Wojenna gra Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem

Prezydent USA Donald Trump /Getty Images

Prezydent USA Donald Trump próbuje ograć Kim Dzong Una jego własną bronią - nieprzewidywalnością. Pytanie, czy któryś z graczy nie wykona w tej rywalizacji ruchu, po którym nie będzie już pokojowego kroku wstecz.

Reklama

Czy broń nuklearna może trafić w ręce dżihadystów?

Nie ma dnia, żeby media nie informowały szeroko o kolejnych wydarzeniach, podgrzewających atmosferę wokół Korei Północnej. W niedzielę Pjongjang zadeklarował gotowość ataku na USS Carl Vinson, amerykański lotniskowiec atomowy, skierowany na wody koreańskie w związku z ryzykiem kolejnego testu nuklearnego.

Reklama

W odpowiedzi Pentagon wezwał Koreę Północną do zaprzestania prowokacyjnych działań, zaapelował też do społeczności międzynarodowej o izolację kraju Kim Dzong Una. W ocenie Białego Domu próby rakietowe Pjongjangu stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa Ameryki i jej sojuszników, dlatego nie zawaha się nawet przed prewencyjnym atakiem.

Niebezpieczna retoryka

- Korea Północna przyzwyczaiła świat, że gra - podkreślam stanowczo to słowo - nieprzewidywalną, teraz taką retorykę przyjął Donald Trump. Wykorzystuje to, że jest politykiem nieznanym. Nie wiemy, do czego jest skłonny. Kiedy dwie strony grają w ten sposób, istnieje ryzyko, że jeden z przywódców nie wytrzyma atmosfery i posunie się o krok za daleko - zwraca uwagę w rozmowie z Interią Oskar Pietrewicz z Centrum Studiów Polska-Azja.

Dr Nicolas Levi z Polskiej Akademii Nauk obawia się, że Kim Dzong Un i Donald Trump nie tylko grają na niebezpiecznej nucie nieprzewidywalności.

- Obydwaj przywódcy nie są do końca racjonalni. Także Donald Trump. Jego sytuacja w USA jest bardzo zła. Jest najmniej lubianym prezydentem amerykańskim, rozpoczynającym urzędowanie. To zmusza go do gwałtownych ruchów, które mają polepszyć jego notowania. Zaskoczył zrzucając "matkę wszystkich bomb" w Afganistanie. To pokazuje, że możemy mieć do czynienia z różnymi napięciami na Półwyspie Koreańskim. Może do wojny nie dojdzie, ale do kolejnych prowokacji już tak - podkreśla.

Oskar Pietrewicz: - Zawsze jest ryzyko, kiedy strony tak bardzo się nakręcają w warstwie retorycznej, że któraś przesadzi. Patrzę na to jednak dość ostrożnie i spokojnie, bo to nie jest pierwsza sytuacja, w której Waszyngton i Pjongjang obrzucają się błotem. Za czasów Baracka Obamy administracja USA faktycznie nie reagowała jak Donald Trump, ale jak sobie przypominamy prezydenturę George’a W. Busha, to dużo mocniejsze słowa kierowano pod adresem Korei Północnej. A do wojny nie doszło.

Ćwiczenia i prowokacje

Nasz rozmówca przypomina, że nie tylko wojenna retoryka nie jest niczym nowym w relacjach Stanów Zjednoczonych z Koreą Północną.

- To, że do Półwyspu Koreańskiego zbliża się osławiony już lotniskowiec USS Carl Vinson nie jest, wbrew narracji Donalda Trumpa, niczym nadzwyczajnym. Od wielu lat na od początku marca do końca kwietnia odbywają się rutynowe manewry USA, Korei Południowej i Japonii. Amerykańska administracja tylko nagłaśnia teraz ćwiczenia, które i tak by się odbyły. Manewry te są przygotowywane z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, to nie jest żadna sytuacja alarmowa - zauważa ekspert Centrum Studiów Polska-Azja.

I chociaż od prężenia muskułów do zbrojnego konfliktu wiedzie daleka droga, specjaliści są zgodni, że może dojść do poważniejszych prowokacji. - One już mają miejsce. USA zakłócają niektóre próby rakietowe Korei Północnej, Pjongjang natomiast zaczepia USA i Koreę Południową interferując w ich systemy informatyczne - wymienia dr Nicolas Levi z PAN.

Kim Dzong Un to nie Asad

Problem w tym, że nie sposób wskazać, kiedy prowokacja okaże się iskrą, która doprowadzi do zaognienia konfliktu.

- To się może wydarzyć w każdej chwili, bo - podkreślam raz jeszcze - przywódcy Korei Północnej i USA nie są racjonalni. Te prowokacje nie muszą bezpośrednio dotknąć Ameryki, mogą być wymierzone w Seul. Może dojść do zastrzelenia żołnierza przy granicy czy zamordowania jakiegoś urzędnika z USA w Korei Południowej lub innym państwie. Do zamierzonej wojny nie powinno dojść, bo Korea Północna nie ma w niej szans, ale przywódcy mogą nieświadomie do tego konfliktu doprowadzić - uważa dr Nicolas Levi.

- Jeśli ktoś miałby przekroczyć granice, to prędzej USA - wskazuje Oskar Pietrewicz. - Uderzenie w Syrii czy zrzucenie bomby w Afganistanie mogło dać do myślenia, tym bardziej, że prewencyjny atak na ośrodki nuklearne Korei Północnej był już dyskutowany za prezydentury Billa Clintona. To nie jest zatem nowy scenariusz, ale zawiera w sobie duży znak zapytania. Jak odpowiedziałby Kim Dzong Un? W Syrii Amerykanie wiedzieli, że nie spotkają się z odpowiedzią Baszara al-Asada. Taki atak niesie za sobą dość duże ryzyko, ale to byłoby przekroczenie granicy przez jedną ze stron. Bo Korea Północna kolejną próbą rakietową czy nuklearną nie zaskoczy. Robi to od lat.

Negocjacje zamiast wojny

Niewykluczone - chociaż oficjalnie dowodów na takie podejście brak, że za strategią polegającą na grożeniu przeciwnikowi kryje się szorstkie zaproszenie do rozmów. Strony mogą chcieć się wzajemnie wybadać zanim zasiądą do negocjacji.

- Mam wrażenie, że w ostatnim czasie napięcie łagodnieje, także w warstwie narracji. Nieoficjalnie mówi się, że polityka Donalda Trumpa wobec Korei Północnej zakłada "zwiększenie presji i zaangażowanie". Czyli presja słowna, także naciski na Chiny, żeby gospodarczo docisnęły Pjongjang, miałyby służyć doprowadzeniu do rozmów na temat rozwiązania problemu nuklearnego w regionie - wyjaśnia Oskar Pietrewicz.

Kim Dzong Un jak na razie jest nieugięty.

***

Zobacz także: Za posiadanie biblii grozi egzekucja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy