Sprawa Kim Davis: Wolność sumienia "tak", łamanie prawa "nie"

- Decyzja Sądu Federalnego jest skutkiem orzeczenia Obergefell v. Hodges, które legalizuje małżeństwa par jednopłciowych na terenie całych Stanów Zjednoczonych i nakazuje wszystkim urzędnikom wydawanie licencji małżeńskich (…). Urzędnicy odmawiają opierając się na własnych poglądach, łamią prawo – mówi dr hab. Paweł Laidler z Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych UJ.

Katarzyna Pruszkowska: Kim Davis, amerykańska urzędniczka, która w zeszłym tygodniu trafiła do aresztu za odmowę wydania licencji małżeńskiej parze gejów, została wypuszczona na wolność. Wcześniej Davis tłumaczyła, że nowe prawo, które zalegalizowało małżeństwa homoseksualne na terenie całych Stanów Zjednoczonych, jest niezgodne z jej przekonaniami religijnymi i powołała się na wolność religijną, którą gwarantuje pierwsza poprawka. Słusznie?

Reklama

Dr hab. Paweł Laidler: - To dość typowy zabieg. W treści pierwszej poprawki, oprócz zapisów gwarantujących, m.in.  wolność słowa i prasy, znalazł się też zapis o wolności religii. Składa się z dwóch części: Establishment Clause i Free Exercise Clause. Pierwsza zakazuje narzucania obywatelom religii i ustanawiania religii państwowej, druga - gwarantuje swobodę praktykowania. Na tę właśnie część powołują się osoby, które uważają, że ich, nazwijmy to, swobody religijne, zostały ograniczone. Unormowanie to zakłada jednak, że państwo nie może nikomu narzucić praktyk religijnych, ale one nie mogą wpływać na wolność innych osób lub być niezgodne z obowiązującym prawem.

- Podam przykład, być może trochę na wyrost, ale dobrze obrazuje założenia poprawki: nawet, jeśli moja religia nakazuje mi składać ofiary z ludzi, nie mogę tego robić, bo zabójstwo jest niezgodne z prawem. Co do tego nie ma wątpliwości.

Co grozi za odmawianie wykonywania poleceń sądów Federalnych lub Stanowych?

- W tej chwili sytuacja wygląda tak: decyzja Sądu Federalnego jest skutkiem orzeczenia  Obergefell v. Hodges, które legalizuje małżeństwa par jednopłciowych na terenie całych Stanów Zjednoczonych i nakazuje wszystkim urzędnikom wydawanie licencji małżeńskich. Nie ma tu miejsca na sprzeciw. Jeśli urzędnicy odmawiają opierając się na własnych poglądach, a nie, np. przeszkodach formalnych, takich jak braki w dokumentacji, łamią prawo.

- W takim przypadku możliwe są dwa wyjścia. Albo zareaguje sąd, który może nałożyć na taką osobę karę finansową lub ją aresztować, co stało się w przypadku pani Davis, albo poszkodowani wniosą przeciwko urzędnikowi pozew do sądu. Dopóki takie odmowy zdarzają się rzadko, problemem będą interesowały się tylko media, a obowiązujące prawa nie będą zagrożone. Jeśli jednak odmowy stałyby się nagminne, cały system mógłby działać opieszale lub w ogóle przestać działać.

Czy to realna możliwość?

- Myślę, że cała sprawa zostanie wykorzystana do nagłośnienia problemu i stanie się "sprawą testową". To znaczy, że  urzędnicy skierują do Sądu Najwyższego pytanie, czy orzeczenie dotyczące zawierania związków homoseksualnych nie stoi w sprzeczności z pierwszą poprawką. Myślę, że odpowiedź będzie negatywna, ale republikanie, zwłaszcza powiązani z organizacjami o charakterze religijnym, podejmą takie działania, choćby po to, żeby wydłużyć czas, w którym urzędnicy będą mogli odmawiać wydania dokumentów. Na razie sądy nie zgadzają się jednak na zawieszenie tego nakazu, więc urzędnicy muszą postępować zgodnie z obowiązującym prawem, a nie własnym sumieniem.

Czy w USA obywatele, którzy nie chcą przestrzegać prawa uznawanego przez nich za błędne czy niemoralne,  często powołują się na pierwszą poprawkę?

- Tak, temat małżeństw homoseksualnych nie jest pierwszy. Po 1973 roku, kiedy w życie weszło orzeczenie Roe v. Wade, które legalizowało aborcję, lekarze, którzy nie chcieli jej przeprowadzać, również mówili, że nie pozwala im na to sumienie. Wtedy protesty były tak silne, że państwo zaczęło szukać rozwiązania, które gwarantowałoby lekarzom wybór. Stanęło na tym, że orzeczenie ciągle jest w mocy, ale państwo m.in. nie dofinansowuje miejsc, w których wykonuje się aborcję. Oczywiście takie rozwiązanie nie zadowoliło konserwatystów, którzy w kolejne rocznice orzeczenia organizują protesty i żądają zmiany prawa.

- Podobna sytuacja miała miejsce pod koniec lat 50- tych. W 1954 i 1955 roku zarządzono desegregację szkół publicznych, co wywołało masowe protesty- nie tylko pojedynczych urzędników, ale całych zarządów szkół, w których dzieci Afroamerykanów miały uczyć się z dziećmi rasy białej. Część strajkujących również powoływała się na pierwszą poprawkę i próbowała uzasadniać rozdział przy pomocy Biblii. Desegregacją żyła wtedy cała Ameryka i było to pierwsze, na taką skalę, okazanie nieposłuszeństwa względem prawa, z którym nie zgadzała się część społeczeństwa. Trzeba było 10 lat, żeby sytuacja się uspokoiła.

Czy myśli pan, że prawo może zostać zmienione, a małżeństwa par jednopłciowych - zdelegalizowane?

- Raczej nie. W USA zawsze broniono się przed tym, żeby religia stanowiła część establishmentu politycznego. Oczywiście z różnym skutkiem, ale pierwsza poprawka jest bastionem separacjonistów, którzy uważają, że prawo i religia powinny być rozdzielone. W Sądzie Najwyższym separacjonistów jest sporo, więc sądzę, że sprawa skończy się takim stwierdzeniem: wolność religijna obowiązuje, ale nie ma przyzwolenia na naruszanie prawa, które jest w mocy.   

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje