Henryk Martenka: Bunt wykształciuchów

Polska nie ma dziś autorytetu, którego zdanie wyraźnie liczyłoby się w opinii publicznej. Poglądy wygadywane przez tzw. ludzi publicznych do kamer i mikrofonów nawet ich samych nie wiążą.

Zabrakło rodakom punktu odniesienia niezbędnego do wypracowania sobie własnego osądu, usytuowania się w rzeczywistości. Dla części Polaków autorytetem pozostaje Kościół, ale dla innych już nie. Dla jednych autorytetem bywa Skiba, dla drugich Dariusz Michalczewski. To skąd ma popłynąć intelektualna inspiracja do oceny kondycji państwa i praw jego obywateli?

Reklama

Bastionem suwerennej i otwartej myśli pozostają środowiska uniwersyteckie. Tak zresztą było zawsze, także wtedy, gdy nie było państwa, albo było, lecz spętane ideologicznym lennem. Głos uczonych zawsze był słuchany uważnie, liczył się w społecznej debacie. Tak jest i dziś, gdy głos w sprawach fundamentalnych dla państwa i obywateli zabierają senaty poszczególnych uczelni. To gest wymagający uważnej recepcji.

Pierwszego dnia wiosny opublikowano uchwałę Senatu Uniwersytetu Warszawskiego. Uchwała, mimo ascetycznej formy, wybrzmiewa jak larum dla państwa polskiego i polskiej demokracji. Uczeni wyrażają bowiem jednomyślną obawę z powodu zjawisk dotąd w wolnej Polsce nieobecnych: instrumentalnego traktowania prawa, zawłaszczania instytucji publicznych, ideologizacji stosunków społecznych, ograniczania niezależności mediów. Niepokój profesorów budzą aroganckie ataki rządzących na Trybunał Konstytucyjny, likwidacja z trudem budowanej służby cywilnej, upolitycznianie prokuratury. Zastrzeżenia budzi przede wszystkim proces lustracyjny, który dodatkowo podzielił już i tak mocno podzielone społeczeństwo, stawiając Polaków wobec wyboru między własnym sumieniem a interesem publicznym.

To kolejny już zbiorowy głos płynący z uniwersytetów. Już w ubiegłym roku usłyszeliśmy głos środowiska prawników Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zlekceważony publicznie przez ministra Zbigniewa Ziobrę. Kilka dni temu współbrzmiące stanowisko ogłosił Uniwersytet Gdański. Zapowiadają swą obecność kolejne uczelnie. Spiżowy głos naukowców stoi w ostrej opozycji do praktyk, które - jak zwykle celnie - wyartykułował partyjny funkcjonariusz: nie po to wykrwawialiśmy się w kampanii wyborczej, żeby dziś cierpieć niedolę i biedę. Nam się po prostu to państwo i profity z niego należą.

Przed czym ostrzega nas profesura? Przed uproszczonymi, nieweryfikowalnymi ocenami, które wywołują kontrowersje moralne, etyczne, społeczne. Rodzą zło i poczucie krzywdy. Utrudniają życie autonomicznych środowisk, odpowiedzialnych za niezwykle ważny etap rozwoju państwa: jego potencjał intelektualny, badawczy, innowacyjny. Te trzy wektory wyznaczają międzynarodową pozycję każdego państwa. W Polsce jeszcze nie. I pewnie długo jeszcze nie, gdyż ledwie dyszące z braku środków środowisko naukowe, zamiast uprawiać naukę, będzie z mocy prawa zmuszone do uprawy bagna. Tu rodzi się lęk ludzi nauki, zatem ludzi o wielkiej wyobraźni i sile kreacji, że wprowadzane są regulacje represyjne w celu sterowania życiem społecznym. A to już godzi w fundament demokracji, obniża standard życia społecznego i łamie zasady społeczeństwa obywatelskiego.

Nie są to więc strachy na Lachy, ale budzi się uzasadniona wątpliwość, czy uchwały senatów zostaną wysłuchane przez tych, do których są adresowane? Do ustawodawców? Do prezydenta, premiera, rządu, partii politycznych? Kto konkretnie pochyli się nad lękami wykształciuchów, jak pogardliwie nazywa się w środowisku dzisiejszej władzy ludzi wykształconych? To retoryczne pytanie, gdyż do tej pory każda wypowiedź środowisk naukowych krytycznie oceniająca rządzących wywoływała reakcje zadziwiające. Deprecjonujące sygnatariuszy takich apeli, kwestionujące ich neutralność polityczną, a nawet kwalifikacje. Linię tego konfliktu widać głównie na polu stanowienia i egzekucji prawa, ale to właśnie prawo definiuje ducha państwa.

XVIII-wieczny traktat "Głos wolny, wolność ubezpieczający", firmowany przez Stanisława Leszczyńskiego, wytyczał drogę nowoczesnych reform, jaką powinna pójść ówczesna Rzeczpospolita, by nie upaść. Idea demokracji była fantazją, jeszcze przez autora nieuświadomioną, ale już doceniono rolę sejmu, wolnej elekcji, a nawet liberum veto. Ale przede wszystkim postulowano usprawnienie władzy centralnej, opartej na rządach i radach fachowców i sprawowanej kolegialnie. Dziś mamy koalicyjność zamiast kolegialności, fachowców zatrzęsienie, do tego partyjnych. Mamy też liberum veto, które pada zawsze wtedy, gdy pojawia się coś w niesmak rządzącym. A nie jest to głos wolny, wolność ubezpieczający...

henryk.martenka@angora.com.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje