Długie wakacje małych powodzian

Uczniowie z prawobrzeżnego Sandomierza (Świętokrzyskie), tak jak ich koledzy, otrzymali w piątek świadectwa szkolne. Ale wakacje mają już od półtora miesiąca, a niektórzy zdążyli nawet wrócić z kolonii - bo tutejszą podstawówkę i gimnazjum zalała woda.

Mateusz ma osiem lat i trzyma w ręce swoje pierwsze świadectwo. Mieszkał na Bosmańskiej, a teraz mieszka w akademiku. Żadnych zabawek z domu nie dało się uratować. Fajnie było na koloniach w Pucku, choć pogoda nie sprzyjała plażowaniu i nie jest opalony. Chodził na basen, na spacery. 1 sierpnia pojedzie jeszcze do Zakopanego. Tata mówi, że chłopiec tęsknił za rodzicami.

Wakacje długie, ale smutne

Reklama

Weronika skończyła czwartą klasę i w przeciwieństwie do chłopaków z szóstej klasy nie cieszy się z dłuższych wakacji. - Przykro mi było, że tak nas zalewało. Widzieliśmy to wszyscy z balkonu, jak ta woda szła. Brakuje słów, żeby o tym rozmawiać - opowiada. W Pucku opiekowała się młodszymi braćmi. Jej mama mówi, że dzieci musiały szybciej dorosnąć; ewakuowano ich łodzią, bo woda wchodziła do domu. - Uciekliśmy w ostatniej chwili, mamy tylko spanie na piętrze domu, trochę ubrań. Lodówkę zalało, a jeszcze zostało nam pięć rat do spłacenia. Nie spodziewaliśmy się takiej wody - mówi.

Rodzina nie może jeszcze wrócić do swojego domu, mieszkają w akademiku. - Każdy chce już wrócić. Mamy dość tej tułaczki - dodaje kobieta. Powodzianie podkreślają, że nie dostali jeszcze tysiąca złotych obiecanego przez rząd dla każdego dziecka.

Andrzej, który kończy podstawówkę, cieszy się, że ma dłuższe wakacje, ale wolałby, żeby ich powodem nie była powódź. Gdy nie było lekcji, mieszkał u rodziny, był też na koloniach w Pucku. Jego tata robi porządki w domu, ma dostać osuszacz.

Chłopcy z Baczyńskiego też cieszą się, że mieli więcej czasu na zabawę. Tylko jak nie było prądu, to wieczorem nie było co robić.

"Trzęsłam się ze strachu"

Rodzina Kariny najpierw nocą ewakuowała się na drugie piętro, do babci. Nikt nie spodziewał się tak ogromnej wody. - Babcia jest starszą osobą, więc musieliśmy się nią opiekować. Panikowała. Potem stamtąd też musieliśmy się ewakuować. Strażacy pukali do wszystkich drzwi i ogłaszali ewakuację. Były autobusy. Byliśmy ewakuowani do szkoły. Mieliśmy materace, śpiwory. Później ja z babcią poszłam do znajomej mamy, a moja starsza siostra tam została, bo trzeba było dużo pomagać starszym ludziom, roznosić żywność - opowiada dziewczynka. - Cała się trzęsłam. Podeszła do mnie jakaś pani i mówi, żebym się nie bała. Babcia płakała - dodaje.

Karina ma świadectwo z czerwonym paskiem i we wrześniu pójdzie do gimnazjum. Zapisała się na wyjazd do Austrii i Zakopanego, pojedzie też na obóz sportowy, bo trenuje siatkówkę. Wróciła już z rodziną do swojego domu, gdzie jest dużo pracy. - Najbardziej to mi szkoda rodziców i domu, bo mamy ten dom sześć lat i wszystko poszło na marne. W pierwszej kolejności uratowaliśmy zwierzątka, na balkon przenieśliśmy kotka i dwa psy - opowiada.

Obserwacja wody - zamiast szkoły

W Szkole Podstawowej nr 3 uczyło się 207 dzieci. Prawie połowa mieszkała w jednorodzinnych domach, które zalała woda. Reszta jest z osiedla Baczyńskiego - domów nie zalało, ale nie było prądu. Dzieci zamiast chodzić do szkoły, obserwowały zmagania o utrzymanie wałów wokół huty.

Zakończenie roku szkolnego odbyło się w domu kultury. Przyszła tylko jedna czwarta uczniów. 48 dzieciaków przebywa na koloniach, reszta jest u rodziny w Sandomierzu albo w Lublinie, w Warszawie, Krakowie.

Porządki w szkole, gdzie w piwnicy stoi jeszcze woda, trwają dopiero od tygodnia. Budynek sprzątają strażacy i 15 więźniów z Kielc, którzy sami się zgłosili. Dyrektor szkoły Grzegorz Socha nie może się ich nachwalić. - Pierwszy raz widziałem, żeby ludzie tak pracowali. Z własnej inicjatywy. Goście są niesamowici - podkreśla.

Sam ma pełne ręce roboty, ale podkreśla, że wspaniali są nauczyciele, którzy organizują wyjazdy dzieciaków, sprzątali szkołę. - Takiego grona jak ja mam, to życzę każdemu dyrektorowi. Bez nich nie zrobilibyśmy nic, kompletnie nic - podkreśla. Jedna nauczycielka ogłasza, że w Zakopanem jakieś dziecko zostawiło buciki, małe, z pierwszej-drugiej klasy; inna pokazuje zgubiony w Pucku żakiecik. Dyrektor odbiera od rodziców karty zdrowia konieczne, żeby pociechy mogły pojechać na kolonie. Ogłasza, kiedy wyjazd do Ustki, do Brodnicy, do Krynicy Morskiej. Nie wiadomo, czy pobyt w Austrii uda się zorganizować w drugiej połowie lipca czy dopiero w sierpniu. A na wyjazd na Węgry zgłosiło się tylko troje chętnych, więc może nie dojść do skutku.

Dyrektor mówi rodzicom, żeby wstrzymali się z zakupem przyborów szkolnych, bo ludzie z całej Polski przysyłają flamastry, piórniki, zeszyty i książki. Może starczy tego dla wszystkich uczniów. Zaprasza też na rozpoczęcie roku szkolnego w nowej szkole. Może przyjedzie prezydent Białegostoku, który dał na remont milion złotych.

Takiej traumy nie da się zapomnieć

- Każdy mówi - i nauczyciele, i rodzice, że nawet jeśli dziecko na zewnątrz się śmieje, to zawsze zostanie to wspomnienie i ta trauma będzie zwłaszcza u tych mniejszych - mówi. Według niego psychologowie cały czas są do dyspozycji, ale nie ma zapotrzebowania na tego typu pomoc; rodzice nie zgłaszają takich potrzeb.

Kurator oświaty Małgorzata Muzoł życzy dzieciom optymizmu i słońca. Zapewnia, że każdy pojedzie na wakacje. - Nie mogę się doczekać, kiedy przyjadę do nowej, odbudowanej szkoły i kiedy będę miała świadomość, że każde z was mieszka bezpiecznie w swoim domu - mówi.

Po prawej stronie Wisły szary ślad na domach i drzewach znaczy, dokąd sięgała brudna woda. Szare kaczki pluskają się w szarej kałuży. Na drzewach wiszą krzesła i reklamówki. Na trawnikach leżą szczątki psich bud i plastikowe butelki. Przed domami piętrzą się wyrzucone przez gospodarzy resztki mebli i szmaty. Z jednej z takich stert wystaje brudnobordowy, duży miś i spora plastikowa ciężarówka.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy