Dr Alicja Bartuś: Nie wystarczy być patriotą i Polakiem

Skutkiem szerzenia nienawiści jest przekonanie, że z większością ludzi w Polsce jest coś nie tak i tylko jakiś antysystemowy przewrót grupki depozytariuszy prawdy objawionej może nas wszystkich uratować. Na takim etapie mogą się pojawić projekty eliminowania najbardziej szkodliwych elementów mainstreamu - ocenia w rozmowie z Interią dr Alicja Bartuś, kierownik Katedry Politologii i Bezpieczeństwa Narodowego WSB w Chorzowie.

Z dr Alicją Bartuś rozmawialiśmy o zagrożeniach dla demokracji i polskiej sceny politycznej, a także o następstwach stosowania nienawistnego języka, jakiego z premedytacją - dla realizacji własnych celów - używają politycy.

Reklama

Demokracja - przypomina dr Alicja Bartuś - to system, w którym ugrupowania reprezentujące rozliczne idee i interesy, w tym partie, opierają się na założeniu "kto nie jest przeciw nam, ten jest z nami", słowem: każdy przestrzegający zasad demokracji obywatel współtworzy wraz z nami demokratyczną wspólnotę.

Dariusz Jaroń, Interia: Co zagraża demokracji?

Dr Alicja Bartuś: Problemem w demokracji i realnym zagrożeniem dla niej jest pojawienie się ugrupowania opierającego się na założeniu "kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam", czyli kto nie myśli dokładnie tak jak my, nie należy do naszej wspólnoty. Konsekwencją takiego rozumowania jest postulat wyłączenia lub wyeliminowania ze wspólnoty tych, którzy "nie są z nami" - przy czym to przywódcy jedynego słusznego ugrupowania decydują, kto jest, a kto nie jest. Spirala mowy nienawiści, opinii, oszczerstw, insynuacji, sprawia, że "niepasujący" przemieniają się w "innych", potem w "obcych", a wreszcie we "wrogów zagrażających wspólnocie". Na końcu jest całkowite odhumanizowanie wrogów i postulat ich zniszczenia. Fizycznej eksterminacji.

Na początku zawsze jest słowo?

- Tak. Wszystkie te procesy dokonują się najpierw w mowie: definiuje się wrogów, wskazuje wrogów, piętnuje wrogów, wyklucza wrogów, wreszcie - wzywa do ich unicestwienia. To działa. Mowa nienawiści infekuje kolejne umysły, mobilizuje nie tylko "wyznawców" - "tych, co z nami" - ale i ludzi początkowo obojętnych. Nakłada się na to konformizm, który podpowiada większości obywateli, że "lepiej być z nami", niż "poza wspólnotą".

Przenieśmy te podziały na grunt polskiej polityki. Jakie zjawiska pani dostrzega?

- W Polsce widzimy wyraźnie, że coraz częściej osoby o odmiennych poglądach są przez przeciwników politycznych profilowane na "wrogów" i "szkodników"; jako takim niejako odbiera się im godność oraz prawo do uczestnictwa w demokracji: zarówno dokonywania demokratycznych wyborów, jak i reprezentowania kogokolwiek. Nieustannie dochodzi do negowania wyników wyborów, jako - z jednej strony - "nieprawidłowych", "przypadkowych", "sfałszowanych", a z drugiej - dokonanych przez "niewłaściwie myślących", "ogłupionych", "przekupionych" obywateli, albo wręcz - zdrajców wspólnoty. Bo tylko zdrajcy mogą głosować na zdrajców.

Kto jest zdrajcą?

- Ten, kto nie jest "prawdziwym patriotą", "prawdziwym Polakiem". Nie wystarczy być patriotą i Polakiem. Jeśli nie jesteś "z nami", jesteś patriotą i Polakiem fałszywym. Czyli jeszcze większym szkodnikiem, bo zapewne knujesz z naszymi największymi wrogami. Jak to zdrajca. Kompletnie nie liczą się przy tym fakty, nawet najzacniejsze karty w biografii, opinie autorytetów. Zdrajcy to ci, których nazywa się zdrajcami. Wobec ludzi wyprofilowanych na zdrajców całkowicie uzasadniona jest przemoc. Ba, w końcu jest ona nawet konieczna - służy przecież obronie wspólnoty opartej na jedynie słusznym światopoglądzie i ładzie społecznym.

- Rozpowszechnione w internecie, ale coraz częstsze również w realnej przestrzeni publicznej, co było widać podczas ostatniej kampanii wyborczej, komentarze sprowadzające się do epitetów typu: "zdrajcy", "ścierwa", "pasożyty" oraz obelg tworzonych od nazwiska "wroga" - to początek staczania się demokracji po równi pochyłej - w otchłań agresji i nienawiści przemienianej w coraz bardziej gwałtowne i brutalne czyny wobec tych, którzy "nie są z nami".

Do czego może prowadzić ta wylewana w przestrzeni publicznej nienawiść?

- Skutkiem szerzenia nienawiści jest przekonanie, że z większością ludzi w Polsce jest coś nie tak i tylko jakiś antysystemowy przewrót grupki depozytariuszy prawdy objawionej może nas wszystkich uratować. Na takim etapie mogą się pojawić projekty eliminowania najbardziej szkodliwych elementów mainstreamu. Słowo eliminacja, w zależności od tego, kto i na jakim etapie go użyje, może oznaczać różne rzeczy: od wyrzucenia z uczelni i zakazu wypowiedzi po pałowanie przez bojówki "patriotów", którzy są przecież "z nami".

- Symptomatyczny i świeży jest tu przypadek Andersa Breivika. Dowodzi, że napastliwa retoryka niektórych partii może zrodzić potwora nawet w najbardziej demokratycznym i otwartym kraju i społeczeństwie. Warto przy okazji zwrócić uwagę na ofiary przemocy Breivika, ludzi, których - za swymi ideowymi mocodawcami - zdefiniował on i wyprofilował w swojej głowie na "wrogów wspólnoty".

Grozi nam powtórka z Breivika?

- Zobaczmy, że w Polsce został uruchomiony podobny mechanizm. Nie można latami dzielić społeczeństwa na "naszych" i "wrogów" niegodnych życia, brutalnymi słowami wykluczać milionów obywateli ze wspólnoty - a po wygranych wyborach powiedzieć "od teraz jestem prezydentem, premierem wszystkich Polaków". Tak głębokich i szerokich rowów, wykopanych przez milion nienawistnych słów, nie da się zasypać jednym słowem.  

Jakie są społeczne koszty takiej gry polityków, dzielących nas na przeciwstawne obozy, straszenia rządami konkurenta, byle utrzymać się przy władzy lub ją zdobyć?

- Nazwałabym je spiralą wykluczenia. Wpadają w nią wszystkie ugrupowania oparte na zasadzie "kto nie z nami, ten przeciw nam". Jeżeli można bezpardonowo i radykalnie negować czyjąś polskość i czyjś patriotyzm, to tylko kwestią czasu jest pojawienie się jeszcze większych radykałów - negujących polskość i patriotyzm tych, którzy dotąd negowali. I tak bez końca. Przed referendum decydującym o wejściu Polski do Unii Europejskiej z kręgów tzw. narodowej prawicy płynął jednoznaczny przekaz: nawet, jeśli 38 milionów Polaków wypowie się za akcesją, to znaczy, że są to zdrajcy narodu. Ten sposób rozumowania jest wśród radykałów - i z prawa, i z lewa - normą. Najgorsze jest to, że w ostatnich latach, od wybuchu globalnego kryzysu, rozszerzył się na duże partie centroprawicowe i konserwatywne.

- W Polsce to zjawisko jest również widoczne. Negowanie prawa głosu milionów obywateli, w tym cichej i biernej większości, przybrało formę "walki z mainstreamem", rzekomo szkodliwym i zdradzieckim, a na pewno niesłusznym, niepolskim i niepatriotycznym.

Takie głosy, podnoszone zazwyczaj przez skrajną prawicę, wpływają na język i obraz całej sceny politycznej?

- Rzeczywiście, im bardziej na prawo, tym większa staje się grupa "niegodnych", osób, które należy wykluczyć ze wspólnoty, bo "nie są z nami". Spirala wykluczenia jest jednak mechanizmem napędzanym zwrotnie - radykałowie z prawa naciskają na tych bardziej centrowych, a ci ostatni - w obawie przed zarzutem "braku patriotyzmu", "braku polskości" i "zdrady" - przejmują radykalny język dotychczasowych "oszołomów". To idealny klimat do rozwoju mowy nienawiści. Jeśli demokratyczna wspólnota nie będzie potrafiła go zmienić - powstrzymując nienawistników - demokracja zostanie podeptana. Zastąpi ją coraz większy zamordyzm - i przemoc wobec wszystkich, których nowi wodzowie wskażą jako wrogów.

- W Polsce paradoksem jest to, iż ludzie, którzy stworzyli prawdziwe imperium nienawiści, służące wykluczaniu milionów obywateli ze wspólnoty - jako pierwsi zarzucają wszystkim innym sianie nienawiści i tym usprawiedliwiają swoje podłe słowa, insynuacje, oszczerstwa i czyny. Doszliśmy do  momentu, gdy wskutek rozpowszechnienia mowy nienawiści, zanegowany został "cały mainstream" - czyli de facto wszystkie partie i ugrupowania współtworzące dotąd w miarę demokratyczny porządek. Również te, które jako pierwsze zaczęły negować polskość, godność i prawa innych.

Media nie powinny mocniej reagować na negatywne zjawiska w polityce, punktując zagrożenia dla demokracji?

- Problem polega na tym, że de facto nie mamy telewizji publicznej - TVP konkuruje z komercyjnymi stacjami, w efekcie czego w jej emisji właściwie nie ma misji; nawet w programach informacyjnych dominuje charakterystyczny dla prywatnych nadawców infotainment - informowanie w celu zapewnienia widzom czystej rozrywki.

- Nie ma debat, dyskusji na ważne tematy, są one traktowane powierzchownie, problemy zbywa się "głosem eksperta" (10 sekund) i "głosem ludu" (15 sek.). Również to tworzy idealny klimat do rozwoju mowy nienawiści. Skoro głos ludu waży tyle co głos eksperta - to nie ma w żadnej dziedzinie realnych autorytetów. Każdą opinię można zanegować. I każdy "rzekomy autorytet", nawet ten o najpiękniejszej biografii - zohydzić, jeśli "nie jest z nami". Prowadzi to do tego, że głos plantatora papryki ("Jak żyć panie premierze"), ma większą siłę rażenia niż głos eksperta czy bohatera Powstania Warszawskiego.

Osoby, z którymi rozmawiam o mowie nienawiści i wrogim języku w polityce zwracają uwagę na rolę zwykłych obywateli: na nasz brak przyzwolenia na manipulacje, grę na negatywnych emocjach...

- To bardzo ważna kwestia. Pamiętajmy, że bolszewicy i faszyści, którzy byli początkowo mniejszościami, tak skutecznie przedstawiali siebie jako wyrazicieli woli większości, że faktycznie dokonał się w końcu "triumf woli", tak plastycznie pokazany przez Leni Riefenstahl czy wcześniej - Siergieja Eisensteina. Dokonał się dzięki determinacji mniejszości, która potrafiła narzucić pozostałym swoją mowę  i narrację nienawiści. Równorzędną rolę odegrała tu jednak bierność większości, wychodzącej z arcybłędnego założenia, że "jej to nie dotyczy". 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje