Trzęsienie ziemi w Meksyku. Wiele ofiar

Trzęsienie ziemi w Meksyku zniszczyło m.in. 7-piętrowy blok mieszkalny w dzielnicy La Condesa. Nie wiadomo, ile osób znalazło się pod gruzowiskiem. Trwa akcja ratunkowa prowadzona przez okolicznych mieszkańców i przybyłe z dużym opóźnieniem służby ratunkowe. Według najnowszych danych we wtorkowym trzęsieniu ziemi o magnitudzie 7,1 st. w środkowym Meksyku zginęło co najmniej 217 osób. Epicentrum wstrząsów zanotowano w mieście Raboso w stanie Puebla, 120 km od stolicy.

Trzydniowa żałoba narodowa

Prezydent

Reklama

Meksyku Enrique Pena Nieto ogłosił w środę trzydniową żałobę narodową

dla uczczenia ponad 200 ofiar śmiertelnych wtorkowego trzęsienia ziemi.

"Meksyk łączy się z wami w bólu" - napisano na oficjalnym profilu

prezydenta na Twitterze.

Każda minuta może uratować

czyjeś życie - podkreślił prezydent, dodając, że obecnie największym

priorytetem dla Meksyku jest akcja ratownicza i niesienie pomocy rannym.

"Blok runął na ziemię na naszych oczach"

W stolicy Meksyku zawaliło się wiele bloków mieszkalnych. Świadkiem zniszczenia 7-piętrowego budynku była 18-letnia Casandra Hidalgo, która uratowała się w ostatniej chwili. "Blok runął na ziemię na naszych oczach, ludzie biegali dookoła, odkąd tu stoimy, jeszcze nikt nie wyszedł z budynku" - powiedziała dziennikarzowi "The Guardian" dziewczyna. Po budynku położonym w pełnej zieleni dzielnicy La Condesa w Meksyku, pozostała ogromna hałda zakurzonego gruzu.

Katastrofa zmieniła jedną z najzamożniejszych dzielnic miasta Meksyk w ruinę, równając z ziemią budynki i powiększając rachunek strat. 7-piętrowy blok mieścił się przy bulwarze Avenida Ámsterdam, ulicy pełnej budynków w stylu art déco.

Pył i gaz

Zawalony apartamentowiec spowił biały pył, a wokół czuć było wydzielający się gaz. Na każdym piętrze budynku znajdowały się 3 mieszkania. Nie wiadomo, ilu mieszkańców było w środku w momencie wstrząsu.

W budynku znajdowała się na pewno 87-letnia matka Moniki Saavdery. "Modlę się o to, by już nie żyła, oby tylko nie była uwięziona pod gruzami żywcem" - powiedziała mieszkanka Meksyku pocieszając sama siebie. Saavdera ocalała, ponieważ chwilę przed tragedią wyszła z domu.

Przy gruzach zawalonego budynku zgromadzili się mieszkańcy dzielnicy, którzy próbowali na własną rękę wydobyć ofiary. Pierwsi na miejscu, już po kilku minutach, zjawili się pracownicy budowlani, którzy pracowali nieopodal. Początkowo władze nie zorganizowały państwowej akcji ratunkowej.

Kaski rowerowe i rękawiczki

Prace ochotników co chwilę przerywają uciszające tłum okrzyki. Pracujący na samej górze gruzowiska ochotnicy próbują usłyszeć wołania o pomoc ewentualnych ocalałych.

"Jest chaos, ludzie chcą pomóc, ale to ochrona cywilna powinna być tutaj i odpowiadać za udzielanie pomocy. Na szczycie gruzowiska pracuje zbyt wiele osób, co jest niebezpieczne dla wszystkich" - powiedział Israel Belmonte, pracownik ministerstwa edukacji, który jest również członkiem brygady ds. zdrowia i bezpieczeństwa.

Wielu ochotników - niektórzy ubrani w kaski rowerowe i rękawiczki ogrodowe - rozpierzchło się wokół wysokiego na wiele metrów gruzowiska.

Mieszkający w okolicach lekarze i pielęgniarki również aktywnie włączyli się w pomoc i zorganizowali prowizoryczne centrum medyczne.

Spóźniona pomoc

Pierwsze ambulansy pojawiły się dopiero po dwóch godzinach od zdarzenia. Na straż pożarną mieszkańcy La Condesy musieli czekać jeszcze dłużej.

Setki ludzi utorowało drogę służbom ratunkowym poprzez usuwanie gruzu. Użyto do tego koszyków i wózków ze znajdującego się nieopodal supermarketu.

Pracującym ochotnikom regularnie dostarczane są leki i zapasy wody. Pracujący przy akcji ratunkowej mieszkańcy podkreślają jednak, że to za mało.

Baterie, latarki, koce...

"Potrzebujemy baterii, latarek, kocyków, kolejnego megafonu, więcej narzędzi. Przynieście nam to, czego nam trzeba!" - mówił jeden z pracujących przy gruzach mężczyzn.

Ok. godziny 17 czasu miejscowego przy ruinach pojawiły się grupy ratunkowe wyposażone w odpowiedni sprzęt. Okazało się jednak, że ich pomoc bardziej potrzebna jest parę bloków dalej, gdzie zawalił się kolejny budynek.

W kierunku następnego bloku ruszyły dziesiątki mieszkańców, po chwili dołączyli do nich żołnierze. Zniszczone samochody i częściowo zawalone budynki są w całym mieście.

Szczęście kwestią życia i śmierci

Mayte Ferriero, razem z córką Yeziel, mieszkała na 5. piętrze zniszczonego budynku. Miały szczęście, bo akurat wyszły zjeść posiłek poza domem.

Tego szczęścia nie miała ich gosposia, która w momencie trzęsienia ziemi była w mieszkaniu. "Została w środku, podobnie jak ochroniarz. Kto wie, ile jeszcze osób było w budynku" - powiedziała na łamach "The Guardian" Ferriero.



Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje