Przeżyła zamach z 11 września. Zabił ją rakotwórczy pył ze zburzonych wieżowców

Obraz pokrytej pyłem z upadających wież World Trade Center, skąpanej w nienaturalnie żółtym świetle pracownicy banku Marcy Borders, stał się jednym z symboli zamachów z 11 września 2001 roku. W miniony poniedziałek bohaterka słynnego zdjęcia zmarła na raka żołądka.

Jak przypomina "The Guardian", chora na raka Borders twierdziła, że nowotwór spowodowany był wdychaniem pyłu i kurzu ze zburzonych przez terrorystów wież World Trade Center.

Reklama

Kuzyn zmarłej John Borde oświadczył, że Borders "odeszła w wyniku choroby, która dręczyła ją od czasu zamachu".

"Tego tragicznego dnia straciła tylu przyjaciół, współpracowników i kolegów. A jednak po tylu latach tamten ból znalazł sposób, by o sobie przypomnieć" - skomentował cytowany przez "The Guardian".

"Jak to możliwe?"

Borders nie miała pojęcia, że stała się bohaterką jednego z "25 najbardziej wstrząsających zdjęć w historii" (według magazynu "Time").

O specyficznej "sławie" córkę poinformowała matka.

Jednak to, co uwiecznił fotograf, stało się przekleństwem Borders.

"Nieustannie zadawałam sobie pytania, czy ten pył nie wywołał u mnie raka? Jestem o tym przekonana, ponieważ wcześniej w ogóle nie chorowałam. Nie miałam wysokiego ciśnienia, cholesterolu czy cukrzycy" - mówiła na kilka miesięcy przed śmiercią gazecie "Jersey Journal".

"Jak to możliwe, że będąc zdrowa, pewnego dnia obudziłam się z nowotworem?" - pytała Borders.

"To była rzeź"

Dobiegał końca pierwszy miesiąc pracy Borders w banku na 81. piętrze w północnej wieży World Trade Center. Gdy samolot uderzył w wieżowce, kobieta - wbrew zaleceniu kierownika - uciekła z budynku i wybiegła na pogrążone w chaosie, spowite pyłem ulice Nowego Jorku.

Przedzierała się przez tłumy rannych i oszołomionych ludzi, gdy ktoś wepchnął ją do lobby jednego z budynków.

Wtedy to fotograf Stan Honda wykonał symboliczne zdjęcie. Wtedy też północna wieża World Trade Center upadła.

"To co widziałam na ulicy, to była rzeź. Ludzie byli poranieni, w ich ciałach wbite były różne przedmioty, krew płynęła od czubka głów do stóp. (...) Sama myślałam, że zginę" - wspominała.

"Na granicy życia i śmierci"

11 września odcisnął potworne piętno na psychice Borders. Nie była w stanie pracować, miała depresję, a na widok samolotu wpadała w panikę. Dodatkowo, uzależniła się od cracku, taniej i syntetycznej odmiany kokainy.

"Przez dziesięć lat ani razu nie byłam w pracy. W roku 2011 byłam na granicy życia i śmierci" - twierdziła.

Co więcej, Borders odebrano prawa rodzicielskie do dwójki dzieci. To był przełom. Od terapii odwykowej w kwietniu 2011 roku, Borders nie tknęła narkotyków.

Ogromna skala zachorowań

To jednak nie był koniec walki. W zeszłym roku Borders dowiedziała się, że ma raka.

Przeszła kilka chemioterapii, operacji i zabiegów radiacji - ostatnią w grudniu zeszłego roku.

Bezskutecznie. 24 sierpnia 2015 roku "dust lady", bo tak mówiono o Borders, zmarła.

"Moja mama dzielnie walczyła. Dla mnie zawsze będzie bohaterką, a jej cząstka będzie żyła we mnie" - powiedziała jej córka Noelle.

Podobne problemy zdrowotne miało tysiące osób, które w dniu zamachu przebywały w sąsiedztwie World Trade Center. U większości z nich zdiagnozowano nowotwór. Skala zachorowań była tak duża, że w 2011 roku ponownie otwarto Fundusz Odszkodowań dla Ofiar 11 Września.

***

Marcy Borders do końca życia przetrzymywała w foliowej torbie zakurzone ubranie, w którym wykonano jej słynne zdjęcie. Nigdy go nie oczyściła, nigdy też nie spojrzała na uwieczniony na fotografii strój z 11 września 2001 roku.

(arwr)

Dowiedz się więcej na temat: World Trade Center | Marcy Borders

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje