"Hrabina. Tragiczna historia Elżbiety Batory"

Oskarżana o czary, morderstwa młodych kobiet, a nawet kąpiele w ich krwi. Do dziś krążą legendy o jej wyjątkowym okrucieństwie wobec sług, a także licznych kochankach obojga płci. Czy Elżbieta była bestią wyzutą z ludzkich uczuć, brutalnie mordującą niewinne kobiety, aby zachować młodość? A może padła ofiarą politycznych rozgrywek? Zapraszamy do lektury i udziału w konkursie!

Jedenastoletnia Elżbieta, siostrzenica Stefana Batorego, opuszcza rodzinny dom i zostaje zmuszona do zaręczyn. Szybko musi odnaleźć się w roli żony i... kochanki. Sama wśród obcych, zabiega o ich względy, by przetrwać w świecie pełnym wyrafinowanych intryg, gry o władzę i przemocy. Osamotniona, oślepiona tęsknotą za nieodwzajemnioną miłością, poddaje się szalonemu złudzeniu, że przelana krew pomoże jej zdobyć władzę i posłuch. Setki młodych kobiet przybywają do zamku, by go już nigdy nie opuścić...

Reklama

"Hrabina. Tragiczna historia Elżbiety Batory" Rebeccy Johns (Wydawnictwo Pascal) to prawdziwa, napisana z rozmachem opowieść o Hrabinie z Siedmiogrodu, jednej z najbardziej inteligentnych i światłych kobiet swoich czasów.

Fragmenty:

Staliśmy w pokoju, w którym od niemal trzech lat spędzaliśmy razem noce. Jego słowa zawisły w powietrzu pomiędzy nami niczym dym ze zdmuchniętej świecy. Milczenie. Skoro tego chciał, obdarzę go nim z nawiązką. Stał przy drzwiach, czekając na moją reakcję, nie wiedząc, czy rzucę się na niego, czy też padnę mu u stop i zapłaczę. Znów porzucono mnie dla młodszej kobiety. Przyszło mi na myśl, żeby i jego zaprowadzić do lochu, wychłostać, pobić, ale który z moich służących miałby równać się z nim siłą? Na kim mogłam polegać poza Ficzko, który przy Istoku był karłem, i garstką starych kobiet?

Powiedziałam mu, żeby zaczął sobie szukać służby gdzie indziej. Nie ma już miejsca dla niego w moim domu. Chciał się odezwać, powiedzieć coś, czego później by żałował. Opanował się jednak, wyprostował głowę na szerokim jak u wołu karku i skierował się do wyjścia. Zostawił mnie, samą, nie trudząc się nawet, by zamknąć za sobą drzwi. Patrzyłam, jak odwraca się do mnie plecami, po czym usiadłam przy oknie, by patrzeć, jak odjeżdża. Po godzinie lub dwóch, kiedy to spakował się i osiodłał konia, usłyszałam stukot kopyt oddalający się od kastély, a potem zakazałam wymawiania jego imienia. Będzie tak, jakby Istok Soos, weselny lokaj, nigdy nie istniał.

Od Bożego Narodzenia minęły cztery dni. Zamknięte z katakumbach pod wzgórzem dziewczęta nadal odmawiały przyznania się do kradzieży. Kazałam Dorce i Ficzko łoić je batem kilka razy dziennie, aż nabiorą rozumu i poproszą mnie o wybaczenie. Mieli informować o postępach po każdej chłoście, ale na razie nie było nic do zaraportowania. Służące uparcie twierdziły, że nie zrobiły nic złego.

W noc po odejściu Istoka sama zagłębiłam się w mrok korytarzy łączących dom z lochami pod zamkiem. Były kamienne i mroczne, a ze sklepień zwieszały się białe nacieki, z których kapała woda. Mijałam małe wnęki, gdzie składowano zapasy wina i lód wycięty zimą z rzeki i zakopany w trocinach. Gdzieniegdzie białe odciski dłoni lub parę zapisanych słów dawały świadectwo historii tego miejsca i pomyślałam o kobietach wcześniej zamieszkujących ten dom, a także wszystkich, które przyjdą po mnie. Zapach ziemi i wilgoci przenikał ściany, niosąc z sobą również odór czegoś kwaśnego i zgniłego, jakby kamienie same ulegały procesowi zepsucia. Idący przodem Ficzko miał czasem kłopot z wybraniem właściwego spośród wielu korytarzy, z których niejeden kończył się ślepo. Kilka razy musiał się wycofać, aż wreszcie dałam mu po uszach, żeby pilnował, dokąd mnie prowadzi, bo nie miałam całej wieczności na błądzenie w ciemnościach. Potem poszło już gładko.

Po chwili trafiliśmy do pokoju, w którym związane dziewczęta przykute były do ściany. Trzymały się kurczowo za ręce, nagie i drżące z zimna, z odciskami dłoni na twarzach w miejscach, gdzie dosięgły je razy Dorki, Ilony Jo i Ficzko. Miały siniaki na pośladkach i na nadgarstkach, pod kajdanami. Podłoga była mokra, śmierdząca moczem i krwią. W przenikliwym chłodzie każdy oddech zamieniał się w obłoczek pary. W kątach leżała słoma, a kamienną posadzkę posypano popiołem, żeby wchłaniał wilgoć i smród istot żyjących w dużej bliskości - odór obory i sal porodowych. Zwierzęcy zapach, woń strachu. Pochodnia migotała, nadając całemu wnętrzu osobliwy, na poły tylko rzeczywisty wygląd.

Na mój widok przykute dziewczęta zaczęły jęczeć i zapewniać o swojej niewinności. Wołały, że nie są niczemu winne. Nie wzięły niczego, co do mnie należy. Błagały o litość, łaskę w imię boże. Gruba Doricza z wydatnym brzuchem i smugami zaschłej krwi na plecach szarpała łańcuchy i szlochała, próbując zakryć swoją nagość.

Wyjęłam Dorce bat z ręki. Doricza załkała i rzuciła błagalne spojrzenie Ficzko, ale chłopak mądrze zmilczał.

- Będziesz błagała o wybaczenie za kradzież, jakiej dokonałaś? - spytałam.

- Nie przywłaszczyłam sobie tacy, pani. Chodziło mi tylko o gruszki. Tacę odniosłabym z powrotem do kuchni, przysięgam.

Zaklinała się, że nie jest złodziejką, ale przecież na własne oczy widziałam tacę w jej pokoju.

- Kucharka sama podsunęła mi owoce - powiedziała.

Powiedziałam jej, że to właśnie kucharka pierwsza wysunęła oskarżenie.

Na to wybuchnęła płaczem.

- To nieprawda! - zaprzeczała. - Nigdy nie wzięłabym niczego, co do pani należy, przysięgam! Nie pamięta pani, jak pojechałyśmy do Becs razem z tą drugą dziewczyną, tą, która potem zmarła, i dała mi pani monetę w nagrodę za porządną pracę? Obiecała pani, że będę nagradzana. Miała mi pani znaleźć męża, a ja mieszkam tu od sześciu lat i nie słyszałam jeszcze o żadnym kandydacie. Złożyła pani mojej matce obietnicę, kiedy przyprowadziła mnie pod pani dach, a ja byłam zawsze lojalna i uprzejma w stosunku do pani.

- Było Boże Narodzenie i miałam ochotę na gruszkę. To wszystko. Tylko gruszkę. Byłam głodna, a ich nikt nie jadł. Dlaczego my nie miałyśmy się poczęstować?

- Gdybyś mnie poprosiła - wyjaśniłam - dałabym ci je.

- Spytałam! - rzekła. - Pytałam Istoka Soosa, czy możemy je wziąć. On na pewno to potwierdzi. Poprosiłam o zgodę, a on mi jej udzielił. Sam wręczył mi tacę, przysięgam.

- Istoka Soosa już tu nie ma - poinformowałam ją. - Wyjechał dziś rano. Wziął konia, a ciebie zostawił tu ze mną.

Jej płacz potoczył się echem po podziemnych kawernach, zarażając pozostałe dziewki, i znów rozległy się jęki, raniąc mi uszy. Od pierwszego dnia dziewczyna wykazywała się wyłącznie brakiem kompetencji i zaangażowania. Zarówno w Posteny, jak i w Becs marny był  niej pożytek. Nie mogłam pozwolić, żeby złodziejstwo i nieuczciwość opanowały mój dom, a w dodatku ta tutaj sypiała z Istokiem Soosem, którego musiałam odprawić. Po raz kolejny młodka - prostaczka, ladacznica - wkroczyła pomiędzy mnie a mężczyznę, który mnie kochał. Znów straciłam luksus uczucia i przyjemności dzielonej z kimś, komu ufałam, przez głupią niewykształconą gęś, bez urodzenia i wartości.

Jak we śnie uniosłam rękę i obsypałam dziewczynę razami. Jej grzbiet zamienił się w jedną wielką ranę, spod skóry zaczął wyłazić żółty tłuszcz. Podłoga była lepka, kleiło się do mnie ubranie. Ręce i twarz spływały mi krwią. W pokoju pociemniało, potem stała się jasność i znów zapadł mrok, a jedynym dźwiękiem, jaki huczał mi w uszach, było powolne bicie serca. Patrzyłam, jak kobiety poruszają ustami, wiedziałam, że coś mówią, o coś mnie błagają, ale nie docierała do mnie żadna treść. "Ocal mnie". Dziewczyna runęła do przodu i legła na ziemi jak zarżnięty świniak. Zapadła cisza.

Zza pleców dobiega mnie, jakby spod wody, czyjś płacz. Może to moje służące, a może przykute do ściany dziewki, oglądające oczami chłostę Doriczy. A może to z mojego gardła wyrywa się szloch. Dociera do mnie z oddali niczym dźwięk rogu, stukot kopyt. Winowajczyni leży na zimnych kamieniach naga, z zamkniętymi oczami, i myślę sobie, że pewnie jej zimno i że trzeba ją podnieść, zanim zamarznie, bo stanie się zupełnie bezużyteczna. Każę Ficzko rozciąć jej więzy, a Ilonie Jo opatrzyć rany. Mówię, że wokół pajęczyn w bród, trzeba zagnieść je z chlebem. Kobiety wymieniają spojrzenia. Ficzko schyla się i chwyta ciało pod pachami, ale jest większe od niego, i chłopak potyka się.

- Nie żyje - wyrokuje.

- Co takiego?

- Hrabino, ona umarła. Pajęczyna nic tu nie pomoże.

Ktoś za mną wybucha płaczem. Jest też drugi głos, wysoki, krzyczący - to jedna z przykutych dziewczyn.

- Škrata! - woła. - Wiedźma.

Wypluta przez nią ślina ląduje na moim policzku. Wściekłość. Biała, lodowata furia.

Podnoszę rękę i ciężka rączka bata - ołowiany walec owinięty skórzanymi paskami - uderza w głowę tej, która się odezwała, najbliżej mnie, tak brudnej, że nie rozpoznaję nawet jej tożsamości. Rozlega się trzask jak łupanie kamieni i pokój znów gaśnie, widzę ciemność. Jestem w niej sama, a potem z oddali wyłaniają się kolory, dźwięki i światło. Przede mną stoi dziewczyna i zanosi się płaczem. Na nosie ma krew, a z oczu leją się strumienie łez, żłobiąc ślady w brudzie pokrywającym jej twarz. Jest coś znajomego w tych oczach. Są zielone, rozmyte, jak kogoś, kogo znałam dawno temu. Chyba ją rozpoznaję. To kuzynka, przyjęta po otrzymaniu listu od jej matki, w którym opowiadała, że wszyscy młodzi mężczyźni w ich miasteczku zginęli w wojnie z Turkami. Odpisałam, że znajdę dziewczynie męża. Eva, tak, przypomina mi się. Eva Cziraky. Śliczne stworzonko o słodkim głosie i burzy złotych loków, zupełnie jak u kuzynki Griseldis przed laty. Jaka mała się wydaje, jaka przestraszona. Przez chwilę zastanawiam się, jak mijają jej dni, czy odczuwa lęk, gniew, litość, miłość? Jej twarz spływa krwią, kapie z podbródka, tworzy kałużę u stop. Nie wiem, skąd się bierze.

Słyszę podniesione głosy, szczekanie psów, ale wszystkie te dźwięki zlewają się w jeden odległy ryk, niczym dobiegający spod ziemi grzmot. Tętno uspokaja mi się, serce przestaje bić jak szalone. Mam wilgotną skórę. Jest na niej krew. Ktoś chwyta mnie za ramię, krzyczy coś do ucha. Nie słyszę, co mówią, nie rozpoznaję słów. Czyjaś szorstka ręka odwraca mi twarz i staję na wprost czerwonej gęby Ficzko, który nachyla się do mnie, wrzeszcząc. Nie dociera do mnie żaden dźwięk. Mam uszy pełne wody. Potrząsa mną raz, potem drugi, mocniej.

- Hrabino! - mówi z nagłością w głosie, która brzmi niemal jak strach. - Jest tu palatyn. Przyjechał po nas. Musimy uciekać albo czeka nas zły los.

Ciągnie mnie za ramię, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa, są wrośnięte w podłoże jak stare drzewa, które zapuściły korzenie głęboko pod ziemią Csejthe, mojego domu.

Po chwili Ficzko znika w mroku tuneli, którymi przyszliśmy, biegnie w kierunku domu, gdzie ludzie palatyna już na niego czekają. Z váru nad nami słychać głosy, głębokie, stłumione, a także krzyki moich służących i wrzaski dziewcząt w celi, w której stoję. Wkoło unosi się zapach śmierci. Nigdy nie czułam się tak samotna.

KONKURS

Regulamin konkursu "Hrabina. Tragiczna historia Elżbiety Batory"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje