Sposób na smog? Zakaz dla aut z parzystymi numerami

Delhi, najbardziej zanieczyszczone miasto świata, podjęło desperacką próbę walki z truciznami, którymi same się zabija. Na początek stołeczne władze wprowadziły reglamentację miejsca na swoich ulicach.

Od pierwszego dnia nowego roku co najmniej do połowy stycznia w indyjskiej stolicy miejscowych kierowców obowiązuje nowy porządek korzystania z ulic. We wtorki, czwartki i soboty po delhijskich ulicach mogą jeździć wyłącznie samochody, których numery rejestracyjne kończą się liczbą parzystą - 0, 2, 4, 6 i 8. W poniedziałki, środy i piątki - z ulic mogą korzystać tylko samochody, których numery rejestracyjne kończą się 1, 3, 5, 7 i 9. Taki regulamin obowiązuje od ósmej rano do ósmej wieczorem, od poniedziałku do soboty włącznie. Za nieprzestrzeganie nowych przepisów grozi kara w wysokości 2 tys. rupii (ok. stu złotych).

Reklama

Po ulicach liczącego blisko 20 mln mieszkańców Delhi jeździ prawie 10 mln samochodów, a wzrost gospodarczy i zamożniejące społeczeństwo sprawiają, że codziennie w stolicy przybywa ok, 1,5 tys. nowych aut. Administracyjne ograniczenie ich liczby ma pomóc władzom zmniejszyć zatrucie powietrza, które w zeszłym roku spowodowało, że Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła Delhi najbardziej zanieczyszczonym miastem świata.

Z danych WHO wynika zresztą, że spośród 20 najbardziej zanieczyszczonych miast świata ponad połowa leży w Indiach. Jednak dopiero tegoroczna bezwietrzna zima - o tej porze roku wiszący nad miastem smog staje się szczególnie dokuczliwy - sprawiła, że zaniepokojone skażeniem indyjskie sądy nakazały władzom podjęcie akcji ratunkowej.

Według norm WHO i Unii Europejskiej maksymalne dobowe skażenie pyłami zawieszonymi PM 2,5 (najbardziej szkodliwymi dla zdrowia i powodujących infekcje, astmy, alergie, a także nowotwory) nie powinno przekraczać 25 mikrogramów na metr sześcienny powietrza. W Delhi stężenie pyłów zawieszonych jest ponad 10 razy większe i wynosi zwykle ok. 300 mikrogramów na metr sześcienny. W grudniu 2005 r. zaś, po listopadowym święcie światła, Diwali, i odpalonych w niebo miliardach petard i sztucznych ogni stężenie pyłów przekroczyło poziom 400 a nawet 500 mikrogramów, co lekarze uważają za stan zagrażający ludzkiemu zdrowiu i życiu.

Wobec bierności władz inicjatywę przejęli sędziowie. "Żyjemy jak komorze gazowej" - orzekli i już na początku grudnia nakazali zamknięcie dwóch najstarszych i przestarzałych elektrociepłowni. Wprowadzili też tymczasowy, do 31 marca, zakaz sprzedaży samochodów o silnikach wysokiej pojemności powyżej 2 tys. cm sześc. i zobowiązali władze, by wielkim samochodom ciężarowym zezwalały na wjazd do stolicy jedynie nocą (codziennie przez Delhi przejeżdża ponad 70 tys. ciężarówek), a i to pod warunkiem, że nie liczą sobie więcej niż 10 lat. Delhijscy taksówkarze dostali czas do końca marca, żeby przestawić samochody na paliwo gazowe. Aby zaś uchronić dzieci przed wysokim stężeniem pyłu, władze zarządziły w szkołach noworoczne ferie od 1 do 15 stycznia.

Indyjscy ekolodzy i lekarze, którzy od lat załamują ręce nad zatrutym powietrzem nad Delhi, z ulgą przyjęli poczynania stołecznych władz, ale ostrzegają, że podjęte środki mogą być jedynie początkiem wielkiej wojny ze skażeniem. Przypominają, że samochodowe spaliny stanowią najwyżej piątą część trujących pyłów nad miastem, a na pozostałe składa się m.in. wszechobecny kurz, dymy fabryczne i z domowych pieców, opalanych drewnem i węglem, popiół ze spalanych hałd śmieci, piasek niesiony wiatrem z pustyni Thar. Ekolodzy przekonują, że poza reglamentacją na stołecznych ulicach przydałoby się odkurzać i zmywać drogi oraz przekonać kierowców do samochodów napędzanych wyłącznie gazem lub prądem, a przede wszystkim rozbudować transport publiczny, zwłaszcza autobusy i metro, którymi ludzie sprawnie dojeżdżaliby do pracy.

Sceptycy obawiają się, że władze, zarówno lokalne, jak i krajowe, zadowolą się półśrodkami i ograniczą do szumnych haseł. Potwierdzeniem tych obaw stała się już długa lista uprzywilejowanych osób, wyłączonych z tymczasowego ograniczenia ruchu. Poza karetkami pogotowia, samochodami strażackimi i policyjnymi, samochodami na gaz oraz taksówkami miejskimi, a także kobietami przewożącymi małe dzieci, z uciążliwej reglamentacji zwolnili sami siebie najwyżsi rangą dygnitarze państwowi, posłowie, sędziowie, zagraniczni dyplomaci, święte krowy indyjskiej codzienności.

Z reglamentacji wyłączone zostały także motocykle i skutery, najpopularniejsze w Delhi środki lokomocji, z których rur wydechowych pochodzi jedna trzecia wszystkich stołecznych spalin. Zdaniem delhijskich dziennikarzy władze nie chciały od razu narazić się obywatelom, zanadto uprzykrzając im życie. Premier Delhi Arvind Kejriwal, główny pomysłodawca ograniczenia ruchu, i tak z niepokojem apelował do mieszkańców stolicy, którzy przed rokiem go wybrali. "Wiem, że będzie bolało, ale nie mamy innego wyjścia" - tłumaczył.

Zeszłoroczna niespodziewana wygrana Kejriwala i jego populistycznej Partii Zwykłego Człowieka była jednocześnie jeszcze bardziej niespodziewaną i pierwszą polityczną przegraną rządzącego od maja 2014 r. premiera Narendry Modiego i jego Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Od tego czasu Modi poniósł kilka kolejnych porażek, z których najboleśniejszą była ta jesienna, w wyborach w stanie Bihar. Choć urzęduje w Delhi, wcale nie musi życzyć sukcesu swojemu politycznemu rywalowi, Kejriwalowi, gospodarzowi stolicy. A to Modiemu, a nie Kejriwalowi podlega choćby policja, która ma pilnować, by kierowcy przestrzegali parzystości numerów rejestracyjnych ich samochodów i dni tygodnia.

Wojciech Jagielski

Dowiedz się więcej na temat: smog | delhi | Indie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy