Turcja: Atak w centrum Stambułu. 10 osób nie żyje

W samobójczym zamachu w historycznej części Stambułu we wtorek zginęło 10 osób, a 15 zostało rannych. Według wicepremiera Turcji Numana Kurtulmusa większość zabitych to cudzoziemcy. Władze zidentyfikowały sprawcę; był nim urodzony w 1988 roku Syryjczyk.

Kurtulmus, który wypowiadał się po kryzysowym posiedzeniu rządu, zwołanym przez premiera Ahmeta Davutoglu, powiedział też, że stan dwóch spośród 15 rannych jest poważny.

Reklama

Źródła w biurze Davutoglu, na które powołuje się Reuters, twierdzą, że większość zabitych to Niemcy.

Wcześniej szef niemieckiego MSZ Frank-Walter Steinmeier powiedział, że nie wyklucza, iż wśród ofiar śmiertelnych mogą być Niemcy. Norweski resort spraw zagranicznych potwierdził, że w ataku ranny został Norweg.

"Stanowczo potępiam incydent terrorystyczny w Stambule, oceniany jako atak zamachowcy samobójcy syryjskiego pochodzenia" - oświadczył prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan, sugerując, że odpowiedzialni za eksplozję mogą być dżihadyści.

Według Erdogana "Turcja jest pierwszym celem wszystkich organizacji terrorystycznych, które są aktywne w regionie". Żadne ugrupowanie do tej pory nie wzięło na siebie odpowiedzialności za atak.

Do wybuchu doszło na dawnym hipodromie między Hagią Sophią a Błękitnym Meczetem, które należą do najpopularniejszych atrakcji turystycznych Stambułu.

Według agencji prasowej Dogan wśród rannych jest sześciu turystów z Niemiec, jeden obywatel Norwegii i jeden obywatel Peru. Wcześniej pojawiały się także informacje o rannym południowokoreańskim obywatelu.

Resorty spraw zagranicznych Niemiec i Danii zaleciły swym obywatelom, by unikali tłumów przed obiektami turystycznymi w Stambule. Niemieckie MSZ wezwało też podróżnych, by trzymali się z dala od demonstracji i zgromadzeń, głównie w dużych miastach.

W obawie przed powtórnym wybuchem policja zamknęła plac Sultanahmet, na którym ok. godz. 10 czasu lokalnego (ok. 9 w Polsce) doszło do eksplozji. Na miejsce przyjechało wiele wozów policyjnych i karetek pogotowia; na niebie widać było policyjny śmigłowiec.

Jedna z turystek opowiadała, że "eksplozja była tak silna, że ziemia się zatrzęsła", a ona wraz z córką ukryła się w sąsiednim budynku. Detonacja była słyszana i odczuwana na oddalonym o kilka kilometrów placu Taksim - relacjonowali świadkowie.

Policjant, który był w okolicy w czasie wybuchu, powiedział, że plac nie był pełen ludzi, w okolicy spacerowały jednak niewielkie grupki turystów. Po ataku zamknięto obiekty turystyczne, w tym Hagię Sophię i Cysternę Bazyliki.

Władze badają rodzaj użytego materiału wybuchowego i prowadzą śledztwo mające ustalić sprawców.

Podobnie jak w poprzednich zamachach tureckie władze zarządziły blokadę pewnych informacji. Agencja AP odnotowuje, że jest zakaz przekazywania zdjęć ofiar i informowania o szczegółach śledztwa.

UE i NATO potępiły zamach. "Nie ma usprawiedliwienia dla takich ataków. Wszyscy sojusznicy NATO są zjednoczeni w walce z wszelkimi formami terroryzmu" - napisał sekretarz generalny Sojuszu Jens Stoltenberg.

Także szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini oświadczyła, że UE stoi u boku Turcji. Na szczycie UE-Turcja w listopadzie ub.r. walka z terroryzmem została uznana za priorytet, a teraz obie strony muszą zintensyfikować wysiłki na rzecz przeciwdziałania przemocy - napisała Mogherini.

W styczniu 2015 r. kobieta zamachowiec samobójca wysadziła się na komisariacie policji dla turystów w dzielnicy Sultanahmet. Zginął jeden funkcjonariusz, a drugi został ranny. Do ataku przyznała się skrajnie lewicowa organizacja, ale przedstawiciele władz później twierdzili, że stała za nim kobieta pochodząca z Dagestanu, która miała powiązania z islamistycznymi bojownikami.

Turcja doświadczyła dwóch krwawych zamachów bombowych w ubiegłym roku; oba są przypisywane Państwu Islamskiemu (IS). W lipcu w ataku w mieście Suruc, przy granicy z Syrią, zginęło ponad 30 ludzi, głównie prokurdyjskich działaczy.

10 października przed głównym dworcem w Ankarze w najkrwawszym zamachu w historii Turcji śmierć poniosło ponad 100 osób.

Islamistyczno-konserwatywne władze Turcji latem ub.r. przyłączyły się do międzynarodowej koalicji zwalczającej dżihadystów i nasiliły aresztowania domniemanych członków IS.

Niespokojnie jest na południowym wschodzie Turcji, zamieszkanym głównie przez Kurdów, od kiedy w lipcu ub.r. załamał się rozejm między bojownikami Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) a władzami Turcji. PKK atakuje głównie policjantów i żołnierzy, ale 23 grudnia ub.r. zbrojna kurdyjska organizacja Sokoły Wolności Kurdystanu (TAK) przyznała się do ataku na lotnisku im. Sabihy Gokcen w Stambule, w którym zginęła kobieta, a jedna osoba została ranna.

Rocznie Stambuł odwiedza prawie 10 mln turystów. Szef stowarzyszenia turystycznego Sultanahmet powiedział dziennikowi "Hurriyet", że atak jest "wielkim ciosem dla turystyki w regionie". "W tej okolicy jest 7 tys. hoteli. Teraz turyści chcą stąd wyjechać. Już szukają biletów, by wrócić do swych krajów. Ta eksplozja oznacza, że rok 2016 dla nas się skończył" - powiedział.

Dowiedz się więcej na temat: Stambuł

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje