Podejrzenie SARS w Polsce

Dziś okaże się, czy kobieta, która kilka dni temu wróciła z Kanady, rzeczywiście zapadła na SARS. Pacjentka z wysoką gorączką trafiła wczoraj do szpitala zakaźnego w Kielcach tuż po wizycie w stacji sanepidu.

Lekarze nie chcą ujawnić, jak czuje się kobieta. Wiadomo jedynie, że gdy przywieziono ją do szpitala, miała wysoką gorączkę. Po zbadaniu okazało się, że trzeba będzie podłączyć ja do respiratora, co może wskazywać na poważną chorobę płuc.

Reklama

Ponieważ najpierw podejrzewa się najgorsze, odizolowano pacjentkę. Personel otrzymał maski ochronne zalecane przez rząd. Na niewiele mogą się one jednak zdać. Nie ma na nich informacji, że chronią przed SARS. Nie zaleca ich także Światowa Organizacja Zdrowia.

- To, co powiadali niektórzy decydenci, czy nawet sam pan premier, że oddziały zakaźne w Polsce są przygotowane do przyjmowania zakażonych wirusem SARS, jest to po prostu nieprawda - mówi ordynator Wiesław Kryczka.

SARS rozprzestrzenia się w powietrzu, a niewiele oddziałów zakaźnych ma specjalne pomieszczenia, w których celowo obniżone ciśnienie powietrza nie pozwala wydostawać się wirusowi na zewnątrz.

To, czy pacjentka kieleckiego szpitala jest chora na SARS czy też nie, wyjaśnić się ma po południu.

Tymczasem liczba chorych na SARS na świecie zmniejszyła się. Światowa Organizacja Zdrowia przestrzega jednak przed zbytnim optymizmem.

- Wciąż nie wiemy, skąd pochodzi SARS, ani w jaki sposób zarazili się nim ludzie. Nie wiemy też, czy jest to choroba sezonowa, która osłabnie w tym roku i powróci w następnym. Dopóki lepiej nie zrozumiemy tych procesów, będzie bardzo trudno przewidzieć, co się stanie - mówi doktor David Heymann z WHO.

W tej chwili na całym świecie zarażonych wirusem SARS jest ponad 8 tysięcy osób. Zmarło blisko 800.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje