"Elektrosmog rośnie na naszych oczach". Czy promieniowanie stacji bazowych nas zabija?

Cyfryzacja i likwidowanie barier dla budowy stacji bazowych telefonii komórkowej czy zdrowie obywateli? W związku z nowelizacją Ustawy o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych oraz alarmującym raportem Najwyższej Izby Kontroli, problem tak zwanego elektrosmogu staje się więcej niż palący.

Czym jest zjawisko określane jako elektrosmog lub smog 2.0? To efekt sztucznego promieniowania elektromagnetycznego, którego źródłem są urządzenie elektryczne, w tym nadajniki stacji bazowych telefonii komórkowej. Te ostatnie budzą największe obawy, być może także z tego powodu, że do końca nie znamy wpływu promieniowania elektromagnetycznego na zdrowie i jakość życia mieszkańców.

Reklama

Wskazuje się, że elektrosmog może powodować nowotwory i inne schorzenia. Badania w tej sprawie przeprowadził szwedzki profesor Olle Johansson z uznanego Instytutu Karolinska. Naukowiec udowodnił, że promieniowanie elektromagnetyczne ma bardzo szkodliwy wpływ na ludzki organizm.

- Są twarde dane na ten temat. Zresztą Polska jest pionierem w badaniach nad negatywnym wpływem promieniowania elektromagnetycznego, bo badania radarów były prowadzone przez wojskowych naukowców już w latach 60. i 70., i były one sławne na cały świat. Zresztą na te badania powołują się do dziś. Współczesne badania naukowe prowadzone w Europie wskazują również na negatywny wpływ promieniowania elektromagnetycznego na organizmy żywe, bo to działa nie tylko na człowieka, ale też na zwierzęta - przekonuje zajmująca się problematyką smogu 2.0 krakowska radna Marta Patena.

Zaznacza jednak, że promieniowania elektromagnetycznego działa inaczej na każdego człowieka. - To, jak reagujemy na natężenie fal, zależy od indywidualnej wrażliwości. Mamy osoby nadwrażliwe, bardzo wrażliwe lub umiarkowanie wrażliwe na promieniowanie elektromagnetyczne. Sytuacja jak z każdą inną dolegliwością, na przykład z alergią: jedni reagują ciężko, inni w ogóle - dodaje radna Patena.

Nawet jeśliby ktoś chciał kwestionować doniesienia na temat szkodliwości działania stacji bazowych, to w przypadku promieniowania elektromagnetycznego warto kierować się obowiązująca w Unii Europejskiej zasadą ostrożności w kwestiach ochrony środowiska. Brzmi ona: każda nowa technologia jest szkodliwa, dopóki nie udowodni się, że tak nie jest.

"Nie możemy przecież zrobić cyfrowej pustyni"

Czy zatem mamy obawiać się elektrosmogu? Magister inżynier Roman Bereś z małopolskiego Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska przestrzega przed wpadaniem w panikę. Nawet w Krakowie, gdzie słowo smog wywołuje jednoznaczne skojarzenia, a co dopiero smog 2.0!

- W Krakowie maksymalne rejestrowane poziomy promieniowania elektromagnetycznego to 1,2 wolta czy 1,5 wolta na metr, przy dopuszczalnym poziomie 7 woltów. Co więcej, od kilku lat te poziomy w Krakowie, niewiele, bo niewiele, ale się obniżają. Wynika to oczywiście z technologii stosowanej w telefonii komórkowej. Ale na pewno nie ma potrzeby alarmować o zagrożeniu, bo brak jest gwałtownych skoków poziomu - przekonuje inż. Bereś.

Równocześnie podkreśla, że dopuszczalny poziom promieniowania na poziomie 7 woltów na metr nie jest wysoki.

- Jest to niska norma w stosunku do innych krajów i jedna z najniższych, o ile nie najniższa w Europie. Pracując w warunkach miejskich, w Krakowie, nigdy nie spotkałem się z tak wysokim natężeniem. Maksymalne, co stwierdziłem w miejscach publicznych, to było około 3 woltów. Natomiast 7 woltów wykazano na balkonach i loggiach nowo wybudowanych budynków, na które wprost skierowana była główna wiązka nadajnika - mówi Interii Roman Bereś.

- Jeżeli ktoś by mnie zapytał, gdzie jest lepiej przebywać, tam, gdzie mamy 3 wolty, czy tam, gdzie jest 7 woltów, to ja bym powiedział, że tam, gdzie są 3 wolty. Tak samo lepiej jest rozmawiać przez telefon stacjonarny niż komórkowy. A jak już, to korzystać z zestawu głośnomówiącego. Nie rozumiem też głosów nawołujących do wyłączenia nadajników w miastach. Nie możemy przecież zrobić pustyni. Kiedyś studentka na moją prośbę dokonała sprawdzenia czy lepiej dla użytkownika telefonu komórkowego, by nadajnik był bliżej czy dalej aparatu. Okazało się, że im bardziej telefon komórkowy jest oddalony od nadajnika, tym mocniejsze emituje promieniowanie. Tym samym lepiej jest rozmawiać przez telefon bliżej nadajników - tłumaczy.

"Elektrosmog rośnie na naszych oczach"

Tego właśnie obawia się radna Patena, która - przy okazji kwestionując pomiary dokonywane przez WIOŚ ("Informuje się operatora o terminie kontroli, przeprowadza kontrolę w obecności operatora, a tymczasem operator może zdalnie zmienić wszystkie parametry stacji. Z tego powodu taki pomiar nadaje się do śmietnika") - przestrzega przed uczynieniem z miast dżungli nadajników stacji bazowych telefonii komórkowych.

- Elektrosmog rośnie na naszych oczach. W momencie, gdy problem sprowadzał się do telefonów komórkowych, którymi posługiwaliśmy się - zgodnie z nazwą przedmiotu - wyłącznie do rozmawiania, to zjawisko nie było groźne. Ale od kiedy zaczęto nam wmawiać, że potrzebujemy odbierać w telefonach wszystkie dane, łącznie z filmami, to zrobił się problem. Zagęszczono liczbę stacji bazowych telefonii komórkowej i wzmocniono pole elektromagnetyczne, rozwija się to w tempie szaleńczym na przestrzeni kilku ostatnich lat - komentuje Marta Patena dla portalu Interia.

Mgr inż. Bereś z WIOŚ zapewnia jednak, że natężenie pola magnetycznego jest pod kontrolą. Zwraca również uwagę na fakt, że operatorom tak naprawdę nie zależy na przekraczaniu dozwolonego limitu.

- Jeżeli to zrobią, to WIOŚ składa im "propozycję nie do odrzucenia". Po poprawce dokonanej przez operatory inspektorat przeprowadza tak zwaną rekontrolę, czyli ponowne sprawdzenie nadajnika. Czasami - mając oczywiście zaufanie do operatorów - wracamy z ponowną kontrolą i sprawdzamy, ale już bez protokołu, czy przypadkiem promieniowanie przekroczyło limit. Do tej pory nam się nie zdarzyła taka sytuacja - usłyszeliśmy.

- Oczywiście, dla operatorów takie korekty są kłopotliwe i kosztowne, bo muszą wezwać ekipę z zewnątrz. Z tego powodu im się nie opłaca przekraczać limitu, także z tego prozaicznego powodu, że "karne" zamknięcie nadajnika to dla nich ogromna strata finansowa. A my dysponujemy taką sankcją i mamy takie prawo, by zamknąć nadajnik operatora przekraczającego normy - mówi Bereś.

W imię cyfryzacji

Problem jednak w tym, że niedawny raport Najwyższej Izby Kontroli dotyczący stacji bazowych telefonii komórkowych obnaża niedoskonałości systemu.

Jak podała NIK, część stacji bazowych telefonii komórkowej funkcjonowała bez analizy ich oddziaływania na sąsiednie nieruchomości. Obowiązujące regulacje prawne nie gwarantują także należytego badania wpływu na zdrowie i jakość życia mieszkańców działających już anten, nawet w przypadkach wielokrotnego zwiększania mocy nadawanego sygnału. Dodatkowo, w świetle Prawa budowlanego stacje do wysokości trzech metrów traktowane są po prostu jako urządzenia. A te nie wymagają pozwolenia na budowę, ani nawet zgłoszenia zamiaru wykonania robót budowlanych. Czy takie unormowanie są wystarczające? Odpowiedź nasuwa się sama.

Wreszcie, system kwalifikacji stacji bazowych telefonii komórkowej pochodzi jeszcze z 2007 roku i jest - zdaniem NIK - uproszczony, a tym samym niewystarczający. Co więcej, jak ujawnia raport kwalifikacje nie były ponawiane w późniejszym okresie - już podczas działania stacji telefonii komórkowej - nawet w przypadkach wielokrotnego i znacznego zwiększania ich mocy przez operatorów.

Tym bardziej zaskakujące jest to, że Ministerstwo Cyfryzacji chwali się, że uwolnienie przepisów jest - jak czytamy na stronie internetowej resortu - "postulowane i oczekiwane", a ma na celu "zlikwidowanie barier". Na mocy przyjętej przez rządu Ustawy o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych, operatorzy telefonii komórkowych będą między innymi mogli ustawiać na dachach prywatnych budynków stacje bazowe - i to nawet wbrew zgodzie właściciela nieruchomości! Wszystko to w imię cyfryzacji. 

- Wnioski w raporcie były takie, że należy zaostrzyć, a nie liberalizować prawo dotyczące stawiania anten telefonii komórkowych. Tymczasem rząd, powołując się na raport NIK, sugerujący zmianę prawa, kompletnie nie chce zmieniać tego prawa. Wedle propozycji rządu, będzie można stawiać maszty tam, gdzie operatorzy sobie tego zażyczą. NIK wskazała problemy, a rząd chce całkowicie zlikwidować prawo w tym względzie - denerwuje się Patena.

"Najłatwiej jest im postawić antenę i niech się dzieje, co chce"

- Od początku prac nad zmianą ustawy, w resorcie wnikliwie wczytywaliśmy się w raport NIK. To, co odnosiło się do zakresu naszych kompetencji, zostało wzięte pod uwagę. Ministerstwo Cyfryzacji nie może jednak ingerować w zakres działania innych resortów, takich jak środowisko, infrastruktura czy zdrowie - twierdzi jednak rzecznik prasowy ministerstwa Karol Manys.

- Czy liberalizujemy przepisy? Nie, nic nie liberalizujemy, nie zmieniamy ani norm, ani obowiązujących już przepisów prawa budowlanego. My je tylko doprecyzowujemy w ten sposób, by nie było żadnych wątpliwości co do ich stosowania. Istnieje cały cykl uruchamiania stacji bazowych telefonii komórkowych, są normy i procedury. Tam, gdzie dochodzi do naruszeń, przewidziane są stosowne sankcje. Nowa ustawa nic tu nie zmienia i nie narusza. Tym samym nie można mówić, że ułatwiamy budowę stacji bazowych. Przepisy, które tego dotyczą, obowiązują od 2010 roku. Ta ustawa ma się przyczynić przede wszystkim do usunięcia barier administracyjnych i prawnych, które dziś niepotrzebnie blokują powstawanie niezbędnych dla cywilizacyjnego rozwoju kraju szybkich sieci telekomunikacyjnych - przekonuje.

Manys akcentuje również, że Ustawa o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych wprowadza obowiązek kontroli stacji bazowych telefonii komórkowej, w przypadku zgłoszenia przez osobę mającą uzasadnione podejrzenie, że poziom promieniowania został przekroczony.

- Mało kto zwraca uwagę, a to jest potężne narzędzie dla osób, które uważają, że stacje bazowe przekraczają normy - przekonuje rzecznik Ministerstwa Cyfryzacji.

- W Polsce mamy najostrzejsze w Europie normy dotyczące poziomu promieniowania elektromagnetycznego. Ustawa nie wyeliminuje oczywiście sytuacji, że ktoś nadwrażliwy elektromagnetycznie może odczuwać negatywne skutki pola. Ale to są sytuacje ekstremalne - proszę zapytać Ministerstwo Zdrowia. Zresztą, warto pamiętać o tym, że zwykłe rozmawianie przez telefon komórkowy jest wielokrotnie gorsze, niż działanie stacji bazowych - dodaje na koniec.

Oddajmy jeszcze głos drugiej stronie.

- Ministerstwo Cyfryzacji powołuje się na dyrektywę Unii Europejskiej, które wskazują na potrzebę cyfryzacji społeczeństwa, łatwości dostępu do sieci. Jednocześnie dyrektywa wskazuje, że sieć ma być przewodowa, a dopiero tam, gdzie się nie da, ma być bezprzewodowa. Tym samym miasta mogą pociągnąć sieć światłowodami albo przewodami. Problem w tym, że operatorom nie chcę się tego robić. Najłatwiej jest im postawić antenę i niech się dzieje co chce. Tak nie może być - twierdzi Patena.

Biorąc pod uwagę, że po jednej stronie mamy hasła cyfryzacji i likwidowanie barier dla budowy stacji bazowych telefonii komórkowej, a po drugiej zagrożenie zdrowie czy choćby możliwość odczuwania dyskomfortu wynikającego z nadwrażliwości elektromagnetycznej, trudno nie przyznać radnej racji.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy