Wenezuela: Maduro podąża drogą Chaveza, ale traci poparcie przed wyborami

Przed zbliżającymi się wyborami lokalnymi w Wenezueli lewicowy reżim prezydenta Nicolasa Maduro kontynuuje autokratyczną i populistyczną politykę jego poprzednika Hugo Chaveza. Pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju osłabia jego pozycję.

Zgromadzenie Narodowe, zdominowane przez Zjednoczoną Partię Socjalistyczną Wenezueli (PSUV), uchwaliło w czwartek tzw. Ley Habilitante (dosł. ustawę umożliwiającą), która przyznała Maduro prawo rządzenia za pomocą dekretów przez najbliższe 12 miesięcy. Takie samo prawo parlament uchwalał cztery razy za rządów Chaveza.

Reklama

Ustawa musi być jeszcze zatwierdzona przez specjalną komisję, ale nie przewiduje się w niej istotnych zmian, jako że wszystkie organa władzy są posłuszne woli PSUV i Maduro.

Prezydent uzasadnia wzmocnienie swych uprawnień potrzebą walki z korupcją i "sabotażem ekonomicznym". Jednak zdaniem krytyków rządu chodzi wyłącznie o ograniczenie wpływów opozycji przed wyborami, które odbędą się 7 grudnia.

Zyskuje ona silne argumenty przeciw Maduro wobec coraz trudniejszej sytuacji ekonomicznej kraju i wysokiej przestępczości.

Inflacja w Wenezueli sięga 54 procent, pogłębiają się braki żywności i takich towarów w sklepach jak papier toaletowy. Rząd wprowadził racjonowanie mleka, ryżu, oleju do smażenia i innych artykułów. Spada realna wartość wenezuelskiej waluty - na czarnym rynku za 1 dolara można już otrzymać ponad 60 bolivarów. Jest to prawie 10 razy więcej niż w wymianie według oficjalnego kursu: 6,3 bolivara za 1 dolara. Jeszcze w 2007 r. realny kurs bolivara był tylko 2-3 razy większy niż kurs oficjalny.

W Wenezueli coraz częściej zdarzają się wyłączenia prądu. Stolica kraju, Caracas, ma także jeden z najwyższych (wśród wielkich miast) wskaźników morderstw na świecie: 120 na 100 000 mieszkańców.

Metody znane z krajów komunistycznych

Odpowiedzią Maduro na trudności gospodarki są metody znane z krajów komunistycznych: reglamentacja towarów, kontrola cen, oskarżenia przedsiębiorców o spekulację i nadmierne zyski. W mijającym tygodniu rząd zamknął szereg sklepów, twierdząc, że zawyżały ceny. Ponad 100 biznesmenów aresztowano. Maduro nazwał ich "burżujami", "kapitalistycznymi pasożytami" i "lichwiarzami".

8 listopada rząd nakazał obniżkę cen elektrycznego sprzętu gospodarstwa domowego. Przed sklepami sprzedającymi te artykuły powstały gigantyczne kolejki. W mieście Valencia (trzecim co do wielkości w kraju) doszło do zamieszek i plądrowania sklepów. Władze wezwały na pomoc policję i wojsko. Zaobserwowano, że niektórzy żołnierze przyłączyli się do rabowania sklepów.

Według wenezuelskiego dziennika "Tal Cual" przyczyną chaosu mogła być wypowiedź Maduro, który wezwał ludzi, by "opróżniali wszystkie półki". Zrozumiano to jako zachętę do plądrowania sklepów.

Rząd zapowiada dalsze przymusowe obniżki cen, tym razem takich towarów jak buty, zabawki i telefony komórkowe. Przygotowuje projekt ustawy o ograniczeniu zysków do 15-30 procent i planuje utworzenie specjalnych sądów do karania "lichwiarzy".

Ekonomiści zwracają uwagę, że odgórne limity na ceny i zyski doprowadziły już do bankructwa wiele przedsiębiorstw. Podkreślają, że polityka ekonomiczna rządu odstrasza też zagranicznych inwestorów.

- Dalsze interwencje państwa jeszcze bardziej osłabią prywatny sektor w Wenezueli, zniechęcą do inwestowania i przyspieszą dewaluację bolivara - powiedział dziennikowi "Los Angeles Times" ekonomista Jose Manuel Puente, wykładający na Uniwersytecie Oksfordzkim.

"Kiedy tylko Maduro otworzy usta, inwestycje uciekają z Wenezueli do innych krajów"

Koalicja partii opozycyjnych MUD (Jedność Demokratyczna) nasila krytykę rządu przed wyborami. "Kiedy tylko Maduro otworzy usta, inwestycje uciekają z Wenezueli do innych krajów" - powiedział jego oponent w wyborach w kwietniu br. Henrique Capriles Radonski. Według niego przymusowe obniżki cen to desperacka próba obozu rządzącego, aby uniknąć porażki w grudniowych wyborach.

Sondaże przedwyborcze wskazują na malejące poparcie dla PSUV i Maduro. Obecny prezydent kontynuuje politykę Chaveza, którego programy pomocy dla ubogich zjednały mu ogromną popularność w biedniejszych warstwach społeczeństwa.

Chavez mógł sobie na nie pozwolić dzięki ogromnym zasobom ropy naftowej w Wenezueli - od 1999 r., kiedy doszedł do władzy, kraj zarobił na jej eksporcie około 750 miliardów dolarów. Znaczną część tych dochodów przeznaczył jednak również na kosztowną pomoc dla Kuby i popierających go innych lewicowych rządów w Ameryce Łacińskiej, w Ekwadorze, Boliwii, Nikaragui i Argentynie. Pomoc ta nie jest popularna w Wenezueli.

Maduro naśladuje Chaveza, który przed śmiercią w marcu br. wyznaczył go na swego następcę, ale nie ma jego charyzmy. Zdaniem ekspertów na dłuższą metę umniejsza to jego szanse utrzymania się przy władzy. Według relacji z Caracas prezydent stoi przed groźbą opozycji w szeregach własnej partii, gdzie już bezpośrednio po zgonie Chveza miał rywali.

Dowiedz się więcej na temat: Wenezuela | Nicolas Maduro | Hugo Chavez

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy