Wybory, które miały być tylko formalnością

W szeregi konserwatystów wkradł się niepokój. Na pierwszym planie Theresa May /AFP

To najważniejsze wybory od 1945 roku - emocjonuje się brytyjska prasa. Premier Theresa May walczy o 326 miejsc w Izbie Gmin - tyle potrzebuje, by samodzielnie rządzić przez kolejne cztery lata. Wybory, które miały wzmocnić mandat Partii Konserwatywnej, mogą pozbawić ją władzy. W czwartek Brytyjczycy decydują nie tylko o tym, kto utworzy rząd, ale przede wszystkim o strategii negocjowania brexitu, metodach walki z terroryzmem, prawach imigrantów, w tym ponad miliona Polaków, oraz o dalszych losach prowadzonej przez konserwatystów polityki cięć.

Reklama

Kiedy w kwietniu Theresa May ogłaszała przyspieszone wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii, sondażowa przewaga Partii Konserwatywnej nad Partią Pracy wynosiła ponad 20 punktów procentowych. Skonfliktowany z partyjnymi elitami - od byłego premiera Tony'ego Blaira po burmistrza Londynu Sadiqa Khana - lider laburzystów Jeremy Corbyn był nieustannie krytykowany i wyszydzany przez media. Skazany na porażkę.

May uznała więc, że niczego nie ryzykuje, a dzięki wyborom przedłuży swoje rządy i uniknie prowadzenia kampanii wyborczej w 2019 roku, na finiszu negocjacji z Unią Europejską.

Reklama

Jednak w ciągu ostatnich kilku tygodni notowania laburzystów poszły gwałtownie w górę, a Theresa May zaliczała wpadkę za wpadką, na dodatek odmawiała debaty z Corbynem, za co była ostro krytykowana. Wiece Corbyna gromadziły tłumy, największe w brytyjskich kampaniach od ponad 20 lat, a konserwatyści nie byli w stanie na to odpowiedzieć. Premier była sztywna, do znudzenia powtarzała wyuczone bon moty ("pieniądze nie rosną na magicznym drzewie", "brak umowy [z UE] jest lepszy niż zła umowa"), miotała się na konferencjach prasowych. Badania opinii wyraźnie pokazywały, jak z biegiem dni i tygodni poprawiają się oceny samego Corbyna i pogarszają notowania May.

Strategia torysów

Przekaz Partii Konserwatywnej w kampanii wyborczej jest klarowny - to Theresa May wynegocjuje najlepszą umowę z Unią Europejską.

Premier portretowana jest jako kompetentna i twarda negocjatorka, która najlepiej poradzi sobie z brukselskimi elitami.

Po zamachach w Manchesterze i w Londynie do tego przekazu doszedł dodatkowy wątek: May jako szeryf, który rozprawi się z radykalnym islamem. Premier oceniła, że w Wielkiej Brytanii istnieje zbyt duże przyzwolenie dla ekstremizmów. Oświadczyła nawet, że jeśli prawa człowieka będą przeszkadzać w ściganiu terrorystów, to Wielka Brytania te prawa zmieni.

Twarda postawa May ma być przeciwwagą dla Jeremy'ego Corbyna, któremu konserwatyści zarzucają nie tylko, że jest zbyt miękki dla terrorystów, ale wręcz że im sprzyja.

Kampania błędów i wpadek

Gdyby May ograniczyła się do odgrywania roli szeryfa i supernegocjatorki, może nie byłoby tak źle. Jednak premier w trakcie kampanii wyborczej zaliczyła kilka spektakularnych wpadek.

Kompromitacją należy określić to, co zostało już ochrzczone "podatkiem od demencji". Konserwatyści w swojej deklaracji programowej zaproponowali, by po śmierci obywatela, który wcześniej długo chorował, państwo przejmowało część jego majątku na poczet zapłaty za leczenie. Reakcją na tę propozycję było, rzecz jasna, zdumienie i oburzenie, a May bardzo nieporadnie wycofywała się z tego postulatu.

Premier nie przemyślała również pomysłu, by zrewidować zakaz polowania na lisy. I to w momencie, gdy Corbyn portretował ją jako przedstawicielkę oderwanych od zwykłych ludzi elit!

Na konserwatystach ciąży również siedem lat rządzenia.

"Oceniajcie nas po naszych dokonaniach" - zaapelowała Amber Rudd, sekretarz spraw wewnętrznych, w trakcie debaty w BBC, a publiczność zareagowała śmiechem.

Konserwatyści, najpierw pod wodzą Davida Camerona, później Theresy May, prowadzą politykę cięć. Miała ona w założeniach doprowadzić do zmniejszenia, czy też spowolnienia, zadłużenia, jednak pod rządami torysów dług publiczny wzrósł o połowę (zwiększył się nie tylko nominalnie - o ponad 500 miliardów funtów, ale również w relacji do PKB).

Polityka cięć przyczyniła się między innymi do zwolnienia ze służby 20 tys. policjantów, co dzisiaj, w obliczu zamachów, cały czas się konserwatystom wypomina. Theresa May, jeszcze jako sekretarz spraw wewnętrznych, odpowiadając na zarzuty działania na szkodę bezpieczeństwa, apelowała, żeby nie straszyć opinii publicznej zamachami, "bo nic takiego się nie dzieje".

To wszystko sprawia, że kampanię konserwatystów należy ocenić jako nieudaną, choć wciąż pozostają faworytami czwartkowych wyborów.

Bernie Corbyn

Jeremy Corbyn został liderem Partii Pracy wbrew całej partyjnej wierchuszce. Jednak partyjne "doły", a więc zwykli, szeregowi członkowie, stoją za nim murem i to oni wybrali go na szefa. Najwyraźniej nie zrobił na nich wrażenia fakt, że wcześniej wotum nieufności wobec Corbyna wyraziła większość parlamentarzystów ugrupowania. Mimo zmasowanej krytyki za kadencji Corbyna Partia Pracy stała się największą partią w Europie (ponad pół miliona członków).

Powszechne przekonanie mediów i partyjnych elit było takie, że Corbyn jest zbyt skrajny, by wygrać jakiekolwiek wybory. Nazywano go marksistą i trockistą. Polityczne doświadczenie zdobywał nie na korytarzach Oksfordu, a na obywatelskich protestach - przeciwko wojnom czy segregacji rasowej. Do Izby Gmin dojeżdżał metrem, w sweterku od mamy. Ostro sprzeciwiał się "trzeciej drodze", czyli firmowanemu przez Blaira romansowi socjaldemokracji z liberalizmem gospodarczym (a w praktyce z londyńskim City), a gdy Blair wysyłał wojska do Iraku, to Corbyn stał na czele protestów.

Obecne postulaty Corbyna, takie jak nacjonalizacja kolei, podniesienie podatków dla najbogatszych i dla korporacji, darmowe studia, darmowe posiłki w szkołach, są w mediach przyjmowane z dystansem. Można to wytłumaczyć tym, że Wielka Brytania to swego rodzaju pomost między amerykańskim a europejskim myśleniem o państwie i gospodarce - nie tak liberalna jak USA i nie tak socjalna jak choćby Francja czy państwa skandynawskie. Widać to choćby po skali nierówności społecznych, które są mniejsze niż w Stanach, ale dużo większe niż w innych państwach europejskich.

Okazało się, że pomysły te trafiają na podatny grunt. Corbyn chce zerwania z polityką cięć i coraz więcej Brytyjczyków mu przyklaskuje. W trakcie kampanii okazało się, że nie taki ten "marksista" straszny, jak go w "The Times" malowano. 68-latek łapie świetny kontakt z wyborcami, a w telewizji wypada dużo naturalniej od spiętej, mechanicznej May.

Doszło nawet do tego, że partyjne elity np. doradca Blaira John Braggins, zaczęły przepraszać Corbyna za to, że w niego nie wierzyły.

Coraz częściej lidera laburzystów porównywano z amerykańskim senatorem Berniem Sandersem - obaj mocno lewicowi, antysystemowi, obaj w dojrzałym wieku, robiący furorę wśród młodych wyborców, wbrew partyjnym establishmentom. "Jestem pod dużym wrażeniem kampanii Jeremy'ego Corbyna i życzę mu jak najlepiej" - powiedział Sanders, który niby przypadkowo znalazł się w Wielkiej Brytanii na finiszu kampanii wyborczej.

Problem z Corbynem

Zanim padnie posądzenie o hagiografię... Problem z Jeremy'm Corbynem polega na tym, że dość ekscentrycznie lokuje swoje sympatie. Pryncypializm ideologiczny wodzi go czasem na manowce, przez co dziś musi się gęsto tłumaczyć. Choćby z tego, że nazwał Hamas "przyjaciółmi". Dziś wyjaśnia, że był to "inkluzywny język", mający umożliwić prowadzenie negocjacji pokojowych. Podobnie Corbyn tłumaczy swoje spotkania z liderami IRA i przypomina, że przecież brytyjskie władze też się z nimi spotykały. 

O ile Corbyn odcina się od IRA czy Hamasu, o tyle z dumą opowiada o swojej sympatii do Hugo Chaveza i Fidela Castro.

Po śmierci Chaveza napisał na Twitterze: "Dziękuję Hugo Chavezowi za pokazanie, że biedni są ważni, a bogactwem można się dzielić. Dał wiele Wenezueli i całemu światu". Z kolei gdy zmarł Fidel Castro, na forum Izby Gmin nazwał go "czempionem sprawiedliwości społecznej". Redystrybucja bogactwa na rzecz biedoty była w oczach Corbyna istotniejsza niż autorytarne skłonności czy też efektywność gospodarki Wenezueli i Kuby.

Ponadto z polskiej perspektywy niepokoić może stosunek Corbyna do NATO. W przeszłości twierdził on nawet, że NATO to zagrożenie dla światowego pokoju. Wszystko to wynika z pacyfizmu Corbyna, który każdy konflikt chciałby rozwiązać na drodze dyplomacji. Padają więc zarzuty o naiwność.

Dwie wizje

Konserwatyści i laburzyści proponują dwa zupełnie odmienne kierunki dla Wielkiej Brytanii, na dodatek w momencie historycznym, bo w trakcie rozwodu z Unią Europejską. Dlatego właśnie mówi się o tych wyborach, że są tak ważne.

Brytyjczycy decydują, czy opowiedzieć się za brexitem twardym (konserwatyści) czy miękkim (laburzyści). Konserwatyści chcą mocno ograniczyć imigrację, nawet kosztem swobodnej wymiany handlowej, natomiast laburzyści chcą przede wszystkim zabezpieczyć prawa imigrantów pracujących w Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków pracujących w Unii, co pokrywa się z pragnieniami Brukseli. Lider laburzystów nieraz na wiecach stawał w obronie "wspaniałych pracowników" z zagranicy. May chce przestać wpłacać pieniądze do budżetu UE od zaraz, Corbyn zapowiada, że wywiąże się z podjętych wcześniej zobowiązań finansowych. Widać wyraźnie, że May będzie negocjować ostro, stawiając sprawy na ostrzu noża, Corbynowi natomiast zależy na rozwiązaniu polubownym.

Również w kwestii terroryzmu obie strony proponują zupełnie inne rozwiązania. Theresa May opowiada się za nalotami na dżihadystów w Syrii czy Iraku, a w kraju za zaostrzaniem kar i deportacjami podejrzanych o terroryzm. Z kolei Jeremy Corbyn postuluje nieangażowanie się w konflikty zbrojne na Bliskim Wschodzie i zwiększenie liczebności policji na ulicach.

Jednak najciekawsza wydaje się kwestia polityki gospodarczej. Konserwatyści chcą uzdrawiać państwo cięciami i stwarzaniem jak najbardziej przyjaznych warunków dla przedsiębiorców.
Zwycięstwo laburzystów byłoby natomiast pierwszą w Europie tak znaczącą próbą odejścia od powszechnie obowiązującej doktryny zaciskania pasa po kryzysie z 2008 roku - jak wiemy, Syrizie na to nie pozwolono. Laburzyści pod wodzą Corbyna mówią: nie duśmy gospodarki cięciami, bo nie przynosi to pożądanych skutków (patrz: rosnące zadłużenie) i cierpią na tym zwykli ludzie. Ich propozycja to szeroko zakrojone inwestycje państwowe, podniesienie płacy minimalnej i wyższe podatki dla 5 proc. najlepiej usytuowanych Brytyjczyków. Na łamach "Guardiana" 129 ekonomistów podpisało list z poparciem dla programu gospodarczego Partii Pracy.

Sprawa pokoleniowa

Żeby jednak ów lewicowy eksperyment przeprowadzić, trzeba najpierw wygrać wybory. A to nie będzie takie proste. Partia Konserwatywna ma wierniejszy elektorat i poparcie większości mediów, z mediami australijskiego magnata Ruperta Murdocha na czele. 

Wolę oddania głosu na konserwatystów deklarują przede wszystkim ludzie starsi. Frekwencja wyborcza w tej grupie oscyluje wokół 80 proc. Laburzystów popierają dziś przede wszystkim ludzie młodzi, ale tylko połowa z nich deklaruje, że na pewno pójdzie na wybory.

Do tego, jak już wspomnieliśmy, laburzyści przystępowali do wyborów z ogromną stratą. To wszystko sprawia, że konserwatyści, mimo nieudanej kampanii, wciąż są odrobinę bliżej zwycięstwa.

Pozostali gracze

Oczywiście w Wielkiej Brytanii mamy więcej niż dwie partie.

Sporo miejsc w Izbie Gmin - około 50 - zdobędzie Szkocka Partia Narodowa (SNP), dowodzona przez Nicolę Sturgeon. Pierwsza minister Szkocji uparcie dąży kolejnego referendum niepodległościowego. Przy okazji poprzedniego proeuropejskim Szkotom wmawiano, że jedynym sposobem na pozostanie w UE jest dalsze funkcjonowanie w granicach Wielkiej Brytanii. Jaką puentę dopisała historia - wszyscy wiemy.

SNP będzie języczkiem u wagi, jeżeli ani konserwatyści, ani laburzyści nie zdobędą samodzielnej większości.

Liczącym się graczem są również Liberalni Demokraci. Do wyborów przystąpili, obiecując powtórne referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej, w przeciwieństwie do dwóch największych partii, które powtarzają - brexit znaczy brexit, klamka zapadła. Strategia nie chwyciła może tak, jak liczył na to lider partii Tim Farron, jednak i oni będą mieli swoich przedstawicieli w Izbie Gmin.

Dużo gorzej wygląda natomiast sytuacja antyunijnej i antyimigranckiej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP). Ugrupowanie, które zaciekle dążyło do wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, powoli traci sens istnienia, a elektorat niechętny imigrantom popiera dziś konserwatystów. Wyczuł to najwyraźniej Nigel Farage, który krótko po referendum zrezygnował z funkcji szefa partii.

326

Czwartkowe wybory można sprowadzić do tej jednej liczby - 326.

Brytyjczycy głosują w jednomandatowych okręgach wyborczych. Kto wygra w danym okręgu - ten zostanie parlamentarzystą. Konserwatyści potrzebują 326 takich małych zwycięstw, by utrzymać większość w Izbie Gmin. W przeciwnym wypadku szykuje się polityczny kryzys. Mniejszościowego rządu konserwatystów nie poprą ani laburzyści, ani Liberalni Demokraci, ani SNP, ani zieloni.

Szkoci mogą natomiast wesprzeć rząd Jeremy'ego Corbyna, nie wchodząc jednak do koalicji. Tutaj układ będzie prosty: poparcie w zamian za zgodę na referendum niepodległościowe po zakończeniu negocjacji w sprawie brexitu.

Sytuację, w której zwycięzca nie zdobywa większości, nazywa się na Wyspach "hung parliament" ("zawieszony parlament"). Jakie są na to szanse?

Według pracowni YouGov konserwatyści mogą w czwartek zdobyć od 265 do 342 mandatów.

Jeśli chodzi o procentowy rozkład poparcia, na dzień przed wyborami wyglądało to następująco: Partia Konserwatywna - 42 proc., Partia Pracy - 38 proc., Liberalni Demokraci - 9 proc., UKIP - 4 proc., SNP - 4 proc., Zieloni - 2 proc. Jednak wyniki te różnią się znacząco w zależności od pracowni. I uwaga - również sondaż exit poll może nie być trafny, jak pokazało ubiegłoroczne referendum.

Głosowanie na Wyspach zakończy się o godz. 23 czasu polskiego.

Obserwuj autora na Facebooku

Dowiedz się więcej na temat: Wielka Brytania

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje