Włochy: Parlament przystępuje do wyboru prezydenta. Kandydaci wciąż nieznani

W czwartek po południu połączone izby parlamentu Włoch wraz z delegatami wszystkich regionów przystąpią do wyboru prezydenta kraju, następcy Giorgio Napolitano. 14 stycznia, w drugim roku drugiej kadencji, ustąpił on ze stanowiska z powodu sędziwego wieku. Włosi zgodnie mówią, że potrzeba "doświadczonego polityka", ale poszukiwania odpowiedniego kandydata okazały się trudne.

W czwartek po południu połączone izby parlamentu Włoch wraz z delegatami wszystkich regionów przystąpią do wyboru prezydenta kraju, następcy Giorgio Napolitano. 14 stycznia, w drugim roku drugiej kadencji, ustąpił on ze stanowiska z powodu sędziwego wieku.

Reklama

Wciąż nie wiadomo, kto ma największe szanse zostać prezydentem Włoch. Nie ogłoszono oficjalnie nazwiska żadnego kandydata.

Wyboru dokona 1009 elektorów: senatorów, deputowanych i przedstawicieli 20 regionów.

Choć dymisja 89-letniego szefa państwa zapowiadana była od listopada i była jedynie kwestią czasu, największe siły polityczne z rządzącą centrolewicową Partią Demokratyczną na czele nie zdołały znaleźć żadnego kandydata, który miałby zagwarantowane poparcie większości parlamentu oraz 58 delegatów z regionów. Prowadzone przez tygodnie nieoficjalne rozmowy nie tylko nie przyniosły rozstrzygnięcia, ale wręcz pogłębiły podziały między centrolewicą a centroprawicą i w samej partii kierowanej przez premiera Matteo Renziego. Negocjacje partyjnych liderów mają trwać do ostatniej chwili przed głosowaniem.

Na politycznej giełdzie pojawiło się od jesieni kilkanaście nazwisk, wśród nich byłych lewicowych premierów Romano Prodiego i Giuliano Amato, byłego lidera Partii Demokratycznej Pier Luigiego Bersaniego, byłego wicepremiera i wielokrotnego ministra oraz obecnego sędziego Trybunału Konstytucyjnego Sergio Mattarelli, nieznanego niemal zupełnie - jak się podkreśla - na arenie międzynarodowej. 

Nie brak też wśród polityków głosów, że nadszedł czas, aby na czele państwa stanęła kobieta. Wśród nich za faworytki uchodziły przez cały czas minister obrony Roberta Pinotti oraz senator Anna Finocchiaro. Jednak ostatnie godziny nerwowych politycznych rozmów skoncentrowały się na kandydaturach mężczyzn.

W środę wieczorem nieoficjalnie informowano o rosnących szansach Bersaniego, zwycięzcy wyborów parlamentarnych w 2013 roku, który nie zdołał jednak wtedy utworzyć rządu.

Coraz lepsza pozycja Berlusconiego

Trudne poszukiwania kandydata na prezydenta doprowadziły do ponownego wzrostu pozycji byłego premiera Silvio Berlusconiego, wykluczonego w ostatnich latach z Senatu jako osoba prawomocnie skazana za oszustwa podatkowe i odbywającego karę zastępczą w postaci prac społecznych w ośrodku opieki.

To z przywódcą Forza Italia, który wydawał się zepchnięty definitywnie na margines polityki po licznych skandalach i sprawach sądowych, premier Renzi jako lider Partii Demokratycznej prowadził rozmowy, chcąc uzyskać jego poparcie dla jednego z polityków lewicy. Do porozumienia nie doszło; Renzi nalega na Mattarellę, Berlusconi wolałby Amato.

78-letni Berlusconi ma - zauważają komentatorzy - powody do satysfakcji, bo okazało się, że wciąż liczy się na scenie politycznej i po ponad 20 latach jego obecności na niej wciąż żadna kluczowa decyzja o przyszłości kraju nie może zapaść bez niego.

Pozycję głównego rozgrywającego stracił zaś populistyczny, coraz słabszy Ruch Pięciu Gwiazd byłego komika Beppe Grillo. Jego szeregi opuściło już około 30 parlamentarzystów na znak protestu przeciwko polityce przywódcy, uważanej przez nich za destrukcyjną.

Uczestnicy tych politycznych negocjacji zgadzają się tylko co do jednego; wszyscy zgodnie powtarzają, że prezydentem powinien zostać doświadczony polityk - możliwie dobrze znany na arenie międzynarodowej - który godnie zastąpiłby Giorgio Napolitano. W ciągu 9 lat ten pierwszy były komunista na stanowisku szefa państwa zdobył ogromny autorytet i uznanie za granicą i uważany był za jedynego gwaranta stabilności w kraju pogrążonym w kryzysie finansowym i gospodarczym oraz za znakomitego arbitra.

Wszystko wskazuje na to, że trzy pierwsze głosowania w parlamencie, a więc jedno w czwartek i dwa w piątek, nie przyniosą rozstrzygnięcia, bo zarówno centrolewica, jak i centroprawica skłaniają się ku temu, by oddawać w nich puste kartki. Wynika to z arytmetyki głosowania nad wyborem głowy państwa i politycznego realizmu. W trzech pierwszych głosowaniach potrzebna jest większość dwóch trzecich, a od czwartego wystarczy zwykła większość. To zaś oznacza, że prezydent może zostać wybrany w sobotę, gdyż dominuje przekonanie, że większość dwóch trzecich jest przy obecnym układzie sił nie do osiągnięcia.

Jest to scenariusz optymistyczny, ale - jak się zauważa - niejedyny. Premier Renzi kierujący rozmowami politycznymi powtarza, że nie może powtórzyć się fiasko sprzed dwóch lat, gdy parlament nie był w stanie przez kilka dni wybrać prezydenta i w związku z tym patem liderzy największych sił poprosili ustępującego po 7-letniej kadencji Napolitano, by zechciał pozostać na drugą kadencję. Wtedy przepadły między innymi kandydatury Romano Prodiego i Giuliano Amato.

Najwięcej Włochów, jak wynika z sondażu, najbardziej chciałoby, aby prezydentem był dalej Giorgio Napolitano. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje