USA: Popieramy aspiracje mieszkańców Hongkongu

Biały Dom z uwagą śledzi prodemokratyczne protesty w Hongkongu i wspiera aspiracje mieszkańców tej byłej brytyjskiej kolonii, która należy do Chin - oświadczył w poniedziałek rzecznik Białego Domu Josh Earnest. Tysiące ludzi nadal blokuje hongkońskie ulice.

- Stany Zjednoczone wspierają zgodne z ustawą zasadniczą wybory powszechne w Hongkongu i wspierają aspiracje mieszkańców Hongkongu - powiedział Josh Earnest, apelując do obu stron o powściągliwość.

Reklama

- Legitymacja szefa rządu w Hongkongu będzie większa, jeśli spełniony zostanie główny cel ustawy zasadniczej polegający na wyborze lidera w powszechnych wyborach - powiedział rzecznik Białego Domu. W 2017 r. mieszkańcy Hongkongu po raz pierwszy w historii będą mogli wyłonić szefa administracji w wyborach powszechnych. Jednak prodemokratyczni działacze wskazują, że wybór będzie zawężony do dwóch-trzech kandydatów zatwierdzonych uprzednio przez wierny władzom w Pekinie komitet nominacyjny.

Earnest dodał, że władze w Waszyngtonie "wielokrotnie przestawiały swe stanowisko Pekinowi i nadal będą to robić".

Rzecznik skrytykował też próby powstrzymywania demonstrantów i dziennikarzy przed informowaniem o przebiegu protestów. - Przeczytałem dzisiaj o blokowaniu portalu Instagram i próbach cenzorowania niektórych stron, które usiłują informować o sytuacji - powiedział.

Dziesiątki tysięcy demonstrantów nadal blokują ulice

Tymczasem, jak pisze agencja Reutera, we wtorek rano czasu lokalnego (w poniedziałek wieczorem czasu polskiego) dziesiątki tysięcy demonstrantów nadal blokują ulice Hongkongu. Przez trzy noce dochodziło tam do starć, ale w poniedziałek większość oddziałów policji do rozpędzania protestów została wycofana. Niektórzy protestujący śpią na chodnikach, a inni śpiewają piosenki lub wykrzykują prodemokratyczne hasła.

W poniedziałek i we wtorek rano protestujący gromadzili się w co najmniej czterech najbardziej ruchliwych dzielnicach, w tym w Admiralty, gdzie mieści się siedziba władz, oraz w gęsto zaludnionym obszarze Mong Kok.

- Muszę podkreślić, że obecnych wydarzeń nie można przypisać studentom lub grupie Occupy Central. Mamy już do czynienia z ruchem obywatelskim - powiedział lider hongkońskiego stowarzyszenia studentów Alex Chow.

Demonstranci domagają się demokratycznych reform

Oczekuje się, że do eskalacji protestów dojdzie 1 października, gdy w Chinach obchodzone jest święto narodowe. Demonstracje planują na ten dzień mieszkańcy pobliskiego Makau, należącej do Chin dawnej portugalskiej kolonii.

Banki w Hongkongu, w tym HSBC, Citigroup czy Bank of China, zamknęły niektóre oddziały i zwróciły się do pracowników, by pozostali w domach lub tymczasowo przenieśli się do innych oddziałów. Protesty odstraszają też turystów; przed świętem państwowym drastycznie spadła liczba odwiedzających z Chin kontynentalnych. W poniedziałek odwołano też planowany w związku z obchodami pokaz sztucznych ogni nad hongkońskim portem. USA, Australia i Singapur wydały ostrzeżenia przed podróżami do Hongkongu.

Akcje protestacyjne, głównie studentów i wykładowców akademickich, rozpoczęły się tydzień temu. Demonstranci domagają się demokratycznych reform. Protestują także przeciwko narzuconym przez Pekin zasadom wyboru szefa lokalnej administracji.

Hongkongowi, który w 1997 roku został zwrócony Chinom przez Wielką Brytanię, obiecano szeroki zakres autonomii, w tym politycznej, w ramach ukutej przez byłego przywódcę ChRL Deng Xiaopinga zasady "jeden kraj, dwa systemy". Tymczasem hongkońscy zwolennicy demokracji ostrzegają, że Pekin stara się stopniowo zacieśniać kontrolę polityczną nad regionem. Jednym z tego przejawów ma być - ich zdaniem - sposób wybierania szefa lokalnej administracji w 2017 r.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje