​Dzielnice muzułmańskie na celowniku służb? "Trudno mówić o zmniejszeniu zagrożenia"

Wstrząśnięty zamachami w Brukseli świat solidaryzuje się z rodzinami ofiar, składa kondolencje i wygłasza oburzenie aktami terroru. Czy wśród głośnego sprzeciwu na bezduszne działania terrorystów nie brakuje jednak refleksji, że za ataki odpowiadają żyjący od wielu lat w cywilizowanym sercu Europy dżihadyści?


Zamachowcy z Europy

Reklama

We wtorkowej serii zamachów na lotnisko i metro w Brukseli zginęło ponad 30 osób, a ponad 200 zostało rannych. Ciągle trwa ustalanie tożsamości zamachowców, jak jednak wynika z najnowszych informacji, jednym z zamachowców-samobójców, którzy wysadzili się we wtorek na brukselskim lotnisku Zaventem, był Ibrahim El Bakraoui. Jego brat Khalid El Bakraoui wysadził się na stacji metra Maalbeek. Śledczy ustalają tożsamość drugiego zamachowca, który zginął na lotnisku i poszukują zbiegłego mężczyzny, który został zarejestrowany przez monitoring lotniska w towarzystwie braci El Bakraoui.

Z informacji, do których dotarły belgijskie media wynika, że bracia El Bakraoui mieszkali w Brukseli i byli znani policji jako przestępcy. W ostatnich latach obaj odsiadywali wyroki.

Przypomnijmy, że sprawcy tragicznej serii zamachów w Paryżu także zamieszkiwali Europę. Znaczna część z nich zamieszkiwała Belgię, z kolei 29-letni Omar Ismail Mostefai i 28-letni Sami Amimour dorastali na przedmieściach Paryża.

Jak się również okazuje, zatrzymany kilka dni temu zamachowiec z Paryża Salah Abdeslam miał wiele powiązań z grupą zamachowców, która dokonała zamachu w Brukseli.

"Nadszedł czas, by powiedzieć bez ogródek: zamachowcy pochodzili z miejsc, które zostały zaatakowane. Zagrożenie jest globalne, ale zabójcy są miejscowi" - komentował sprawę premier Włoch Matteo Renzi.

"Ten, kto się łudzi i woła: 'zamknijmy granice', nie zdaje sobie sprawy, że wrogowie są już w naszych miastach. Wróg ukrywa się również w sercu europejskich miast, na peryferiach, żyje chroniony przez niektóre strefy miejskie i zmowę milczenia" - ostrzegał Renzi.

Państwo w państwie

Po listopadowych zamachach w Paryżu, w których zginęło 130 osób, Salah Abdeslam zniknął i ukrywał się w Brukseli, gdzie mieszkał wcześniej i razem z bratem prowadził bar w Molenbeek - muzułmańskiej dzielnicy Brukseli. W pomoc w ukrywaniu terrorysty zaangażowała się jego rodzina, przyjaciele i drobni przestępcy - podawała wówczas agencja Reutera. Poskutkowało. Abdeslam unikał belgijskich służb aż cztery miesiące, mimo że był praktycznie pod ich nosem.

Przypadek Abdeslama rzuca światło na trudności, jakie mają służby bezpieczeństwa w wyśledzeniu podejrzanych, którzy mogą polegać na ochronie ze strony swoich społeczności skupionych w dzielnicach wielkich europejskich miast.

W Brukseli, mieście, w którym populacja muzułmanów stanowi ok. 20 proc., kilka dzielnic jest niemalże w pełni zawładniętych przez mniejszość muzułmańską. Najsłynniejszą z nich jest Molenbeek, która nazywana jest "gniazdem dżihadystów", ponieważ to stamtąd pochodzi wielu radykalnych islamistów decydujących się na dokonanie zamachów.

Belgia to tylko jeden z krajów, gdzie znajdują się swoiste państwa w państwie zamieszkiwane przez ludność muzułmańską. Podobne zjawiska można dostrzec np. we Francji, Niemczech, czy Wielkiej Brytanii. Tak, jak w Belgii, społeczność muzułmańska kieruje się tam swoimi zasadami, często odbiegającymi od tych, które rządzą społecznością europejską.

- W każdym dużym mieście europejskim będziemy mieć obszary, które są z różnych powodów w większym stopniu dotknięte wykluczeniem społecznym, biedą, czy bezrobociem. Podobne sytuacje mieliśmy także w Polsce, tylko w naszym kraju nie nakładał się na to podział religijny - komentuje w rozmowie z Interią dr Michał Piekarski z Pracowni Koordynacji Badań i Dydaktyki Bezpieczeństwa Narodowego Instytutu Studiów Międzynarodowych na Uniwersytecie Wrocławskim.

Zdaniem eksperta zajmującego się badaniami nad bezpieczeństwem Polski i UE, "problem radykalizacji wśród społeczności muzułmańskich w Europie jest bardziej złożony niż istnienie samych tylko gett muzułmańskich".

- Trzeba pamiętać, skąd wzięły się te osiedla. Ludność z państw muzułmańskich była w latach 60. i 70. ściągana do Europy w charakterze tzw. taniej siły roboczej. W momencie, kiedy okazało się, że przemysł z Europy zniknął i tania siła robocza nie jest już potrzebna, to młodzież, która znajduje się w tych osiedlach, nie widzi dla siebie przyszłości. To sprzyja radykalizacji postaw. Bez rozwiązania kwestii ekonomicznych prawdopodobnie trudno mówić o zmniejszeniu zagrożenia, czy opanowaniu sytuacji - dodaje dr Piekarski.

Służby panują nad sytuacją?

Ekspert, pytany o skuteczność służb w kwestii radzenia sobie z dobrze rozwiniętą siatką terrorystyczną w muzułmańskich dzielnicach, wskazuje na szeroko zakrojone działania służb w tym zakresie.

- Europejskie służby bezpieczeństwa z dużą uwagą obserwują to, co dzieje się w społecznościach muzułmańskich. Te obszary, gdzie te społeczności zamieszkują, są monitorowane, działają tam służby policyjne i służby specjalne, ale niestety nie zawsze udaje się wychwycić zamach na tak wczesnym etapie, żeby móc mu zapobiec - wskazuje.

- We wszystkich krajach europejskich próbuje się też monitorować osoby, które wyjechały np. do Syrii czy Iraku. Trzeba jednak pamiętać, że to są ludzie, którzy mają świadomość, że są obserwowane. Wbrew pozorom, rzadko jest tak, że wracając do Europy i wtapiają się w falę imigrantów. Tacy terroryści mają dostęp do fałszywych dokumentów i są w stanie skutecznie zmylić trop - mówi dr Piekarski.

Ekspert z Uniwersytetu Wrocławskiego uspokaja jednak, że "służby, po kilkunastu latach doświadczeń z islamskimi fundamentalistami, są dobrze przygotowane". - Dysponują one narzędziami prawnymi, ludźmi i sprzętem. Trzeba jednak zauważyć, że terroryści zawsze będą o krok przed nimi. Czasami zamachowcy po prostu mają szczęście i nie jest to związane z bezradnością służb - dodaje.

- Z dotychczasowych doświadczeń wynika jednak, że na jeden udany zamach przypada 10 do 15 zamachów udaremnionych przez służby. Pozostaje nam jedynie pogodzić się z tym, czego nie możemy przewidzieć. Musimy nauczyć się żyć z zagrożeniem i starać się je ograniczać. W całości nigdy go nie wyeliminujemy - podsumowuje dr Michał Piekarski. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy