"Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary"

Ekologia i terroryzm w Puszczy Amazońskiej? Nie machajcie lekceważąco ręką. Może się wydawać, że te dwa pojęcia nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego, a jednak - w zamachach od lat giną setki ludzi, to prawdziwa wojna, krwawa i zazwyczaj cicha. Nowa książka Artura Domosławskiego, autora "Kapuściński non-fiction", w fenomenalny sposób sytuuje nas w samym jej środku. "Śmierć w Amazonii" czyta się jak thriller. Chcesz ją przeczytać? Zapraszamy do udziału w konkursie!

Tysiące kilometrów kwadratowych amazońskiej dżungli, zwane "płucami Ziemi" to - ziemia bezprawia, na której toczy się bezwzględna i - w sensie dosłownym - mordercza walka ludzi wielkiego pieniądza z tymi, którzy chcą zachować dżunglę taką, jaka była do tej pory. Zawsze jest tak samo - pisze Domosławski - ktoś zgłasza doniesienia o nielegalnym niszczeniu lasów deszczowych, władze państwowe nie reagują, zaczynają się pogróżki. Na końcu zjawiają się najęci rewolwerowcy... Puszcza dewastowana jest dalej.

Reklama

Jak doszło do zasiedlenia tych terenów, do powstania "ziemi bez ludzi dla ludzi bez ziemi"? Kim są ofiary? Kim są kaci? W jaki sposób żyje się tam na co dzień i od święta, pomiędzy oszałamiającym pięknem i bogactwem natury, wszechobecną zbrodnią, poprzedzaną miesiącami pogróżek, między niedzielną mszą a wyczekiwanym meczem futbolowym w telewizji? Na czym polega biznes oparty na wycinaniu drzew i co znajduje się w katalogu dwudziestu sposobów prania nielegalnie wyciętych drzew i uzyskanego z nich drewna, sporządzonym przez Interpol? Jak daleko - w samej Brazylii i poza nią - sięgają konsekwencje "wojny amazońskiej" i co z niej może wyniknąć dla nas wszystkich?

Domosławski przeplata historię ze współczesnością, politykę z ekonomią, zajmująco opowiada zarówno o sensie istnienia puszczy i jej eksploatacji począwszy od "gorączki kauczukowej", jak i o dziejach przestępstw przeciwko środowisku naturalnemu i ich skutkach (wstrząsające opowieści o śmiercionośnych zanieczyszczeniach), o beznadziejnej walce, by ścigać i karać winnych, o pojedynczych ludziach i wielkich koncernach...

Autor "Gorączki latynoamerykańskiej" nie był tam po raz pierwszy, a mimo to nie miał łatwego zadania. Musiał przezwyciężyć nieufność tych, którzy zdawali mu relację: samych działaczy oraz członków rodzin tych, którzy zostali zamordowani. Każdy niespodziewany gość, fałszywy wysłannik, udawany przyjaciel - czemu by nie "zagraniczny dziennikarz" - może być płatnym zabójcą i wykonać egzekucję.

Narrację spaja nadająca się na scenariusz koszmarnego filmu sensacyjnego historia życia i działalności Jose Claudia i Marii Espirito Santo, pary ekologów, zamordowanych w 2011 roku, co odbiło się szerokim echem w świecie. - To samo, co zrobili z Chico Mendesem w Acre i z siostrą Doroty w Anapu, chcą zrobić z nami... - mówił proroczo Jose Claudio. Właśnie w hołdzie Chico Mendesowi, zabitemu w 1988 roku liderowi ruchu obrońców puszczy, Sting nagrał po portugalsku swą słynną pieśń "Fragile". Książka Domosławskiego jest mądra i przejmująca, jak owa pieśń o tym, że zbrodnia może unicestwić jedno życie, ale nie zniszczy idei. Że głos takich jak Chico nie umilknie nigdy. Jamais a nossa voz vai calar...

Fragmenty:

José Cláudio i Maria

12.

W tej fotografii jest piękno i siła: José Cláudio na tle gigantycznego kasztanowca rozpościera szeroko ramiona jak Chrystus na wzgórzu Corcovado w Rio de Janeiro. To Jej Wysokość - Sua Majestade - jak ją nazywał.

Zdjęcie José Claudia i Jej Wysokości zrobił dziennikarz z São Paulo Felipe Milanez. Zaprzyjaźnili się. Felipe stał się wspólnikiem sprawy José Claudia i Marii. Udzielał im głosu w wywiadach, pisał o zmaganiach z niszczycielami "płuc Ziemi".

José Cláudio mówił o Jej Wysokości i o innych drzewach jak o żywych istotach - dokładnie tak jak w wywiadzie cytowanym w czasie sesji Kongresu przez deputowanego Partii Zielonych (tego, którego wybuczano). Również o dżungli mówił tak, jakby miała osobowość, potrzeby i wymagania, radości i cierpienia, a także życie w cudownej wewnętrznej harmonii.

"Tym, co obrodzi drzewo, muszę się dzielić z ptakami i zwierzętami. Papugi i ary żywią się górną częścią. Część tego, co spada na ziemię, należy do mnie, a część do jeleni, pekari, gryzoni paka. W sumie, jedna trzecia tego, co rodzi kasztanowiec, idzie na moje potrzeby. Czyż nie byłoby draństwem, gdybym sprzedał takie drzewo? Ile mogą mi za nie zapłacić? Dwieście reali? Przez cały rok mogę zarobić na kasztanach tyle samo, nie niszcząc drzewa. Jak w ogóle ktoś, kto nie posadził drzewa, nie doglądał go, nie wydał na jego utrzymanie nawet centa, ma czelność ściąć je i sprzedać? Coś, co natura tworzyła przez długie lata, ludzie myślący tylko o zysku są w stanie zniszczyć w niespełna godzinę".

13.

Pierwszym bohaterem puszczy był ćwierć wieku wcześniej Chico Mendes - jego portret wisi na werandzie domu Marii i José Claudia w Praia Alta Piranheira. Chico Mendes był potomkiem białych seringueiros, którzy po zakończeniu boomu kauczukowego osiedlili się w dżungli na stałe. Te dzieci i wnuki drobnych zbieraczy kauczuku, nie kauczukowych latyfundystów, lecz tysięcy biedaków, którzy przyjechali do Amazonii szukać życiowej szansy zamiast tułaczki albo powrotu do slumsów dużych miast, wybrały sielskie życie w harmonii z naturą.

Uczyły się go od autochtonów, których wcześniej podbijano, zamieniano w niewolników, zabijano - a właściwie od autochtonek, które stały się towarzyszkami życia, żonami, matkami ich dzieci. Seringueiros mieli teraz poletka manioku. Według indiańskich przykazań - tylko tyle, żeby przeżyć i nie dewastować puszczy. Ich egzystencji zaczęła zagrażać inwazja hodowców bydła, którzy ruszyli z intensywną wycinką drzew.

Zorganizowali się w związek. Zaczęli nagłaśniać - w Brazylii i na świecie - przestępstwa przeciwko środowisku naturalnemu. Chico Mendes został ich liderem.

Rodzący się w dużych miastach ruch ekologiczny był dla amazońskich wieśniaków wymarzonym sojusznikiem: potrafił uczynić z ich losu, sprawy, interesu kwestię międzynarodową. Uniwersalną. Z kolei Chico Mendes, człowiek z dżungli, autentyczny przywódca chłopski z Amazonii, nie mieszczuch z bogatego domu z Rio de Janeiro, był dla ekologów skarbem. Jako rzecznik jednych i drugich jeździł do Stanów Zjednoczonych, gdzie opowiadał kongresmanom, senatorom, oficjelom Banku Światowego o niszczeniu puszczy, o wymieraniu gatunków, o zagrożeniu dla wszystkich, którzy - jak on sam - nauczyli się żyć w harmonii z naturą.

Chico Mendes stał się ikoną za życia. Zaczął zbierać laury, dostał nagrodę ONZ za obronę lasów Amazonii. Sława uczyniła go niebezpiecznym dla interesów fazendeiros i hodowców, którzy wkraczali coraz brutalniej do dżungli i zamieniali lasy na pastwiska. Zaczął dostawać pogróżki. W trakcie fiesty z okazji czterdziestych czwartych urodzin powiedział przyjaciołom i towarzyszom, że prawdopodobnie nie dożyje Bożego Narodzenia. Tydzień później, w czwartek dwudziestego drugiego grudnia osiemdziesiątego ósmego roku wieczorem, zastrzelono go w domu, w wiosce Xapuri, w stanie Acre.

Zbrodnia odbiła się echem na świecie. Znani artyści pisali o nim pieśni, kręcili filmy. Wielki gwiazdor muzyki popularnej Sting nagrał po portugalsku swój hit "Fragile". O tym, że zbrodnia może unicestwić jedno życie, ale nie zniszczy idei. Że głos takich jak Chico nie umilknie nigdy. "Jamais a nossa voz vai calar"...

Zabójcami Chico Mendesa byli miejscowi fazendeiros, Darly Alves, jego syn Darcy i ich pracownik. Zostali skazani na dziewiętnaście lat więzienia. Darly uciekł zza krat. Stugębna plotka głosi, że ucieczkę ułatwili mu wysoko postawieni przyjaciele. W brazylijskim interiorze takie przysługi to norma. Prowincją trzęsą fazendeiros i hodowcy. Politycy, biurokraci i lokalna elita gospodarcza to zazwyczaj jeden kartel. Już po tej cudownej ucieczce w lud poszła wieść, że Alvesowie cieszyli się w więzieniu niecodziennymi przywilejami: mieli kolorowy telewizor, lodówkę, przyjmowali wizyty młodych kobiet.

Darly’ego Alvesa schwytano ponownie w dziewięćdziesiątym szóstym. Dostał dodatkowo wyrok za fałszowanie dokumentów: dwa lata i osiem miesięcy. Schorowany, odsiedział karę w domu. W jednym z wywiadów powiedział o sobie: "Jestem męczennikiem". W innym - że Chico Mendes sam się zabił.

14.

Mówią dziś o nich: bohaterowie puszczy, męczennicy Amazonii.

Tak się pisze historię ex post. Order, tablica ku czci, pomnik.

A jacy byli w realnym życiu ci amazońscy wieśniacy? Skąd się wzięli? Jak żyli?

Dlaczego ryzykowali życie?

15.

- Ty masz mszę codziennie, dzisiaj oglądamy mecz!

José Cláudio i Maria od zawsze kłócili się o władzę nad pilotem do telewizora. On, zapalony kibic futbolu, gdy tylko była transmisja meczu, który go interesował, wykłócał się o swoje. Ona, wierząca, na pograniczu dewocji, systematycznie oglądała msze i religijne talk-show, których w brazylijskiej telewizji wiele. Gdy mu się sprzeciwiała, mówił:

- Modlić się możesz wszędzie, nie musisz przed telewizorem.

On: wieczny chłopczyk, zgrywus. Imprezowicz i brat łata. Lekkoduch. Poważny tylko w sprawie naprawdę poważnej: walce przeciwko niszczeniu dżungli. W podejściu do niej miał coś z misjonarza. Ta misja ukradła mu masę towarzyskich przyjemności. Dawniej kochał przesiadywać w barze z kumplami, gawędzić godzinami przy piwie czy cachasie, ale od kiedy dał się we znaki hodowcom bydła i handlarzom drewna, nie mógł wałęsać się po barach. Zbyt ryzykowne.

Ona była jego przeciwieństwem: skryta, zamknięta w sobie, zawsze serio - w pracy i w domu. Przy nim zmieniła się trochę, częściej się uśmiechała, a nawet śmiała. Zobaczyła, że życie może być radością, fiestą, nie tylko ciężkim zadaniem, nieustającym sprawdzianem. Tak opowiada o siostrze Laísa. Łączyła ich rodzina, dla obojga rzecz naj, adoptowany syn Cláudio Ramón i sprawa, o którą walczyli. Dwa życia, jedna historia - tak mówiła o nich obojgu Maria.

Jej rodzina - rodzice i siedmioro dzieci - przyjechała do stanu Pará z wysuniętego jeszcze bardziej na północ Maranhão, który jest synonimem bezbrzeżnej nędzy. Wieśniacy tyrali tam w latyfundiach za grosze albo za samo tylko jedzenie i dach nad głową. Stracili i to, gdy po zmodernizowaniu rolnictwa nie potrzeba było tylu rąk. Wegetowali na obrzeżach posiadłości, żyjąc z tego, co urodzi dżungla; zasilali slumsy miasta São Luis do Maranhão. Gdy w latach siedemdziesiątych rządzący krajem wojskowi wzywali do "podbijania" Amazonii, gdy mówiło się, że dużo tam ziemi, a mało ludzi, rodzice Marii i Laisy ruszyli do stanu Pará. Osiedlili się w São João do Araguaia, jakieś sześćdziesiąt kilometrów od Maraby. Ojciec zbierał kasztany, wyciskał z nich olej; część tego urobku sprzedawał na targu.

Laísa opowiada, że już wtedy niektórzy biedni rolnicy, jak rodzice jej i Marii, rozwijali inną kulturę eksploatacji Amazonii niż wielcy hodowcy bydła. Wycinali niewiele drzew, niezbędne minimum, i siali kukurydzę, ryż, maniok. Tylko tyle, ile potrzebowali do życia.

Maria, gdy dorosła, dzieliła czas między pracę w małym gospodarstwie rodziców i studia pedagogiczne na Uniwersytecie Stanu Pará w Marabie. Potem - mieędzy wychowywaniem piątki dzieci, pracą w domu i wolontariatem - uczyła niepiśmiennych chłopów czytać i pisać. Od pewnego momentu uświadamiała ich także, na czym polega życie w zgodzie z dżunglą. Ten moment przyszedł wraz ze spotkaniem z José Claudiem. Był rok osiemdziesiąty szósty.

José Cláudio, najstarszy z rodzeństwa sześciu sióstr i pięciu braci, od dziecka dorastał w puszczy. Przodkowie pochodzili z autochtonicznych ludów Gavionów i Kajapów, co wyraźnie sugerowały rysy jego twarzy. Wychował go dziadek, zbieracz kasztanów. Od małego José Cláudio pomagał dziadkowi zbierać je i ładować do worków. Razem jeździli po sąsiadach i zabierali również ich plony na targ w Marabie. Objuczali nimi osiołki i tak wieźli do miasta.

Oboje, José Cláudio i Maria, mieli za sobą nieudane związki i sporą gromadkę dzieci: Maria - piątkę, José Cláudio - dwójkę. Oboje dobijali trzydziestki, gdy się spotkali i uznali, że nie potrafią bez siebie żyć.

REGULAMIN

Czytaj więcej na następnej stronie!

Dowiedz się więcej na temat: Amazonia | konkurs

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy