Rosyjskie myśliwce na europejskim niebie. Kolejna zimna wojna?

W ostatnich miesiącach dochodzi do incydentów z udziałem rosyjskich myśliwców, które naruszają przestrzeń powietrzną krajów NATO. Wielu publicystów nazywa te przypadki niewinnym „prężeniem muskułów”. – Takie sformułowania bagatelizują problem w swoim wydźwięku. Odbierane są przez czytelników czy słuchaczy jako działania na pokaz. A to bardzo poważny element rosyjskiej polityki bezpieczeństwa o niezwykle istotnych konsekwencjach dla bezpieczeństwa krajów NATO – podkreśla Wojciech Lorenz z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Wszystkie państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego muszą stosować się do ściśle określonych procedur związanych bezpieczeństwem. - Kraje te mają zintegrowany system obrony przestrzeni powietrznej, co oznacza, że każde państwo powinno zapewnić zdolność do reakcji na naruszenie tejże  - mówi ekspert.

Reklama

W przypadku naruszenia przestrzeni powietrznej, państwo, na którego terytorium pojawił się obcy samolot, zobowiązane jest do wysłania własnych myśliwców, które mają ocenić stopień zagrożenia. Czasami zdarza się, że należąca do innego państwa maszyna zjawia się w obcej przestrzeni powietrznej przez przypadek. Rozmówca Interii podkreśla, że sprawdzenie zabłąkanego samolotu ma kluczowe znaczenie.

- Obowiązkiem państwa członkowskiego NATO jest sprawdzenie samolotu: do jakiego państwa należy myśliwiec, dlaczego pojawił się w danej przestrzeni powietrznej. W zależności od tej oceny, państwo NATO podejmuje stosowne działanie. Jeżeli mamy do czynienia z zabłąkanym samolotem, próbuje się nawiązać z nim łączność i naprowadzić go na prawidłowy kurs, jeżeli to samolot wojskowy i można podejrzewać, że działania mają charakter prowokacyjny, należy zaznaczyć swoją zdolność do obrony przestrzeni powietrznej.

- Zabłąkany samolot może być odeskortowany przez myśliwce, a jeżeli coś wskazuje, że samolot zjawił się w obcej przestrzeni celowo i może mieć wrogie zamiary -  można podjąć próbę zmuszenia go do lądowania - wylicza Wojciech Lorenz.

Ocena ewentualnego zagrożenia leży w gestii myśliwców należących do kraju, w przestrzeni którego pojawił się obcy samolot. Na rzeczywistą motywację cudzej maszyny, często wskazuje zachowanie pilota.

- Najpierw podejmuje się próby nawiązania kontaktu przez radio. Jeśli te próby okazują się bezskuteczne, a pilot nie reaguje, istnieje system sygnalizacji, należy podlecieć do obcego samolotu, wskazać kierunek, aby zwrócić uwagę pilota. Można również wywrzeć presję na samolot, aby zmusić pilota do lądowania. Jednym z najbardziej radykalnych sposobów jest demonstracja uzbrojenia bojowego, w które wyposażony jest samolot. To jeden z najpoważniejszych sygnałów ostrzegawczych - ocenia ekspert.

Zwiększona aktywność Rosji?

Rosyjskie samoloty pojawiają się w przestrzeni powietrznej krajów NATO - lub na jej obrzeżach - z wyraźną regularnością. W poniedziałek rosyjskie Tu-160 znalazły się tuż obok przestrzeni powietrznej krajów Beneluksu, wcześniej rosyjskie myśliwce pojawiały się w Estonii, na Litwie, w Polsce, dochodziło również do incydentów z udziałem maszyn rosyjskich i amerykańskich w Syrii, a wiele kontrowersji wzbudziły niedawne manewry Zapad-2017. Czy rzeczywiście można mówić o zwiększonej liczbie podejrzanych działań rosyjskich?

- Należy najpierw precyzyjnie zaznaczać, czy dany samolot wleciał w przestrzeń powietrzną danego kraju czy nie. Co do poniedziałkowego incydentu  - samolot Tu-160 leciał wzdłuż granicy linii powietrznej krajów NATO, wzdłuż linii brzegowej Norwegii, po czym zleciał niżej, gdzie przejęły go belgijskie samoloty. Samoloty norweskie nie mogły wystartować ze względu na bardzo silny wiatr - mówi Wojciech Lorenz.

- Ta sytuacja oczywiście nie znaczy o tym, że Rosjanie nie naruszają przestrzeni powietrznej NATO, bo do takich incydentów również dochodzi. Od kilku lat widać zwiększoną aktywność rosyjską, zarówno lotnictwa, jak i marynarki wojennej, w obszarze państw należących do Sojuszu Północnoatlantyckiego. 

Cele Putina

Zdaniem eksperta, interesy strony rosyjskiej na terytorium NATO powinny być rozpatrywane w kilku aspektach.

- Przede wszystkim doszło do wzrostu napięć między Rosją a NATO. Moskwa, za sprawą swojej aktywności, wskazuje, że jest zdolna do skutecznej obrony Półwyspu Kolskiego, na którym stacjonuje większa część Floty Północnej i główna część potencjału nuklearnego odstraszania, umieszczona na okrętach podwodnych. W sytuacji konfliktu z NATO, Rosja musi być zdolna do stworzenia strefy buforowej, określanej jako "bastion" i nie może pozwolić na to, by do strefy miały zdolność przedarcia siły powietrzne czy marynarka wojenna państw NATO. To podstawowy gwarant bezpieczeństwa rosyjskiego  - okręty podwodne muszą mieć możliwość wypłynięcia na morze i pozostać niewykryte.

Drugim elementem polityki rosyjskiej, jest wywieranie presji na państwa NATO.

- Rosjanie nie mają możliwości, aby wlecieć głęboko w przestrzeń powietrzną Sojuszu, mogą ją naruszać prowokacyjnie, dosyć płytko, na obszarze państw bałtyckich albo wzdłuż granicy przestrzeni powietrznej na północy bądź na południu. Aktywność Rosji na północy jest o wiele większa. Lecąc od Półwyspu Kolskiego wzdłuż Norwegii, można dolecieć do Wlk. Brytanii - zauważa Wojciech Lorenz.

- Obecność samolotów rosyjskich wskazuje, że w przypadku napięć czy kryzysu, który mógłby się przerodzić w konfrontację militarną, Rosjanie próbowaliby zastosować szantaż nuklearny wobec państw Sojuszu, zwłaszcza wobec tych najsilniejszych jak Wlk. Brytania, aby zniechęcić je do udzielania pomocy innym, zagrożonym państwom - prognozuje ekspert.

Innym celem Rosji jest zebranie istotnych danych, które pozwolą ocenić szybkość reakcji państw NATO, poziom uzbrojenia czy skuteczność i sprawność systemów obronnych.

- Dzięki takim przelotom Rosja sprawdza czas reakcji sił NATO. Jeżeli norweskie samoloty nie były w stanie zareagować w poniedziałek z powodu zbyt silnego wiatru, to już jest ważną informacją dla Moskwy - zauważa rozmówca Interii.

Kolejnym celem rosyjskiej polityki jest świadome budowanie napięcia, które przypomina działania USA i Rosji podczas zimnej wojny.

- Między Rosją a NATO istnieją różne obszary sporne, jak np. Ukraina, przyszły kształt bezpieczeństwa europejskiego - to, jaki status będzie miał były obszar sowiecki i czy NATO będzie kontynuować politykę otwartych drzwi, zachęcając byłe radzieckie państwa do dołączenia do Sojuszu. Rosja stara się teraz podnosić koszty dla Zachodu poprzez prowokacyjne zachowania - nie tylko loty, ale i ćwiczenia wojskowe czy demonstracyjne odpalanie rakiet zdolnych do przenoszenia broni nuklearnej. - ocenia Wojciech Lorenz.

- Putin liczy na to, że działania rosyjskie na tyle zdestabilizują sytuację w regionie, iż - według rosyjskich kalkulacji - zmusi to NATO do negocjacji i ustępstw korzystnych dla Rosji.

Ostatnim celem Rosji jest działanie przypominające czasy Zimnej Wojny - blokada dostępu USA do Europy drogą morską. Czy to realne?

- Rosyjska flota musi mieć zdolność wypłynięcia na Atlantyk.  Droga z USA do Europy prowadzi przez obszar między Islandią, Grenlandią a Wlk. Brytanią. Obecność rosyjskich okrętów podwodnych i nawodnych może skutecznie zablokować tę drogę. 

Nowa zimna wojna?

Zdaniem eksperta obecna relacje między państwami NATO a Rosją są wyjątkowo napięte. Mimo że niektórzy publicyści nazywają działania rosyjskie "prężeniem muskułów", rzeczywiste konsekwencje prowokacji rosyjskich mogą być zdecydowanie poważniejsze.

- Takie sformułowania bagatelizują problem w swoim wydźwięku. Odbierane są przez czytelników czy słuchaczy jako działania na pokaz. A to bardzo poważny element rosyjskiej polityki bezpieczeństwa o niezwykle istotnych konsekwencjach dla bezpieczeństwa krajów NATO - twierdzi ekspert.

Trudne stosunki między Sojuszem a Rosją przypominają zatem czasy Zimnej Wojny. Kolejnym podobieństwem jest też intensywne uzbrojenie stref buforowych.

- Inwestycje w nowe rodzaje uzbrojenia - to tendencja, która zmniejsza a nie zwiększa poziom bezpieczeństwa w Europie. Z drugiej strony - Sojusz Północnoatlantycki podejmuje działania, które mają odstraszyć Rosję i ograniczyć błędy w kalkulacjach podczas oceny determinacji państw członkowskich NATO w obronę własnego terytorium. Przede wszystkim chodzi o to, by Rosja nie podjęła próby podważenia wiarygodności NATO, co mogłoby się skończyć poważniejszym kryzysem.

Wojciech Lorenz uważa też, że dla zapewnienia bezpieczeństwa bardzo ważne jest podejmowanie stosownych działań przez państwa NATO.

- NATO powinno pokazać, że jest nie tylko gotowe do podjęcia działań obronnych. Obecność Batalionowych Grup Obronnych w państwach bałtyckich czy w Polsce to tzw. "mechanizm detonatora", który miałby sprawić, że w sytuacji działań ze strony Rosji na wschodniej flance, cały Sojusz automatycznie zostałby uwikłany w konflikt, co wymusi reakcję całego NATO. To istotny element odstraszania Rosji - mówi ekspert.

- Dzięki tym gwarancjom, możemy patrzyć spokojniej na rosyjskie próby zastraszenia NATO. Nic nie wskazuje na to, żeby Sojusz i USA - główny partner NATO - dały się zastraszyć Putinowi - podsumowuje Wojciech Lorenz.

Tomasz Majta

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje