Henryk Sławik - bohater zapomniany

Żydzi, czyli "Polacy wyznania katolickiego"

Reklama

Sławik masowo wyrabiał Żydom fałszywe papiery, czym ratował im życie. Węgierskiemu Centralnemu Urzędowi Kontroli Cudzoziemców (KEOKH) należało przedstawić dokumenty, na podstawie których legalizowano pobyt uciekinierów. Do KEOKH trafiały więc dokumenty czyniące z Żydów obywateli polskich wyznania katolickiego.

Sławik autoryzował je własnym podpisem. Na ich podstawie Antall - wtedy już nie tylko współpracownik Henryka, ale także jego przyjaciel - wystawiał stosowne dokumenty węgierskie. W ten sposób legalizowano pobyt uchodźców.

Jednak aryjskie papiery nie zawsze załatwiały sprawę. Dlatego Żydów, którzy chcieli walczyć, Sławik i współpracujący z nim Węgrzy przerzucali przez Bałkany do armii polskiej na Zachodzie. Innych, by nie rzucali się w oczy, wysyłali na prowincję.

Większość uchodźców stanowili żołnierze, których Komitet Obywatelski przerzucał do polskich armii formowanych we Francji, a później na Bliskim Wschodzie. W ten sposób do czerwca 1940 roku opuściło Węgry około 80 tysięcy osób, w tym 40 tysięcy żołnierzy i oficerów.

Nieustannie napływali jednak kolejni - ci, którzy nie zostali przerzuceni, trafiali do specjalnie tworzonych obozów dla uchodźców, resztę przygarniali do swoich domów Węgrzy.

Majstersztyk kamuflażu

Dramatyczny los spotykał zwłaszcza osierocone dzieci żydowskie, wyrzucane przez rodziców z transportów jadących do obozów zagłady. Właśnie dla nich Sławik i Antall stworzyli w 1943 roku specjalny sierociniec w miejscowości Vac.

By nie wzbudzać podejrzeń, placówkę nazwano Domem Sierot Polskich Oficerów. Wszystkim wychowankom i opiekunom (około setce) Sławik załatwił mocne aryjskie papiery. Gdy wokół sierocińca narosły podejrzenia, Henryk załatwił, by placówkę odwiedził Angello Rotty, nuncjusz apostolski.

Wychowankowie Domu przebywali w nim do maja 1944 roku. Niemiecka okupacja trwała już wtedy od dwóch miesięcy, dlatego zdecydowano o ich ewakuacji do Budapesztu. Tam trafiły do domów dziecka i domów prywatnych. Niektóre wysłano na wieś.

- Sierociniec był majstersztykiem kamuflażu i można by mu poświęcić odrębną opowieść. Dość powiedzieć, że mimo wkroczenia wojsk niemieckich na Węgry ani jedna z sierot nie wpadła w ręce hitlerowców, ani węgierskich faszystów - podkreśla Grzegorz Łubczyk.

"Dał nam drugie życie"

Po latach, realizując z Markiem Maldisem film dokumentalny "Henryk Sławik. Polski Wallenberg", Łubczyk dotarł do kilku wychowanków Domu Sierot Polskich Oficerów.

"Myślę sobie, że Bóg postanowił ocalić przynajmniej po jednym dziecku z każdej rodziny. Dlatego powstał sierociniec w Vacu, a nami zaopiekował się Jego Posłaniec. Był nim Sławik. I Antall również. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego dla nich tak ważne było to, co dla nas zrobili" - mówiła Cipora Lewawi, jedyna ocalała z całej swojej rodziny.

Tova Feldman z domu Gizia Steiner wyznała z kolei: "Pan Sławik dał nam jakby drugie życie. Jak nie pamiętać takiego człowieka?!".

Ze wzruszeniem wspominał przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego także Jakob Gurnfein, który jako Antoni Sobolewski studiował podczas wojny na Politechnice Budapeszteńskiej: "Tylko raz rozmawiałem ze Sławikiem, ale nigdy nie zapomnę tego spotkania. Wszystkim Żydom, którzy się do niego zgłosili, załatwił prawo pobytu na Węgrzech. Sławik traktował nas jak przyjaciel".

Honor nie pozwolił uciec

Ratując żydowskich uchodźców z Polski, Sławik musiał radzić sobie nie tylko ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, które groziłoby mu, gdyby konspiracja wyszła na jaw. Także w KO nie brakowało osób, które obawiały się, że dekonspiracja legalizacji Żydów może zagrozić nie tylko działalności samego Komitetu, ale przede wszystkim przerzutom do polskich sił zbrojnych. Polacy stanęli wówczas przed bardzo trudnym wyborem: czy dobro mniejszości może narażać interes większości?

Sławik nie cofnął jednak swojej decyzji, a jego nowy współpracownik - Henryk Zimmermann - nadal stemplował dokumenty polskich uchodźców. - Zimmermann był Żydem, prawnikiem po Uniwersytecie Jagiellońskim - opowiada Łubczyk. - W czasie wojny najpierw trafił do krakowskiego getta, a potem do obozu pracy w Bieżanowie. Udało mu się uciec, a polscy kurierzy przeprowadzili go do Budapesztu. Tam w ostatniej i najbardziej intensywnej fazie ratowania polskich Żydów, od jesieni 1943 do marca 1944 roku, był prawą ręką Sławika.

Z początkiem 1944 roku ryzyko rosło już z dnia na dzień. Wiadomo było, że hitlerowcy wkroczą na Węgry. Niewiadomą pozostawało jedynie, kiedy... Zimmermann postanowił uciekać. Sławik wystawił mu list polecający dla szefa analogicznej do KO organizacji w Bukareszcie. Żyd starał się namówić do tego samego swojego wybawiciela. Ten jednak odmówił - powiedział to samo, co później usłyszała też Krysia: "Nie mogę. Honor mi nie pozwala. Jestem za nich odpowiedzialny".

Niedługo potem Sławika aresztowano.

Dowiedz się więcej na temat: Życie | kara więzienia | honor | śmierć | Gestapo | medal | córka | współpraca | Niemcy | prezydent | książki | 1944 | Bohater | Węgry

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje