Co by było, gdyby przedwojenna Polska dotrwała do naszych czasów?

Z serii pytań "Co by było, gdyby", Polacy zadają najczęściej pytanie następujące: "W jaki sposób Polska mogłaby przetrwać rok 1939?". A my pójdziemy krok dalej i zastanowimy się, co by się z taką Polską stało dalej. Jak wyglądałaby II Rzeczpospolita w 2012 roku?

Alterświat

Reklama

Przede wszystkim, żeby taką ewentualność móc sobie w ogóle wyobrażać, trzeba choć z grubsza nakreślić alternatywną historię świata.

Wyobraźmy sobie zatem rozwiązanie najprostsze: Francja i Anglia wypełniają swoje alianckie obowiązki i pacyfikują Niemców jeszcze we wrześniu 1939-go. Stalin nie ma z kim dzielić się Polską, Rosjanie gaszą więc silniki czołgów i zostają w domu.

Zwycięscy alianci jako-tako demokratyzują Niemców: nie jest to tak silne przeoranie mentalności jak w 1945 roku, które było tym głębsze, im bardziej Niemcy zdążyli światu naszkodzić - ale denazyfikacja następuje.

Brytyjczycy i Francuzi wyciągają wnioski z I wojny światowej i nie upokarzają Niemców tak, jak zrobili to w Wersalu. Próbują za to wciągnąć ich w nowy europejski ład oparty na wspólnych wartościach, wspólnej ekonomii i systemie obronnym.

Nie jest to, oczywiście, jedyne możliwe rozwiązanie.

Po pierwsze, jest ono jednak prawdopodobne, a żeby w ogóle móc bawić się w tę grę, w której wyobrażamy sobie dalsze losy mitologizowanej przez nas II Rzeczpospolitej - jakieś założenia musimy przyjąć.

A po drugie, jako, że ta mitologizacja dokonuje się z naszej obecnej perspektywy, przyjęliśmy taką symulację rzeczywistości, która - pozostając wiarygodną - jako-tako przypominałaby obecny układ międzynarodowy.

AlterPolska

II Rzeczpospolita, która po zwycięstwie nad Niemcami wchodziłaby w trzecią dekadę swej niepodległości, byłaby krajem z silnymi i licznymi mniejszościami narodowymi, z autokratycznym, nacjonalistycznym rządem. Krajem ambitnym, który w trudnych warunkach osiągnął nadzwyczaj wiele, o mocno jednak zacofanej gospodarce i z problemem gigantycznej biedy na wsi. A co do infrastruktury, to wystarczy przeczytać tekst Jarosława Iwaszkiewicza "Jak się po Polsce jeździ samochodem" z 1926 roku, by zorientować się, że polskie miasta i miasteczka przypominały wyspy rozdzielone morzem błota. Sytuacja powoli się zmieniała i plany rozwojowe zakrawano szeroko - ale w 1939 roku infrastruktura Polski nadal pozostawiała bardzo wiele do życzenia.

- Bezpośrednio po zwycięskiej wojnie autorytet sanacji na pewno by wzrósł - uważa prof. Jerzy Kornaś, autor wielu publikacji dotyczących m. in. historii międzywojnia. - Sojusznicy wywiązali się z zobowiązań, więc na pewno chwalono by się, że sanacyjna polityka zagraniczna okazała się skuteczna.

- Nieudany blitzkrieg byłby na pewno dobrą pożywką dla zwolenników mocarstwowej Polski - zgadza się dr Jerzy Stachowicz, kulturoznawca specjalizujący się w popkulturze międzywojnia. - Próby realizacji tej idei mogłyby sięgać od śmiesznych pomysłów, takich jak rozpytywanie na forum międzynarodowym o "wolne" kolonie do zajęcia (albo - jak to już kiedyś było na forum Ligi Narodów - o Antarktydę), do kolejnych faz ekspansji terytorialnej w stylu zajęcia Zaolzia.

Być może. Ale jeśli zwycięscy alianci zdecydowaliby się budować nowy europejski ład na demokratyzacji Niemiec, to Beck i Rydz-Śmigły również, zapewne, musieliby demokratyzować i cywilizować własne podwórko. Taką tezę stawia prof. Kornaś. Przyznaje jednak, że sytuacja wewnętrzna faktycznie mogłaby prowokować do czegoś zupełnie odwrotnego.

- Mimo, że kraj byłby demokratyzowany, to problemy z mniejszościami na pewno wzmocniłyby pozycję narodowej prawicy - uważa.

Mniejszości

To prawda. Antymniejszościowa, nacjonalistyczna paranoja doprowadziła do śmierci prezydenta Narutowicza już na samym początku istnienia II RP, a przez cały czas jej trwania podsycana była antyżydowska histeria.

A pamiętać trzeba, że przy jatce politycznej w II RP nasza "wojna polsko-polska" to piaskownica.

- Może to zabrzmieć brutalnie - twierdzi dr Janusz Mierzwa z UJ, badacz dziejów II RP - ale dziś mamy "tylko" tragedię z łódzkiego biura PiS-u, a w latach 30. normą były strzelaniny i noże jako środki wywierania wpływu przez bojówki partyjne. Które - notabene - miały wszystkie liczące się siły polityczne, a nie tylko narodowo-radykalni ekstremiści. Pomijając rozliczne udane i nieudane zamachy na osoby publiczne - prezydentów Narutowicza i Wojciechowskiego, marszałka Piłsudskiego - że o wojewodach, prezydentach miast i byłych ministrach nie wspomnę.

W sytuacji, w której konflikt z "nie-Polakami" by narastał, zwolennicy rozwiązań radykalnych znajdowaliby posłuch i - zapewne - rośliby w siłę.

Ukraina i Białoruś

A problemy by były. Przede wszystkim - swoich praw domagaliby się Ukraińcy. Ich tożsamość narodowa była w dwudziestoleciu silna i okrzepła, kształtowała się bowiem - jak w swoich pracach przypomina Jarosław Hrycak, znany lwowski historyk - w czasie, gdy bardzo silny był polski nowoczesny nacjonalizm. I rozwój jednego wzmacniał drugi.

Dlatego trudno sobie wyobrazić, że rozwój ukraińskiego nacjonalizmu Rzeczpospolita mogłaby przetrawić spokojnie. Trzeba przypomnieć, że jeszcze przed wojną miały miejsce akty terrorystyczne dokonywane przez ukraińskich bojowców (nieudany zamach na Piłsudskiego, udany zamach na szefa MSW Pierackiego), a w rzeczywistym toku historii - doszło do tragicznego i straszliwego konfliktu z etnicznymi Polakami na Wołyniu i w Bieszczadach. Potencjał drzemiący w polsko-ukraińskim konflikcie był zatem ogromny.

Doliczyć należałoby także budzący się nacjonalizm białoruski. Przez wielu lekceważony, jednak w trwającej poza 1939 rok Rzeczpospolitej mógłby on - choćby pod wpływem Ukraińców - przerodzić się w silny ruch.

A Polska, dodajmy, swoją politykę wobec mniejszości prowadziła niekonsekwentnie i nieudolnie.

Polska jak Serbia, wschodnia Galicja jak Kosowo?

Granice kraju - obejmujące Kresy, gdzie ludność ruska była większością, a nie mniejszością - przykrojone były bardziej do projektu dawnej wielonarodowej Rzeczpospolitej, niż państwa narodowego. Jednak na początku XX wieku trudno wyobrazić sobie było alternatywę dla państwa narodowego, bazującego na etnosie. Polacy z narodu asymilowanego sami szybko weszli więc w buty asymilatorów, próbując mniejszości spolonizować.

To nie mogło skończyć się dobrze. W takiej sytuacji siła autorytarnej prawicy by rosła. Nawet, jeśli Polska - jak zakładaliśmy - mogłaby ulegać promieniującej z zachodu demokratyzacji, to w demokratycznych wyborach mogliby - na przykład - zwyciężyć cy. Albo nacjonalistyczna frakcja sanacji - do której przecież należał Rydz-Śmigły - mogłaby wrócić do mocnych haseł po okresie powojennej odwilży.

- Gdyby w 1939 roku wprowadzić demokrację parlamentarną i oparty na nich rząd, to musieliby go utworzyć endecy i piłsudczycy, ewentualnie endecy i Stronnictwo Ludowe. Nikt inny nie miałby większości - uważa Mierzwa.

- Pamiętać trzeba - przypomina jednak - o względnie wysokiej tolerancji Polaków dla niedemokratycznych rządów.

Faktycznie. "Ma pan rację, to nie jest Europa" - mówił rozgoryczony Narutowicz do Piłsudskiego, po tym, jak histeryczny, wrzeszczący ksenofobiczne hasła tłum obrzucił go kamieniami i śniegiem w drodze na zaprzysiężenie. - "Ci ludzie lepiej by się czuli pod tym, kto karki im deptał i bił po pysku".

- Na rozwiązanie kwestii mniejszości etnicznych - zauważa Kornaś - nie miano żadnego pomysłu, co było widać w akcjach na Lubelszczyźnie i na Wołyniu. A dążenia Ukraińców do utworzenia jednolitego państwa i zjednoczenia z rodakami z drugiej strony granicy nie dałoby się zahamować.

Co by się stało w sytuacji, w której konflikt by narastał? Być może wzmagałby się terroryzm, i we Lwowie, w Warszawie i innych polskich miastach wybuchałyby bomby. Być może ukraińska partyzantka podobna do kosowskiej UCK. Czy w takiej sytuacji Polska podjęłaby akcje pacyfikacyjne? Czy doszłoby do powtórki sytuacji z Ulsteru? Podjęcia akcji podobnej do akcji Milosevicia w Kosowie?

Trudno powiedzieć. Prasę w każdym razie mielibyśmy na Zachodzie kiepską. Opinia publiczna postrzegałaby nas jako nacjonalistyczny zaścianek, który tłamsi narodowe prawa Ukraińców. Identyczne z tymi, na które przecież sami się nie tak dawno temu powoływaliśmy, zbierając po rozbiorach kraj do kupy.

CZYTAJ TEŻ: Reportaż z międzywojennej Polski

Nasza opinia byłaby tym gorsza, im mniej demokratyczne panowałyby w Polsce rządy. Można by ją porównać do opinii, którą miała Serbia Slobodana Milosevicia.

Nasz konflikt z mniejszościami mógłby zamknąć nam to drogę do członkostwa w zachodnich strukturach, które - być może - powstawałyby w miejsce Unii Europejskiej czy NATO.

Sytuacja taka - w każdym razie - beznadziejnie odbiłaby się na naszej sytuacji ekonomicznej. Która i tak była nie do pozazdroszczenia. Bo trudno byłoby przyciągnąć inwestorów do kraju wewnętrznie niestabilnego, z tlącą się - być może - wojną domową, być może ciśniętego sankcjami gospodarczymi mającymi na nas wymusić ustępstwa na rzecz mniejszości. Postrzeganego jako chory człowiek Europy: nierozwinięty, za to nacjonalistyczny i ksenofobiczny.

Czy to byłby jedyny możliwy scenariusz?

- Mogłyby przecież rządzić w Polsce ugrupowania demokratyczne, liberalne, które próbowałyby rozwiązać konflikt z mniejszościami na gruncie politycznym - mówi prof. Kornaś.

W 1939 roku, jak zauważa dr Mierzwa, takiejo obrotu spraw raczej trudno byłoby się spodziewać, ale w dalszej perspektywie mogło to być możliwe.

Jak w takim razie próbowano by załatwić konflikt z Ukraińcami? Być może nadano by południowo-wschodnim województwom autonomię, co jednak byłoby decyzją dla rządu niełatwą: trudno byłoby wyobrazić sobie taką autonomię bez Lwowa, a na to polska opinia publiczna mogłaby zareagować alergicznie, poza tym za jakiś czas mogliby się bowiem zgłosić do podobnego rozwiązania Białorusini.

Być może - jak sugeruje dr Stachowicz - próbowano by zdecentralizować kraj, idąc w kierunku federacji.

- Problem ukraiński był tym trudniejszy, że własność ziemska na spornych terenach była w większości polska - przypomina prof. Kornaś. - Choć parcelacja gruntów była przeprowadzana, to w poważniejszym zakresie nie udało się zrobić reformy rolnej. Gdyby ją jednak przeprowadzić, być może byłoby więcej miejsca do porozumienia.

Bieda i autostrady

Przeludnienie wsi było jednak problemem ogólnopolskim. A gospodarka w kraju była - i byłaby jeszcze długo - w stanie nie do pozazdroszczenia.

- Ostrożne szacunki mówiły o 4,5 milionowym przeludnieniu wsi - mówi prof. Kornaś - a wspominano i o 8 milionach. Ten problem mogłaby rozwiązać w jakimś stopniu reforma rolna.

- Druga sprawa - przypomina dr Mierzwa. - To uprzemysłowienie. II RP była nierozwiniętym krajem rolniczym. Choć powstała Gdynia, powstał COP, to jednak pamiętać trzeba, że najlepszym propagandystą w międzywojniu był Kwiatkowskim. To, co powstało to nadal było za mało.

- Powstał COP, ale to był pierwiosnek zaledwie szerszego rozwoju - mówi prof. Kornaś. - Ten rozwój mógłby zostać kontynuowany, ale czy byłby?

CZYTAJ TEŻ: Słowiańskie państwo na zachód od Polski

- Groziłaby nam latynizacja - uważa prof. Kornaś - czyli zacofanie gospodarcze, które by się utrzymywało. Byłoby być może większe niż niewydajność gospodarki komunistycznej. Można, oczywiście, spierać się o jakość tego PRL-owskiego uprzemysłowienia - dodaje Kornaś - ale to uprzemysłowienie jednak było, a biorąc pod uwagę strukturę społeczną polski międzywojennej, nie wiadomo, czy udałoby nam się go dokonać.

COP, co prawda, również był inwestycją państwową, a zaufanie do państwowego interwencjonizmu rosło, Polska jednak nie miała potencjału, by z takiego interwencjonizmu zrobić koło zamachowe rozwoju państwa. A bez tego - zauważa Kornaś - nie udałoby się rozwiązać sytuacji - na przykład - na wsi.

- To jest rzecz do policzenia - zastanawia się Mierzwa, dodaje jednak, że Kwiatkowski nie wykorzystał wszystkich możliwości.

Nie należy również zapominać o boomie infrastrukturalnym w czasach PRL. Narzekamy na jakość asfaltu na polskich bocznych drogach, ale pamiętając, jak źle pod tym względem wypadała II RP warto docenić, że ten asfalt w ogóle jest. Jeśli w II RP mielibyśmy podobne umiejętności budowania dróg co w III, to sytuacja nie rysowałaby się różowo.

CZYTAJ TEŻ: Wileńszczyzna: alternatywna historia Polski, która zdarzyła się naprawdę

Stachowicz kreśli jednak scenariusz optymistyczny.

W dalszej części artykułu m.in.: czy Polska by się rozpadła? Co z mniejszością żydowską? Jakie byłoby miejsce naszego kraju w Europie?

Dowiedz się więcej na temat: II Rzeczpospolita

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje