Tragedia Polaków w Tajlandii zwraca uwagę na niebezpieczeństwa w tym kraju

Do Tajlandii chcieli pojechać od dłuższego czasu; sporo podróżowali, ale to był pierwszy wyjazd w tak odległe miejsce. Czujność uśpił fakt, że wykupili wycieczkę z renomowanego biura turystycznego. Nie sprawdzali potencjalnych zagrożeń. Z tej wyprawy już nie wrócili.

Obydwoje świetnie pływali, nurkowali. Nikt nie wie, dlaczego utonęli, kiedy niedaleko brzegu zatonął przepełniony prom. Rodzina pary lekarzy ze Stalowej Woli przestrzega polskich turystów udających się do Tajlandii: polecane na miejscu turystyczne atrakcje mogą być niebezpieczne.

Reklama

Antoni i Lidia Franczak byli w Stalowej Woli bardzo znanymi i cenionymi lekarzami. On - chirurgiem onkologiem, ona pediatrą - specjalistą od neurologii dziecięcej. Poważani w środowisku. - On był pierwszym onkologiem w Stalowej Woli, a ona była jedynym u nas neurochirurgiem dziecięcym  - mówi  jeden z miejscowych lekarzy.

"Pani Lidia leczyła moją córkę z sukcesem. Bardzo miła i uczynna, cieszyła się razem z nami z dobrych wyników córki. Gdzie ja znajdę taką fachową pomoc... Córka jest w trakcie leczenia" - napisała pod notką o pogrzebie "wdzięczna pacjentka". "Uratowała mi życie. 20 lat temu byłam chora na epilepsję i jako jedyna podjęła się wyleczenia nowatorską metodą. Zawsze będę jej wdzięczna. Nigdy nie zapomnę, jak się mną opiekowała" - to kolejny wpis o dr Franczak.

Mimo że oboje byli po 60-tce, cieszyli się dobrym zdrowiem. Tylko Lidia od kilku lat narzekała na serce - zdarzały się jej zasłabnięcia. Antoni był zapalonym kolarzem, potrafił bez problemu przejechać 150 kilometrów na rowerze. Kilka lat temu wygrał nawet długodystansowe zawody.

Wakacje zaczęli od wyjazdu do Warszawy, gdzie mieszka ich syn z żoną. To on odwiózł ich na lotnisko i - jeszcze o tym nie wiedząc - ostatni raz uściskał.

Pobyt w Tajlandii podzielili na dwa etapy

Pobyt w Tajlandii podzielili na dwa etapy. Najpierw zwiedzali, by później korzystać ze słońca. Zatłoczone plaże w swoim kurorcie Pattaya nie przypadły im do gustu, dlatego znaleźli sobie dużo bardziej urokliwą wyspę Ko Lan.

3 listopada namawiali na wyprawę promem parę poznanych na wakacjach Polaków, ale ci woleli inaczej spędzić ten dzień. Wieczorem to oni pierwsi alarmowali, że Antoni i Lidia nie wrócili go hotelu.

Po wypadku światowe agencje pisały: na pokładzie promu, przystosowanego do przewozu 130-150 osób, znajdowało się ok. 200 obywateli Tajlandii i zagranicznych turystów, którzy wypłynęli z wyspy Ko Lan w kierunku kurortu Pattaya. Wkrótce po wypłynięciu pojawił się problem z silnikiem. Turystów skierowano wówczas na wyższy pokład promu, który się przechylił, a ostatecznie zatonął.

Jednostka była wysłużona; przewróciła się 500 metrów od brzegu. Według lokalnych mediów prawdopodobną przyczyną wypadku mogło być uderzenie w skałę. Później okaże się, że kapitan promu, który uciekł z miejsca zdarzenia, był pod wpływem narkotyków.

Na promie nie było wystarczającej liczby kamizelek

Według świadków,  na promie nie było wystarczającej liczby kamizelek ratunkowych. Pasażerowie, którzy nie umieli pływać, utrzymywali się na powierzchni wody uczepieni pojemników na lód i innych elementów wyposażenia, dopóki nie pojawiły się służby ratunkowe.

Doniesienia początkowo mówiły o śmierci dwóch Rosjan, Chińczyka i obywateli Tajlandii. Dopiero później okazuje się, że utonęli również nasi rodacy. Według protokołu z sekcji zwłok przyczyną śmierci Polaków było uduszenie przez utonięcie.

- Oni oboje świetnie pływali; nurkowali z maskami, mieli świetną kondycję. Nie mam pojęcia, jak mogło do tego dojść-  - mówi synowa pary Ilona Bankiewicz-Franczak. Zastanawia się, dlaczego dokument po sekcji nic nie wspomina o uszkodzonym kolanie i siniaku na głowie jej teścia.

Polskie służby konsularne w Bangkoku nie otrzymały dotąd oficjalnych informacji na temat wyników śledztwa i przyczyn katastrofy. - Niestety wydobycie tego typu informacji od miejscowych organów jest bardzo trudne - przekazała Wioletta Stefaniak-Kałużna - konsul, która zajmuje się tą sprawą.

Według MSZ w 2013 r. w Tajlandii zginęło czworo Polaków. Wszystkie zgony miały miejsce na wodzie; poza zatonięciem promu - jeden w wyniku zderzenia z motorówką, jeden w wyniku utonięcia w basenie. Po innym wypadku motorówki turysta z Polski trafił do szpitala.

Statystyki z 2012 r. zwracają z kolei uwagę na niebezpieczeństwa wiążące się z ruchem drogowym w tym kraju. Dwa wypadki autokarów, w których rannych w sumie było 5 osób, do tego wypadek na skuterze to tylko czubek góry, bo uwzględnia tylko Polaków.

Brytyjska organizacja zajmująca się bezpieczeństwem w ruchu drogowym FIA Foundation for Automobile and Society w swoim raporcie z 2011 r. uznaje Tajlandię za drugie najbardziej niebezpieczne miejsce dla turystów na świecie, jeśli chodzi o możliwość poniesienia śmierci lub obrażeń w wyniku wypadku drogowego.

W Tajlandii odnotowuje się szczególnie dużą liczbę ofiar śmiertelnych

W Tajlandii odnotowuje się szczególnie dużą liczbę ofiar śmiertelnych, bo aż 12 tys. rocznie. 70 proc. z nich ginie w wyniku wypadku z udziałem jednośladów. Przyczyną bywa głównie brawurowa jazda lub zły stan techniczny pojazdów. Jeśli chodzi o liczbę śmiertelnych wypadków na 100 tys. mieszkańców, Tajlandia znajduje się w niechlubnej czołówce światowej. Wyprzedzają ją tylko takie kraje Libia, Erytrea i Dominikana.

Po listopadowej katastrofie promu światowe media na nowo zadawały pytania o standardy bezpieczeństwa w Tajlandii, do której z roku na rok przyjeżdża coraz więcej turystów. Z danych Światowej Organizacji Turystyki (UNWTO) wynika, że w 2010 r. kraj ten odwiedziło 15,9 mln osób, w 2011 r. 19,2 mln, a w 2012 r. już 22,3 mln osób. Ministerstwo Spraw Zagranicznych szacuje, że z Polski wyjeżdża tam rocznie 45-50 tys. osób.

Nasze służby nie prowadzą statystyk dotyczących najbardziej niebezpiecznych kierunków dla turystów. Wielka Brytania i Australia, których obywatele bardzo często wybierają jako cel podróży właśnie Tajlandię, uznają ją za jedno z najbardziej niebezpiecznych państw dla swoich turystów.

Tajlandia nie jest dla Polaków kierunkiem masowych wyjazdów

Tomasz Rosset z Polskiej Izby Turystyki zwrócił uwagę, że Tajlandia nie jest dla Polaków kierunkiem masowych wyjazdów. W ubiegłym sezonie najczęściej wyjeżdżaliśmy do Grecji, Turcji, Egiptu i Hiszpanii. I nawet tam, gdzie Polacy jeżdżą w setkach tysięcy, wypadki śmiertelne zdarzają się sporadycznie.

Resort spraw zagranicznych, poza standardowymi ostrzeżeniami o unikaniu zgromadzeń o charakterze politycznym (w Tajlandii w ostatnim czasie miały miejsca antyrządowe wystąpienia), radzi m.in., by przed podróżą promem upewnić się, czy nie jest on przeładowany, czy jest w dobrym stanie technicznym i czy ma wystarczającą liczbę kamizelek ratunkowych.

Turystom wędrującym pieszo z kolei zaleca, by "zapomnieli" o standardach europejskich, bo w Tajlandii na drodze "pierwszeństwo" zawsze ma pojazd

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje