Epidemia wszawicy w Polsce? "Problem jest bardzo duży"

"Dziennik Gazeta Prawna" donosi o wielkim powrocie wszawicy do szkół i przedszkoli. Jak czytamy w gazecie, od września 2014 do września 2015 roku Polacy kupili ponad milion preparatów zwalczających pasożyty. O to, czy Polacy faktycznie mają problem z wszawicą, i w jaki sposób mogą się z nim zmierzyć, pytamy Elżbietę Kuras z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno Epidemiologicznej w Krakowie i Jana Bondara, rzecznika Głównego Inspektoratu Sanitarnego.

-  Wszawica od 2008 roku nie jest uznawana za chorobę zakaźną, wobec czego Państwowa Inspekcja Sanitarna nie prowadzi rejestru zgłoszeń. Niemniej jednak nadal otrzymujemy liczne telefony od zaniepokojonych rodziców, wychowawców oraz dyrektorów. Niestety obecnie nasza działalność ogranicza się jedynie do informowania oraz edukowania - wyjaśnia w rozmowie z Interią Elżbieta Kuras z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno Epidemiologicznej w Krakowie. 

Reklama

Kuras zaznacza, że na stronie internetowej stacja publikuje procedurę, według której powinna postępować placówka, w jakiej wykryto obecność wszawicy. Wśród wskazanych zachowań znajdziemy m.in. zawiadomienie rodziców, wyjaśnienie sposobu przeprowadzenia zabiegów higienicznych, a także poinformowanie dyrekcji placówki.

"Wszy to także problem bogatych krajów"

- To bardzo duży problem. Jest dużo sygnałów z różnych miejsc w kraju - przyznaje Jan Bondar z Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Rzecznik wyjaśnia, że wszawica to problem, który się nasila po wakacjach, zwłaszcza późną jesienią. - To, czy jest to wpisane na listę chorób zakaźnych, czy nie, nie ma większego znaczenia. Głosy, które mówią, żeby przywrócić wszawicę na listę chorób zakaźnych, nie są do końca słuszne. W czasach, kiedy była ona uznawana za chorobę zakaźną, z naszych danych wynikało, że w Polsce jest kilkadziesiąt przypadków rocznie, co jest oczywiście nieprawdą, bo znam szkoły, w których pojawia się kilkadziesiąt takich przypadków dziennie - podkreśla. 

Bondar wyjaśnia, że dane, jakimi dysponował GIS były wynikiem zgłoszeń od lekarzy o zachorowaniu na choroby zakaźne. - Ludzie rzadko chodzą z wszawicą do lekarza - dodaje rzecznik placówki. 

Czy GIS może jednak coś zrobić, by wspomóc szkoły w walce z wszawicą? - Nasi pracownicy mogą przyjść i poinstruować rodziców, jak zadbać o dzieci. Wśród dyrektorów szkół pokutuje jednak przekonanie, że nie można sprawdzać głów uczniów. My uważamy, że skoro w większości szkół jest pielęgniarka szkolna, a rodzic podpisuje zgodę na objęcie dziecka opieką pielęgniarską, to powinno się sprawdzać te dzieci. Oczywiście przy odpowiednim zachowaniu ich intymności i godności. Nie tak, jak bywało dawniej, że robiło się to publicznie - zaznacza Bondar. 

Bondar zaznacza, że wszawica jest bardzo łatwa do usunięcia. Dodaje, że najpierw jednak trzeba ją wykryć, a tutaj często zdarza się, że rodzice nie pozwalają badać swoich dzieci. - Powinno pojawić się oficjalne stanowisko Ministerstwa Edukacji, które rozwiałoby obawy rodziców dotyczące sprawdzania głów ich dzieci - mówi rzecznik GIS. - Tu pokutuje także stanowisko Instytutu Matki i Dziecka, że bez zgody rodzica nie można sprawdzać głowy dziecka. Stanowisko to pochodzi jednak z 2004 roku, a ja pamiętam, że pierwsza wersja pojawiła się jeszcze w latach 90. - mówi rzecznik GIS. 

Wszawica już dawno przestała być kojarzona tylko z biedą. Nie jest już kwestia także tylko i wyłącznie braku higieny, dlatego rodzice powinni być czujni. - Wszy to także problem bogatych krajów. Tak samo jest w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych - podkreśla Bondar w rozmowie z Interią.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje