Uniwersytet Stanforda ściga za ściąganie

Władze słynnej amerykańskiej uczelni - Uniwersytetu Stanforda - prowadzą dochodzenie w sprawie znacznego wzrostu przypadków ściągania. Wykładowca uczelni zgłosił, że na jego zajęciach mogło oszukiwać nawet 20 proc. studentów.

Władze uczelni nie chcą na razie ujawnić, na jakich zajęciach studenci ściągali. Podkreślają, że zarzuty są dopiero badane.

Rektor Stanford John Etchemendy skierował jednak list do wykładowców, w którym napisał, że w semestrze zimowym odnotowano nadzwyczaj dużo doniesień o nieuczciwym zachowaniu studentów. Etchemendy podkreślił, że ludzie ci oszukują samych siebie i marnują niezwykłą szansę poznawania i odkrywania, jaką daje im uczelnia.

Rektor upatruje źródeł większej liczby nieuczciwych zachowań w rozwoju technologii. Jego zdaniem młodym ludziom zaciera się granica pomiędzy pracą samodzielną i zbiorową i nie zawsze rozumieją, kiedy można korzystać z pracy innych.

Na Stanford, tak jak na wielu innych prestiżowych uczelniach, obowiązuje kodeks honorowy dotyczący przygotowywania prac i zdawania egzaminów. Za pierwsze nieuczciwe zachowanie zostaje się zawieszonym w prawach studenta, trzeba też wykonać 40 godzin prac społecznych. Przy kolejnych przewinieniach kary są wyższe.

Poziom zaufania jest tak duży, że niektóre zaliczenia i egzaminy studenci mogą pisać w domu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy