Gdy aparat jest skuteczniejszy od broni

Zatrzymały w kadrze przejmujące momenty w historii ludzkości. Wywołały lawinę pytań dotyczących etycznej strony pracy fotoreporterów. Pokazały zdarzenia, które bez nich nie wpisałyby się tak jaskrawo w świadomość społeczną. Zdjęcia, które zbulwersowały miliony...

W roku 1985 Kolumbię nawiedził wybuch wulkanu Nevado del Ruiz, w wyniku którego zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób. Jedną z nich była 13-letnia Omayra Sánchez. Przedstawiająca ją fotografia, zrobiona zaledwie kilka godzin przed śmiercią, obiegła cały świat. Dziewczynka zmarła wskutek gangreny i hipotermii. Autorem zdjęcia jest Frank Founier, wówczas młody francuski fotoreporter.

Reklama

Omayra na fotografii jest uwięziona w wodzie, między fragmentami zniszczonego domu. Woda sięga jej po szyję. Uczepiona sinymi rękami drewnianej belki spogląda czarnymi, niemal pozbawionymi białek oczami.

Founier po latach tłumaczył, że zdjęcie miało uświadomić światu odwagę i cierpienie tego dziecka oraz godność, z jaką przyjęła śmierć. Chciał też zwrócić uwagę na bierność władz państwa wobec tragedii. Świat nie do końca to przesłanie zrozumiał. Rozpętała się prawdziwa burza medialna i debata nad granicami moralności fotoreportera.

Founier otrzymał za zdjęcie nagrodę World Press Photo. Później, wierny fotografii reportażowej, zajmował się jeszcze m.in. problemem masowo umierających na AIDS rumuńskich sierot.

(Nie)etyczne?

Kolejne zdjęcie powstało w 1975 roku w Bostonie. Miało tylko dokumentować rutynową akcję strażaków, jednak Stanley Forman, bo tak nazywał się autor pamiętnego zdjęcia, stał się nieoczekiwanie świadkiem dramatycznej historii, która odmieniła jego życie i zapoczątkowała debatę nad kwestią bezpieczeństwa przeciwpożarowego.



Kiedy strażacy próbowali wydostać z płonącej kamienicy 19-letnią Dianę Bryant i jej dwuletnią chrześnicę Tiare Jones, balkon - na którym obie stały - runął. Forman uchwycił na zdjęciu moment, kiedy dziecko z opiekunką spada z piątego piętra. 19-latka nie przeżyła wypadku, ale zamortyzowała swoim ciałem upadek dziecka. Dwulatka przeżyła.

Gdy fotografia Formana ukazała się w dzienniku "Boston Herald", wzbudziła wiele kontrowersji. Pokazywanie na pierwszej stronie martwych ludzi wydawało się nieetyczne... Jednak, jak podkreślano, kobieta na zdjęciu jeszcze żyła, a w dodatku jej śmierć miała wywołać zmiany, które pozwoliły uniknąć powtórki tego tragicznego zdarzenia. I tak też się stało, a sam Forman został uhonorowany dziennikarską Nagrodą Pulitzera.

Tam, gdzie kończy się granica

Inne bulwersujące zdjęcie powstało w 1979 roku w Teheranie. Jego historia jest o tyle zagadkowa, że mimo przyznanej autorowi Nagrody Pulitzera, ze względów bezpieczeństwa utajniono jego nazwisko. Jahangir Razmi, autor zdjęcia, ujawnił się dopiero w roku 2006.

Na zrobionej w Teheranie fotografii uchwycił w kadrze pluton egzekucyjny na chwilę przed oddaniem strzału do jedenastu kurdyjskich więźniów. To zdjęcie, wykonane kilka miesięcy po wybuchu irańskiej rewolucji islamskiej, trafiło na pierwsze strony gazet i stało się symbolem przemian.

Historia pewnej fotografii

Zdjęcie przedstawiające konające z głodu sudańskie dziecko i czekającego na jego śmierć sępa wykonał w 1993 roku Kevin Carter. Jak później wspominał, na wychudzoną dziewczynkę natrafił podczas dokumentowania klęski głodu w Afryce, kiedy - chcąc odreagować wstrząsające obrazy, jakie widział w obozie dla uchodźców - wybrał się na spacer.

Carter przyznał, że ponad 20 minut czekał, aż dziewczynkę zaatakuje sęp. Gdy to nie nastąpiło, postanowił zrobić zdjęcie bardziej statyczne, które swoją wymową i symboliką do dzisiaj bulwersuje i budzi wiele kontrowersji.

Opublikowano je w 1993 roku na okładce "New York Timesa". Do redakcji od razu zaczęły napływać listy z pytaniami o los dziecka. Kiedy wyszło na jaw, że Carter co prawda odstraszył sępa, ale nie udzielił dziewczynce pomocy i nie wiadomo, czy przeżyła, spadła na niego fala krytyki.

Dyskusja na temat etyki w zawodzie fotoreportera, granic bierności i zwykłej ludzkiej empatii nie wpłynęła dobrze na autora zdjęcia. W 1994 Carter otrzymał Nagrodę Pullitzera, jednak w tym samym roku, dręczony makabrycznymi wspomnieniami ludzkich tragedii i śmiercią przyjaciela, popełnił samobójstwo...

"Jestem załamany. Bez telefonu, bez pieniędzy na czynsz i na alimenty. Prześladują mnie żywe obrazy zabitych i cierpiących, widok ciał, egzekucji, rannych dzieci. Odszedłem, i - jeśli będę miał szczęście - dołączę do Kena (zmarłego przyjaciela - przyp. red.)" - napisał w liście pożegnalnym.

Napalm girl

Ta fotografia stała się chyba najbardziej rozpoznawalnym symbolem wojny w Wietnamie. 8 czerwca 1972 roku na wioskę Trang Bang, w wyniku pomyłki pilota, zrzucono ładunek z napalmem. Obraz przedstawiający uciekającą 9-letnią Kim Phuc, która wcześniej zdarła z siebie palące się ubranie, uchwycił Nick Ut, 21-letni praktykant agencji Associated Press.

Ut umieścił poszkodowane dzieci w sajgońskiej klinice, a dziewczynkę, która najbardziej ucierpiała i musiała przejść 17 operacji, odwiedzał do czasu ewakuacji z Sajgonu.

Kim Phuc została Ambasadorem Dobrej Woli UNESCO. Walczy też o pomoc dla najmłodszych ofiar wojen. Nick Ut po opublikowaniu zdjęcia stał się sławny, zdobył Nagrodę Pulitzera oraz World Press Photo.

Tam się najpierw strzela, później zadaje pytania

Z różnych powodów dziennikarze i fotoreporterzy, z którymi rozmawialiśmy o dokumentowaniu dramatów i tragedii ludzkich, woleli pozostać anonimowi. Nie chcą być wciągnięci do publicznej dyskusji na temat etyki. Wiedzą, że każdy z nich musi sobie z tym poradzić sam.

- Każda z ekstremalnych sytuacji wywołuje burzę emocji. Niejednokrotnie patrzysz przez wizjer na koszmar i odcinasz się szklaną tarczą od tego, co się tam dzieje. Znikasz za aparatem, ale jest jeszcze chwila po tym, gdy ląduje on na szyi. To chyba wtedy stajesz się człowiekiem. Kładziesz torbę i zaczynasz pomagać. Często się zdarza, że zwykła rozmowa dla ludzi, których tragedię dokumentujesz, to też pomoc - mówi polski fotoreporter.

- Co do zdjęcia z sępem i umierającym dzieckiem... Zapewne zrobiłbym zdjęcie, uznając, że być może samo pokazanie tej tragedii będzie bardziej pomocne niż ratunek jednego istnienia. Podobnych były tam tysiące. Ale jak stanę oko w oko z taką właśnie sytuacją, to dam znać, jaki instynkt wygrał: człowiek czy fotograf - tłumaczy INTERIA.PL jeden z polskich fotoreporterów, pracujący wielokrotnie w ekstremalnych warunkach.

- Wyjazdy na "grube reportaże" przeważnie są powiązane z miejscami niebezpiecznymi. Z jednej strony mówi się o miejscach niebezpiecznych dla ludzi, którzy tam przebywają, głównie kataklizmy, z drugiej - o miejscach niebezpiecznych dla ogółu, w których mają miejsce rozruchy lub wojny. Do takiego wyjazdu przygotowania trwają miesiącami. Zwykle ludzie, którzy nas tam wprowadzają, w obawie o życie swoje i bliskich, działają pod przykrywkami. Wyjazd w ciemno, bez akceptacji którejkolwiek ze stron, w rejony np. wojny partyzanckiej to samobójstwo. Tam się najpierw strzela, później zadaje pytania - opowiada fotoreporter.

- Przed wyjazdami do krajów, w których przebywa polski kontyngent, organizowane są specjalne szkolenia, podczas których symuluje się nieprzewidziane sytuacje, które mogą się tam zdarzyć, jak np. porwanie przez terrorystów oraz różne metody tortur podczas przesłuchania. Jeżeli chcemy się dostać na tereny objęte wojną partyzancką, może się okazać, że jedyną drogą jest przebycie szkolenia organizowanego przez ludzi stamtąd. Tematycznie zbliżonego do tych oficjalnych, lecz o znacznie bardziej zmilitaryzowanym zakresie wiedzy - tłumaczy dziennikarz, który uczestniczył w wojennych misjach polskich żołnierzy.

"Pamiętaj o wstecznym"

- Kiedyś dostałem od bardziej doświadczonych znajomych kilka rad. Dwie z nich szczególnie wryły mi się w pamięć: "pamiętaj o wstecznym" oraz "aby jechać na wojnę, musisz sam w sobie umrzeć". I rzeczywiście - tylko godząc się ze śmiercią jesteśmy w stanie z nią walczyć - relacjonuje jeden z zapytanych przez nas fotoreporterów.

- W tej pracy trzeba zastanowić się dwa razy, zanim wyciągnie się kamerę czy aparat. To my musimy dostosować się do panujących warunków, nie odwrotnie. Ludzie w miejscach ekstremalnie niebezpiecznych rzadko dają się fotografować z uzasadnionej obawy o swoje życie. Zdarzało mi się, że nawet jak przebywałem w danym miejscu już od kilku tygodni, mogłem robić zdjęcia ludziom tylko od tyłu, by nikt ich nie rozpoznał - dodaje.

Zdjęcia na wagę życia

Opisani w tekście autorzy zdjęć otrzymali najważniejsze nagrody, jakie można dostać w tej branży. Ich prace dokumentowały tragedie tysięcy ofiar. Pytaniem otwartym pozostaje kwestia etyki, która zawsze najbardziej porusza osoby, które z fotografowaniem nie mają za wiele wspólnego. Możliwe, że ratując życie innym, fotoreporterzy pozwoliliby, by ich zdjęcia nigdy nie ujrzały światła dziennego i nie wywołałyby fali dyskusji i przemian.

Czy poznalibyśmy wtedy prawdę?

Anna Daraż

Dowiedz się więcej na temat: Nie | aparat fotograficzny | zdjęcia | kontrowersje | przełom | historia | fotografie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy