"Bohaterów afery taśmowej zweryfikują wyborcy"

Czołowe pozycje na listach wyborczych PO zajmują współpracownicy Ewy Kopacz, a bohaterowie afery taśmowej zostali przesunięci na drugie miejsca. - Listy to nie tylko "jedynki i dwójki". Partie powinny starać się o umieszczenie na nich jak największej liczby kandydatów, którzy będą w stanie przyciągnąć wyborców - mówi w rozmowie z Interią dr Olgierd Annusewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Zdaniem dr. Annusewicza, nie kształt list PO jest problemem, a zamieszanie, które miało miejsce wokół ich tworzenia. - Wywołuje to niesmak i poczucie, że przywództwo Kopacz wcale nie jest takie silne, jakby się spodziewano - ocenia.

Od kilku dni wiele emocji  budzą roszady na listach wyborczych Platformy Obywatelskiej. W piątek późnym wieczorem, po ponad 9-godzinnych dyskusjach, zarząd krajowy partii zatwierdził ostateczny kształt list. Na drugie miejsce zostali zepchnięci politycy zamieszani w aferę taśmową. Większość jedynek przypadło przede wszystkim ministrom i bliskim współpracownikom Ewy Kopacz. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom pierwsze miejsca zachowało kilku szefów regionów.

Reklama

Zdaniem dr. Olgierda Annusewicza nie powinniśmy przeceniać znaczenia wyborczych jedynek. - Na listy trzeba patrzeć z dwóch perspektyw: z ogólnej perspektywy kraju i z perspektywy poszczególnych regionów. Technika układania list polega na tym, że nie liczą się tylko jedynki i dwójki. Układając listy, partie polityczne powinny się starać umieścić na nich jak najwięcej osób, które mają szansę przyciągnąć wyborców. Oczywiście w wyborach parlamentarnych część głosów jest oddawanych na partie polityczne, ale część jest także oddawanych bezpośrednio na kandydatów, znanych na przykład z lokalnej prasy - tłumaczy politolog.

W ocenie eksperta, nazwiska, które pojawiły się na pierwszych miejscach list PO mają największy potencjał pozyskania głosów, i są silnie rozpoznawalne albo w regionie, z którego startują, albo na szczeblu ogólnopolskim.  

Największe wątpliwości wzbudza start z drugiego miejsca polityków zamieszanych w aferę taśmową. Jak pisze dzisiejsza "Rzeczpospolita", Ewa Kopacz próbowała zmusić ich do rezygnacji z ubiegania się o mandat na kolejna kadencję. Ostatecznie udało się to tylko w przypadku Andrzeja Biernata.

- Nie oceniam bardzo krytycznie bohaterów afery taśmowej, bo jedni dali się nagrać w bardziej szokujących rozmowach, inni w mniej rażących, ale moim zdaniem oni powinni poddać się weryfikacji wyborczej, i mogliby dostać na przykład ostatnie miejsca na listach - sugeruje ekspert.

Kształt list wywołuje protesty wśród członków PO. Niezadowolenie z umieszczenia Michała Kamińskiego na dwójce w okręgu podwarszawskim, wyraził m.in. Paweł Zalewski, który został zepchnięty przez to na trójkę. "Nie mogę pojąć, jak na obywatelskiej liście znalazł się spin doktor spychający nas w stronę pustego PR i odciągający od realnych problemów" - pisał na Twitterze Zalewski.

Decyzji o umieszczeniu Michała Kamińskiego na wysokim miejscu na listach broni dr Annusewicz. - Poseł Zalewski, który krytykuje obecność Kamińskiego na listach, sam jeszcze parę lat temu był w PiS, więc jest to trochę komiczne z tego punktu widzenia. Mnie osobiście Kamiński na listach specjalnie nie przeszkadza, bo on przeszedł polityczny czyściec, a jest niezłym fachowcem i PO przyda się tego typu polityk - ocenia w rozmowie z Interią politolog.

Zdaniem dr. Annusewicza, nie kształt list PO jest problemem, a zamieszanie, które miało miejsce wokół ich tworzenia. - Wywołuje to niesmak i poczucie, że przywództwo Kopacz wcale nie jest takie silne, jakby się spodziewano - ocenia.

Ekspert przypomina też, że za czasów Donalda Tuska nigdy nie dochodziło do ujawniania list, a potem wprowadzania tak dużych zmian na szczeblu krajowym.  - Wydaje się, że to nie zostało najlepiej rozegrane. Jaka będzie moc list, okaże się w czasie kampanii i przy okazji wyborów - podsumowuje w rozmowie z Interią dr Annusewicz.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje