Były więzień KL Auschwitz szuka sprawiedliwości

Używane - świadomie lub przypadkowo - w zagranicznych mediach sformułowanie "polskie obozy zagłady" jest formą fałszowania historii. Były więzień KL Auschwitz Karol Tendera szuka sprawiedliwości w sądzie. Liczy na większe zaangażowanie władz w pielęgnowanie pamięci historycznej i walkę o dobre imię Polski na świecie.

Oświęcim, współcześnie. Spotkanie niemieckiej młodzieży z Karolem Tenderą, więźniem KL Auschwitz numer 100430. Po trzech godzinach wspomnień 94-letniego gościa przychodzi czas na pytania z sali.

Reklama

Rękę podnosi młoda dziewczyna: "Proszę pana, czytałam niedawno w prasie, że w Polsce były obozy koncentracyjne. Kogo tam zamykaliście? Polaków czy Niemców?" - pada pytanie. Pan Karol po raz kolejny kręci z niedowierzaniem głową.

Z przesłanych do naszej redakcji danych Ministerstwa Spraw Zagranicznych wynika, że w latach 2008-2014 polskie placówki dyplomatyczne interweniowały w 636 przypadkach użycia przez zagraniczne media wyrażenia "polski obóz zagłady". Tylko w 2014 roku reagowano 151 razy - głównie w Wielkiej Brytanii (53), USA (18) i Niemczech (14).

Proces za bezczeszczenie honoru

Karol Tendera reaguje, kiedy słyszy, że zbrodnie w niemieckich obozach zagłady przypisuje się Polakom. Pisze sprostowania, śle pisma. Interweniował nawet u Baracka Obamy po jego wypowiedzi o "polskim obozie śmierci". Wysłał list, dołączył swoje wspomnienia. Odpowiedzi z Białego Domu się nie doczekał.  

W krakowskim sądzie toczy się postępowanie, jakie przy wsparciu prawników ze Stowarzyszenia Patria Nostra wytoczył pan Karol niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF. Poszło o sformułowanie "polskie obozy zagłady Majdanek i Auschwitz".

- To trzeci proces naszego stowarzyszenia przeciwko niemieckim mediom. Występujemy w obronie poszczególnych osób z powództwa cywilnego. Liczymy na to, że krakowski sąd uzna, iż dobra osobiste, godność i tożsamość narodowa pana Tendery zostały naruszone, a jego poczucie krzywdy jest uzasadnione. To może być przełomowe orzeczenie - tłumaczy mecenas Lech Obara.

- Chciałem tego procesu z powodów patriotycznych. To jest bezczeszczenie mojego honoru. Naszego polskiego honoru. Często słyszę, że to pomyłka, ale pomyłka może się zdarzyć kilka razy, ale nie kilkaset! To są pomówienia, paszkwile. Jak można wmawiać opinii publicznej, że to były polskie obozy? Że współpracowaliśmy z Niemcami? To Niemcy łapali ludzi na ulicach, rozstrzeliwali, wysyłali do obozów albo na roboty - dodaje Karol Tendera.

Od zakończenia II wojny światowej minęło ponad 70 lat. Pan Karol wciąż doskonale pamięta, co zrobili jemu i milionom niewinnych ofiar Niemcy. Dlatego nie może pogodzić się z fałszowaniem historii i często wraca do bolesnych wspomnień. Żeby inni pamiętali.

Ze szkolnej ławy do pracy przymusowej

Kraków, marzec 1940. Był pogodny, wiosenny dzień, kiedy do gabinetu dyrektora Mechanicznej Szkoły Zawodowej przy ul. Krupniczej przyjechali Niemcy. Zażądali listy 30 uczniów. Zaszczuty dyrektor wszedł do klasy. Z posępną miną wręczył nauczycielowi kartkę i wyszedł. "Uczniowie, których teraz wyczytam, wyjdą na korytarz" - powiedział wychowawca. Po chwili padły pierwsze nazwiska. Wśród nich 19-letniego Karola Tendery.

Przed szkołą czekał zdezelowany autobus. Bez możliwości kontaktu z najbliższymi, nastolatkowie przewiezieni zostali na dworzec. Niektórzy płakali. Ze strachu. Nie wiedzieli, gdzie jadą. Może na śmierć? Codzienne łapanki i hitlerowski terror skutecznie paraliżowały chłopców. Mogli spodziewać się najgorszego.

Trafili do Hanoweru, do pracy przymusowej. Uczniów skoszarowano w baraku, kilkaset metrów od fabryki samolotów Max Mueller-Hann Flugzeug Werke. Budynek był dobrze maskowany, ale co kilka dni nadlatywały bombowce. Młody Karol Tendera bał się, że któregoś dnia zginie podczas nalotu aliantów. Okazja do ucieczki nadarzyła się w 1942 roku. Szczęśliwie dotarł do Krakowa.

Areszt zamiast randki

W centrum miasta, przy ul. Tomasza, był sklep kolonialny. Kierownik od czasu do czasu zatrudniał ludzi do rozładowywania i sortowania towaru w magazynie. Zarobek był niewielki, ledwie starczał na podstawowe potrzeby.

- Jednego dnia umówiłem się z dziewczyną. Irina jej było. Ładna, Rosjanka. Wystroiłem się. Miałem jeszcze czas, to poszedłem do sklepu, do Staszka, zapytać o robotę. W drzwiach przepuściłem wychodzącego ze sklepu faceta. Zatrzymał się przed wystawą, a Staszek na głos: "Karol! Ten człowiek pytał o ciebie". Tamten to usłyszał i wszedł do środka. To był gestapowiec w cywilu. Wpadłem... - rozkłada bezradnie ręce pan Karol.

Podczas przesłuchania na Pomorskiej do pokoju wprowadzono starszego księdza i oskarżono zatrzymanych o fałszowanie dokumentów. Spojrzeli po sobie. Nigdy się nie widzieli. Kiedy Tendera odmówił przyznania się do winy, rozwścieczeni Niemcy zaczęli bić go łokciami po głowie. Skutki ataku odczuwa do dziś, nosi aparat słuchowy.

Z Pomorskiej przewożono go do kolejnych aresztów. Ostatnim przystankiem miało być Auschwitz.

Jak długo masz prawo żyć?

Oświęcim, luty 1943. Jechali na klęczkach, ubici szczelnie jeden obok drugiego. Podłoga ciężarówki pokryta była grubą blachą, która kompletnie nie izolowała od siarczystego mrozu. Pan Karol włożył pod przemarznięte kolana kapelusz, co nieznacznie pomogło znieczulić ból i postępujące odrętwienie. Termometry wskazywały minus kilkanaście stopni.

Po 4-5 godzinach transport zatrzymał się przed bramą z napisem "Arbeit macht frei". "Wysiadać! Szybko! Szybko!" - te wrzaski wciąż huczą mu w głowie. Zagonili przywiezionych do łaźni, ostrzygli do samej skóry i wrzucili pod gorącą wodę.

Później esesmani wypędzili nagich i mokrych ludzi na mróz. Karol Tendera i Władysław Krok, poznany w więzieniu w Krakowie, klepali się po plecach i wzajemnie rozgrzewali, żeby nie złapać zapalenia płuc. Po chwili nadjechały wózki. Starsi więźniowie rzucali im spodnie, koszule, czapki i chodaki. I miski. Miska była skarbem. Kto jej nie upilnował, nie miał z czego zjeść codziennej zupy i wypić brei imitującej herbatę.

Nowy transport powitano przemówieniem. Pan Karol po 70 latach wciąż pamięta jego treść.

"Przyjechaliście tutaj do niemieckiego obozu koncentracyjnego. To nie jest sanatorium, tylko obóz ciężkiej pracy. Długo nie wytrzymacie. Żydzi mają prawo żyć maksymalnie 2-3 tygodnie, księża i Cyganie 1,5 miesiąca, reszta trzy miesiące. Potem musicie zrobić miejsce innym. Komu się nie podoba, może jeszcze dziś iść na druty. Jutro rano wyleci kominem na wolność"...

- Wie pan, jak to paraliżowało? Byłem przerażony. Przyjechaliśmy na śmierć - mówi cicho pan Karol. Otuchy, nie po raz ostatni, dodał mu wtedy Władysław Krok. Gdyby nie duchowe wsparcie starszego, zadziornego kolegi, pewnie dzisiaj byśmy nie rozmawiali.

Na przedramieniu tatuowano każdemu numer, odzierający człowieka z tożsamości i resztek godności. Odtąd Karol Tendera, zredukowany do ciągu cyfr, był numerem 100430. Esesmani i kapo inaczej się do niego nie zwracali.

Rekonwalescencja w piekle

Kilka miesięcy później blokowy wyczytał numery piętnastu więźniów. Wśród wywołanych był pan Karol. Całą piętnastkę skierowano do obozowego szpitala i poddano eksperymentom. Eduard Wierths i Johann Paul Kremer byli tam codziennie, co jakiś czas do placówki zaglądał też Josef Mengele.

Dostawali zastrzyki w lewy pośladek. Gruba igła, szarobrązowy płyn. Co to było? Do dziś nie wiadomo. Szczęśliwie sanitariuszem na oddziale był zaprzyjaźniony krakowianin Stanisław Głowa. Załatwił kilka pastylek na obniżenie gorączki. Część "zaszczepionych" zmarła, inni wrócili do pracy. Po pewnym czasie wysłano ich do Birkenau.

Strażnicy mówili do nich, że idą na zasłużoną rekonwalescencję. Na miejscu zastali umieralnię.

- Tu się zaczynało piekło na ziemi. W Auschwitz, w barakach, były zawszone sienniki, ale też piecyk, ubikacja i zimna woda. W Birkenau? O, tu jest zdjęcie. Po bokach, piętrowo, spanie. Wylewka betonowa, dziury w dachu. Dwie żarówki, i nic więcej. Ani wody, ani pieca, ani ubikacji. Wypróżnialiśmy się do beczek. Zima, chlapa, śnieg, a my w mokrych drelichach. Ludzie umierali jak muchy - mówi pan Karol.

Zdarzało się, że ośmiu kładło się obok siebie wieczorem, a rano wstawało tylko kilku z nich. Trupy rzucano na kupę przed barak. Jak śmieci...

Węgiel albo krematorium

- Wysłali nas z Władkiem Krokiem do komanda kopiącego doły na stawy rybne. Dół, szeroka decha zabrudzona gliną, siąpiący deszcz... Wynosiliśmy z dołu ziemię i glinę. Jak ktoś się przewrócił na śliskiej desce, esesman bił. Po wojnie jeszcze się leczyłem, tak mnie kopnął w kość ogonową. Długo bolało - wspomina pan Karol.

To był deszczowy i chłodny październik. Praca przy kopaniu dołów w mokrych ubraniach wykańczała. Wielu więźniów umierało, inni tracili zdrowie. Karol Tendera cierpiał na bóle brzucha i biegunkę. Trafił do szpitala, gdzie zobaczył ludzi konających w błocie, resztkami sił trzymających się życia w warunkach, w jakich nikt o zdrowych zmysłach nie trzymałby nawet zwierząt.

- Jeździłem przed wojną na wieś, na wakacje. Chłop, zdarzało się, że codziennie, dawał koniom, kozom czy świniom nową słomę, dbał o nie. A tam? Mokre, posikane, zapchlone, pełne zarazków i bakterii legowiska. Do czegoś takiego wsadzali chorych. To był wyrok śmierci, a nie leczenie - mówi drżącym głosem.

Znowu pomógł mu Stanisław Głowa. Załatwił wypis ze szpitala i dał cenną radę: "Chcesz wyzdrowieć? To lecz się sam. Pal chleb na węgiel i jedz. Jak tu zostaniesz, za kilka dni wylądujesz w krematorium".

Gdzie ten Bóg wszechmogący?

W kolejnym komandzie praca nie była lżejsza. Kiedyś grupę więźniów wysłano na bocznicę kolejową do rozładunku elementów do budowy następnych baraków Auschwitz. Scena, jakiej wtedy był świadkiem, na zawsze została w jego pamięci...

- Niechętnie o tym mówię. Ja te obrazy przyciągam, na nowo przeżywam. Widzę, jakbym oglądał je na filmie. To stresuje - zamyśla się pan Karol. Po chwili zaczyna opowiadać.

Przyjechał nowy transport. Na oko 100-150 osób. Gotowych do pracy mężczyzn szybko zabrano. Zostały matki z dziećmi i staruszki. Esesmani wbili w ziemię dwa pręty, przywiązali do nich linkę i kazali dzieciom pod nią przechodzić. To, które zahaczyło głową, trafiało do pracy, mniejsze - do gazu.

- Wyobraża pan sobie coś tak potwornego? Krzyk dzieci, matek, wrzask okładających je pałkami esesmanów. Te dzieci... "Gdzie ten Bóg wszechmogący? Podobno wszystko może. Patrzy, jak te dzieci mordują? Nie ma Boga, to jest blef" - mówili koledzy. Płakaliśmy. Wieczorem cały obóz już wiedział. To był wyjątkowo smutny wieczór - dodaje pan Karol i chwilę milczy.

Ruchem dłoni decydował o śmierci

Któregoś dnia Niemcy zagonili grupę więźniów do pustego baraku. W środku było kilku esesmanów, dwie esesmanki i lekarz w białym kitlu. Kazali się ludziom rozebrać do naga. Przeprowadzano selekcję - jedni do pracy w kamieniołomach, pozostałych skazywano na śmierć.

W baraku panowało spore zamieszanie, esesmani nie pilnowali więźniów po selekcji. Jego kolega wpadł na pomysł: "Jak cię odrzucą, ubierz się szybko i podejdź do tego okna. Otworzę i wpuszczę cię do grupy wyselekcjonowanych. Pójdziesz z nami, inaczej zginiesz".

Przed lekarzem SS kolejka. Stał z jedną ręką w kieszeni. Drugą dokonywał selekcji. "Lewo, prawo, lewo" - powtarzał, w jednej chwili decydując o życiu lub śmierci człowieka.

- Ważyłem 42 kilogramy, byłem osłabiony gorączką i zmarniały. Odrzucili mnie. Szybko się ubrałem, obszedłem barak i z pomocą Władka Kroka dostałem się do środka przez okno. Udało się. Za dwie godziny wymaszerowaliśmy z powrotem z Birkenau do Oświęcimia - relacjonuje pan Karol.

Na miejscu była kolejna selekcja. Tym razem łaskawsza. Słaniającego się na nogach Karola Tenderę odesłano na leczenie do szpitala. Stanisław Głowa i inny krakowianin, dr Władysław Fajkiel, raz jeszcze pomogli mu podreperować zdrowie i wrócić do pracy. Tym razem do budowy traktu kolejowego wzdłuż Soły.

Więźniowie byli słabi, głodni, wychudzeni. Codziennie ktoś umierał. To było lato. Żar lał się z nieba, a Niemcy nie dawali nawet kubka wody. Jeden nie wytrzymał, odłączył się od grupy i poleciał nad Sołę. Chciał się napić, ochlapać strudzone ciało wodą. Esesman wrzasnął "stój!", a potem poszła seria z karabinu. Ciało zaniesiono do obozu. Innym ku przestrodze.

Schronienie w obozowej kuchni

Był moment, że pan Karol miał już dość katorżniczej pracy. Chciał pójść na druty, ale w baraku naskoczyli na niego współwięźniowie: "Nie wygłupiaj się, chodzą słuchy, że Ruscy idą na Polskę. Będziemy wolni" - usłyszał. Postanowił nie iść na pewną śmierć.

Obozową kuchnią dla więźniów dowodził Franciszek Nierychło. Był kapelmistrzem, dyrygował orkiestrą. Miał wpływy, grywał przed willą Rudolfa Hoessa, komendanta obozu. Przed wojną Franciszek Nierychło grał wspólnie w orkiestrze wojskowej z ojcem Karola Tendery, Stanisławem. Obaj pochodzili z Krakowa.

- Postanowiłem poprosić go o pomoc. Co miałem do stracenia? Udało się. Jednym telefonem załatwił mi przeniesienie do pracy w kuchni. Wie pan, co to oznaczało? Dach nad głową, ciepło, jedzenie. Życie! O piątej rano następnego dnia byłem już w kuchni - wspomina.

Tam odżył. Wkrótce, kiedy zdobył zaufanie kolegów, został wprowadzony w struktury konspiracji. Roznosił więźniom więcej żywności niż zakładały wyniszczające organizm normy. W kuchni nikt nad nimi nie stał, nie liczył wydawanych chlebów, zupy czy porcji margaryny.

Nieudana ucieczka z obozu

W październiku 1944 roku Rosjanie zbliżali się do Katowic. Niemcy zaczęli wywozić nadających się do pracy więźniów w głąb Rzeszy. Ostatnie pół roku wojny pan Karol spędził w obozie koncentracyjnym w Leitmeritz (dziś czeskie Litomierzyce).

Zaraz po przyjeździe do Leitmeritz, wraz z grupą więźniów, podjął nieudaną próbę ucieczki. Wpadli w pobliskim lesie. Od śmierci uciekinierów uratował... niemiecki porządek. Regulamin obowiązujący w obozie, przewidujący karę śmierci za ucieczkę, miał zostać odczytany nowym więźniom dopiero następnego dnia. W ten sposób Karola i jego kompanów dotknęła tylko kara chłosty.

Na początku maja 1945 roku komendant obozu ogłosił, że więźniowie wkrótce będą wolni.

Portfel od Adolfa Hitlera

Dziewiątego maja o piątej rano wyszli przed barak. Brama obozu była otwarta, budki wartownicze puste. Ani śladu Niemców. Wolność i niepewność. Czy są już bezpieczni? Czy wojenny terror się skończył?

- Baliśmy się iść głównymi drogami. Poszliśmy przez pola. Dotarliśmy do dużego gospodarstwa. Chcieliśmy coś zjeść, przebrać się z obozowych łachmanów i przespać na normalnych łóżkach. Tej nocy po raz pierwszy od lat spałem w czystej pościeli - uśmiecha się pan Karol.

W wielkim gospodarstwie pracowali przymusowo Czesi. Dyrektor, Niemiec, popełnił samobójstwo. Zastrzelił córki, żonę, psa. Na końcu siebie. Zostawił list. Prosił, żeby pochować go wśród łanów pszenicy, którą hodował. Zabił się ze strachu przed Rosjanami.

- Przyszło raz dwóch wystraszonych Niemców. Przypuszczam, że to byli policjanci z miasteczka. Nie mieli broni, dystynkcji. Poprosili o cywilne ubranie. Dałem im. Wcześniej zdobyliśmy buty, ubrania, koszule, kapelusze. Szabrownictwo z miejskiego magazynu. Wszyscy tak robili, innego sposobu nie było. Niemcy przebrali się, spalili mundury. Byli bardzo wdzięczni. Zjedli jeszcze i wyjechali. Wkrótce zjawili się Rosjanie - dodaje nasz rozmówca.

Przed wyjazdem jeden z Niemców wręczył swojemu wybawcy skórzany portfel, który kiedyś dostał od szefa. To była jedyna cenna rzecz, jaką miał przy sobie. Delikatna skóra, staranne detale. Wytłoczone sentencje słynnych niemieckich polityków. Dziś portfel jest zniszczony, pan Karol używał go po wojnie. Ale wciąż ma swoją wartość.

- Hojnym szefem Niemca, wręczającym pracownikom prezenty, był Adolf Hitler. Tak mi powiedzieli - przyznaje.

Kusząca propozycja

Niewiele zabrakło, a Karol Tendera nie wróciłby po wojnie do Polski. Niemka, którą poznał w gospodarstwie,  oferowała mu rękę jednej z córek, studia i pracę w Berlinie.

- Ładne dziewczyny. 18 i 21 lat miały - śmieje się pan Karol. - Kiedy powiedziałem kolegom, że wspaniałą ofertę dostałem, weszli mi na ambicję. Mówili o patriotyzmie... Odrzuciłem propozycję. Jedna z córek tej pani dała mi adres. Pyta mnie dziś młodzież z Niemiec, czy odnalazłem je po latach. Niestety, zgubiłem kartkę. I tak się skończyła moja epopeja - kończy swoją opowieść.

Po wojnie Karol Tendera wrócił do Krakowa. Skończył studia na AGH. Do emerytury był dyrektorem dużego przedsiębiorstwa budowlanego. Jest przewodniczącym klubu byłych więźniów niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz.

Ktoś to musi robić

W salonie mieszkania pana Karola wisi kilka zdjęć. Obok fotografii rodziców - Jolanty i Stanisława, pamiątkowe ujęcie z 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, z prezydentem Niemiec Joachimem Gauckiem. Gospodarz jest z niego szczególnie zadowolony.

- Proszę spojrzeć, to zdjęcie dwóch przyjaciół! Młodzi Niemcy pytają mnie, czy noszę w sobie urazę. Czy nienawidzę? Ci, do których miałem pretensje, już nie żyją. Dzisiaj Niemcy są krajem demokratycznym. Nie noszę w sobie rewanżyzmu. To fatalna cecha - podkreśla.

Pytam, skąd znajduje w sobie siłę na procesowanie się z niemiecką telewizją.

- Faktycznie, mam zajęcie z tymi obozami. Piszą do mnie byli więźniowie z gratulacjami, przychodzą dziennikarze. Uwikłałem się w procesy, ale wie pan co? Ktoś to musi robić - odpowiada.

- Przeciwnik jest mocny. Spora kancelaria stara się przedłużać sprawę, składa apelacje, gdzie tylko można. Pan Tendera jest osobą sprawną fizycznie, ale ma już 94 lata. Dlatego wręcz błagania kierujemy do krakowskiego sądu, żeby sprawnie wyznaczał terminy kolejnych rozpraw - mówi mecenas Lech Obara.

Stowarzyszenie Patria Nostra nie dostało dotąd informacji nt. terminu kolejnej rozprawy.

Karol Tendera liczy na większe zaangażowanie władz w pielęgnowanie pamięci historycznej i walkę o dobre imię Polski na świecie. - Przydałoby się wsparcie. Nowa władza wszystko chce robić lepiej od poprzedników, to może i tu się zechce wykazać. Pan sobie wyobraża, co by było, gdyby to Polska fałszowała czyjąś historię? Wielka awantura - zaznacza.

- W działaniach poprzedniej władzy odczuwało się niezdecydowanie. Czy powinna otwarcie występować przeciwko niemieckim mediom? Pojawiały się przeszkody, być może wynikające z poprawności politycznej, roszczeń terytorialnych. Politycy woleli unikać tematu - dodaje mecenas Obara.

***

O komentarz ws. przeciwdziałania nadużywania sformułowania "polskie obozy zagłady" w zagranicznych mediach i publicznych wystąpieniach polityków poprosiliśmy Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Kancelarię Prezydenta Andrzeja Dudy.

Biuro rzecznika MSZ odpowiedziało niezwłocznie, podając m.in. wyżej wymienione statystyki interwencji placówek dyplomatycznych. Biuro prasowe głowy państwa nie odpowiedziało na korespondencję.

***

22 grudnia 2016 roku krakowski sąd zadecydował, że stacja ZDF ma przeprosić Pana Karola za sformułowanie "polskie obozy zagłady". Dowiedz się więcej na ten temat

Dariusz Jaroń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje