In vitro: Skandaliczny poziom debaty. "To odbija się na dzieciach"

Senat przyjął bez poprawek ustawę o leczeniu niepłodności potocznie nazywaną ustawą o in vitro. Głosowanie poprzedziła długa debata, którą wielu oglądało z niesmakiem, słysząc pozbawione merytoryczności wypowiedzi senatorów. - To skandal, że dzieci, które urodziły się dzięki metodzie in vitro, słuchają podobnych słów i rzeczywiście zaraz nabawią się syndromu nie "ocaleńca", tylko "trwałej ofiary polskiej debaty" - komentuje dla Interii prezes Stowarzyszenia Nasz Bocian Anna Krawczak.

Ustawa od samego początku wzbudza liczne kontrowersje. Nawet zwolennicy jej przyjęcia wskazują na niejasności i błędy, jakie ich zdaniem dokument zawiera. Nad kształtem ustawy długo debatowali sami senatorowie. Niestety ważne kwestie, które wymagają zmian, jak choćby anonimowe dawstwo przykryły wypowiedzi polityków, obnażające brak elementarnej wiedzy w sprawie, która wpłynie na życie setek rodzin.

Reklama

Anna Krawczak - Przewodnicząca Zarządu Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji Nasz Bocian przyznaje w rozmowie z Interią, że jest zażenowana poziomem wiedzy, a raczej jej brakiem w przypadku wielu senatorów. Pytamy ją, o kilka kwestii, których rozstrzygnięcia próbowano dochodzić w Senacie.

Czelej pomylił bezpłodność z niepłodnością

Pierwsza z nich - dziedziczenie bezpłodności - w roli głównej senator Grzegorz Czelej. Czy dzieci osób bezpłodnych przenoszą bezpłodność? Czy są na ten temat statystyki? - pytał podczas debaty.

- Pan senator powinien najpierw zajrzeć do słownika i przeczytać definicję niepłodności i bezpłodności - wskazuje Anna Krawczak. - Bezpłodność jest trwałą nieusuwalną przeszkodą, najczęściej anatomiczną, która prowadzi do całkowitej niepłodności. Osoba bezpłodna nie może mieć dzieci bez względu na to, czy medycyna jej pomoże czy nie. Bezpłodność to np. całkowity brak jajowodów, macicy, brak plemników w nasieniu. Ludzie bezpłodni zostają rodzicami, ale nie genetycznymi. Mężczyzna nie mający plemników w nasieniu może skorzystać z banku nasienia, natomiast kobieta, która nie jajeczkuje, może skorzystać z komórki jajowej dawczyni. Tym samym nie przekazują swoich cech genetycznych, ale cechy płodnych dawców i dawczyń. Osoba bezpłodna nie może przekazać dziecku tej bezpłodności, gdyż potomek, geny odziedziczy po dawcy - tłumaczy w rozmowie z Interią Krawczak.

- Z kolei niepłodność to ograniczenie trwałe lub czasowe zdolności do prokreacji, które można ominąć za pomocą medycyny np. pobrać komórki i zapłodnić je na szkle, a potem je transferować do macicy. Jeśli właśnie niepłodność miał na myśli pan senator, to rzeczywiście istnieją publikacje naukowe, które mówią, że stosowanie metody ICSI - docytoplazmatycznej iniekcji do środka komórki jajowej (plemnik zostaje wprowadzony pipetką do komórki jajowej, normalna metoda to taka, gdy komórka jajowa jest otaczana plemnikami, a one przedzierają się same - red.) może być w większym stopniu narażone na niepłodność męską.

Próba dokonania selekcji?

- Tak więc mężczyzna, który ma plemniki, ale ma ich mało, może swoją niepłodność przekazywać w linii męskiej. Jednak metoda ICSI przeznaczona jest dla wąskiej grupy, ciężkich przypadków męskiej niepłodności.

Tu rodzi się zasadnicze pytanie, czy etyczniej będzie - mając świadomość, że nasz syn potencjalnie może być niepłodny - nie pozwolić mu się narodzić, czy jednak dać mu taką szansę?

- Proszę zauważyć, że jest wiele chorób przekazywanych genetycznie. Każdy z nas ma w rodzinie osoby cierpiące na nowotwory, choroby układu krążenia, serca, niewydolność nerek, cukrzycę itd. Czy w związku z tym, nie mamy moralnego prawa rozmnożenia się, jeżeli istnieje ryzyko, że taką chorobę możemy przekazać potomstwu?  - pyta nasza rozmówczyni.

"Syndrom trwałej ofiary polskiej debaty"

O ile wypowiedź posła Czeleja mogła wynikać z pomyłki, o tyle senator Czesław Ryszka powoływał się na syndrom, nieznany szerzej środowisku naukowemu. "Osoba urodzona w wyniku metody in vitro ma bardzo głębokie... ma poważne problemy psychologiczne - ma poczucie, że na drodze do jej urodzenia, do jej powstania wiele jej braci i sióstr uległo destrukcji, ewentualnie jest gdzieś zamrożonych i nigdy nie będzie możliwości ich adopcji?" - mówił w Senacie. Zjawisko to określił mianem "syndromu ocaleńca".

- Skandaliczne jest, że dzieci, które urodziły się dzięki metodzie in vitro słuchają tych słów i rzeczywiście zaraz nabawią się syndromu nie "ocaleńca", tylko trwałej ofiary polskiej debaty - nie ukrywa wzburzenia prezes Stowarzyszenia Nasz Bocian.

- Jeśli, ktoś, z wyżyn mównic sejmowych, powtarza komuś, urodzonemu dzięki tej metodzie, że powinien mieć takie problemy i jest osobą narażoną na ryzyko - to  taki człowiek po pewnym czasie jest rzeczywiście narażony, ale na depresję. Nie dlatego, że pochodzi z in vitro, ale dlatego, że musiał słuchać podobnej debaty posłów i senatorów - mówi nasza rozmówczyni.

- Sama jestem matką dzieci urodzonych z in vitro i kiedy słucham takich słów, coraz częściej myślę o emigracji. Nie pozwolę, by moje dzieci były narażane na nieustające poniżanie i wmawianie problemów, których nie mają - dodaje.

"Krótkogłowie, małogłowie, nadmierna waga"

Niepokój wśród senatorów budziło również, podwyższone ryzyko występowania wad populacyjnych. Senator Andrzej Matusiewicz wskazywał. - Są całe zespoły takich wad. Mają one różne nazwy, od nazwisk lekarzy: zespół Angelmana, zespół Beckwitha, zespół Russella-Silvera i inne. Chodzi tutaj przede wszystkim o hipotonię, to jest obniżenie napięcia mięśniowego, krótkogłowie, małogłowie, nadmierną wagę, skrajną otyłość, niedorozwój narządów płciowych i wiele innych - mówił.

- Potomstwo osób niepłodnych jest narażone na niezbyt podwyższone ryzyko występowania wad populacyjnych, jednak nie ma to związku z metodą in vitro, ale z samą niepłodnością - tłumaczy Krawczak.

Ekspertka zwraca uwagę, że kobiety, które zgłaszają się do ośrodków leczenia niepłodności, są zazwyczaj w wieku starszym, niż średnia pierworódek. Ponieważ same próby zdiagnozowania niepłodności czy wyleczenia jej innymi metodami to proces, który zajmuje wiele czasu.

- Problem w tym, że jakiejkolwiek metody byśmy nie użyli: in vitro, inseminacji, naprotechnologii  - ryzyko wystąpienia tych wad jest takie samo i mamy na to badania - twierdzi.

- W przypadku populacji płodnej, odsetek wad wrodzonych u dzieci wynosi  1-2 procent, w przypadku dzieci urodzonych parom niepłodnym odsetek wynosi 2-3 procent - dodaje.

Istnieje ryzyko kazirodztwa?

W przyjętej przez Senat ustawie, najwięcej wątpliwości budzi możliwość tworzenia nadliczbowych zarodków i zapisy o anonimowości dawcy. Zdaniem mec. Krzysztofa Dorosińskiego, prawnika z Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, konsekwencja tego (anonimowości dawców - red.) jest bardzo prosta. - Brak możliwości poznania swojej tożsamości biologicznej, czyli brak wiedzy na temat tego, kto jest biologiczną matką a kto ojcem, rodzi niebezpieczeństwo nawiązania w przyszłości związków kazirodczych, bo nie ma się informacji o potencjalnym rodzeństwie - wskazuje.

Innego zdania jest Anna Krawczak. Uważa, że ryzyko wchodzenia w związki kazirodcze może mieć miejsce jedynie teraz, kiedy nie mamy kontroli nad rynkiem i nie wiemy, ile potomstwa ma jeden dawca. - Jeżeli zaczynamy to kontrolować i ustalamy, że jeden dawca może mieć troje czy nawet dziesięcioro dzieci - w przypadku całej polskiej populacji, która liczy 38 mln osób - takie ryzyko prawie nie istnieje. Gdyby tak było, mielibyśmy o wiele więcej związków kazirodczych dzieci pochodzących ze związków pozamałżeńskich, bo jest to zjawisko o wiele częstsze, niż samo dawstwo. Ten argument przemawia do emocji, ale nie broni się naukowo - mówi.

Ustawa łamie Konwencję Praw Dziecka

Jak wskazuje, istotny problem jest inny. - Ustawa w obecnym kształcie łamie Konwencję Praw Dziecka, która mówi o tym, że każde dziecko ma prawo do wiedzy o swojej tożsamości. Tu, ustawodawca zastrzega, że to prawo zostanie zablokowane i dzieci nigdy nie będą mogły dowiedzieć się, kim był dawca - wyjaśnia.

Tymczasem porządki legislacyjne krajów europejskich poszły w zupełnie innym kierunku. - Zaczynamy być w mniejszości państw, które nakazują anonimowe dawstwo.  Wszędzie jest ono otwierane dlatego, że dzieci pochodzące z in vitro zakładały procesy, które wygrywały - wskazuje.  

- Dzieci pochodzące z in vitro chcą wiedzieć, kto był dawcą, nie dlatego, żeby szukać ojca czy matki, bo mają rodziców.  One chcą poznać swoją tożsamość, dowiedzieć się , jak nazywała się osoba, od której otrzymał gamety, dlaczego to zrobiła i czy ma inne dzieci. Ludzie, którzy się urodzili z dawstwa gamet, chcą wiedzieć, czy mają rodzeństwo, i co więcej, nawiązują z tym rodzeństwem kontakt. To jest ogromny ruch na świecie.  Ponad kilkadziesiąt tysięcy braci i sióstr, którzy szukali się na podstawie podobnego DNA, skojarzono przez internet.

Jak mówi, pacjenci polscy bardzo często wybierają duński bank nasienia, tylko dlatego, że tam można otrzymać nasienie dawcy nieanonimowego.

- Ta refleksja społeczna została kompletnie zignorowana przez legislatora, dlatego, że ustawa jest pisana głównie przez lekarzy, nieczułych na te kwestie. Państwo decyduje obligatoryjnie - co jest ważne dla obywateli, a co nie. W przypadku adopcji dziecko ma takie prawo, by poznać rodziców, jeśli chce. Ustawa o leczeniu niepłodności w obecnym kształcie to prawo odbiera.

Zapisy ustawy

Ustawa przyjęta przez Senat, daje prawo do korzystania z metody in vitro małżeństwom i osobom we wspólnym pożyciu, potwierdzonym zgodnym oświadczeniem. Leczenie niepłodności tą metodą zostanie podjęte po wyczerpaniu innych metod leczenia, prowadzonych przez co najmniej 12 miesięcy. Ustawa zezwala na dawstwo zarodków, zabrania zaś ich tworzenia w celach innych niż pozaustrojowe zapłodnienie. Zakazuje też niszczenia zarodków zdolnych do prawidłowego rozwoju - grozić będzie za to kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 5.

Za jej przyjęciem opowiedziało się 46 senatorów, 43 było przeciw, 4 wstrzymało się od głosu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje