USA specjalny oddział do ścigania ugandyjskiego watażki Josepha Kony'ego od pół roku bezskutecznie tropi go w dżungli i po sawannach afrykańskiego interioru.

Tymczasem partyzanci z Ruchu 23 Marca są już zaledwie 30 km od do Gomy, stolicy prowincji Kiwu Północne. Słabe rządowe wojsko bierze nogi za pas na sam ich widok. Gomy broni 3 tys. kongijskich żołnierzy i pół tysiąca "błękitnych hełmów" z RPA.

Przedstawiciele organizacji dobroczynnych ostrzegają, że przerzucenie niemal wszystkich sił ONZ i kongijskiej armii na wschód kraju do walki z Ruchem 23 Marca uczyniło zupełnie bezbronnymi inne regiony kraju. Korzystają z tego inni rebelianci, którzy podnieśli bunty choćby w sąsiednim Kiwu Południowym, gdzie coraz częściej dochodzi do pogromów, gwałtów i grabieży.

Wojciech Jagielski (PAP)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy