Irakijczycy obaleni przez USA w służbie dżihadu

Co sprawiło, że dżihadyści z Państwa Islamskiego rośli w siłę i dziś mogą terroryzować mieszkańców Bliskiego Wschodu? Czy naloty prowadzone przez USA i siły koalicji to wystarczający sposób na zatrzymanie ekspansji islamistów? M.in. na te pytania w rozmowie z Interią odpowiada prof. nadzw. dr hab. Marcin Lasoń z Wydziału Nauk o Bezpieczeństwie Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.

Dariusz Jaroń, Interia: Kierowane przez USA siły koalicyjne próbują nalotami zatrzymać ofensywę Państwa Islamskiego. To dobry sposób na dżihadystów?

Reklama

Prof. nadzw. dr hab. Marcin Lasoń: Doświadczenia z konfliktami w XXI wieku wskazują, że samą interwencją zbrojną rozwiązać się ich nie da. Ogólniej powiedzmy, że siła nie jest wystarczającym argumentem, który pozwala na zapewnienie pokoju międzynarodowego. Zwykle podawany jest jeszcze jeden niezbędny do tego instrument - dyplomacja. Dopiero stosowane oba na raz mogą być skuteczne, jeśli za miarę skuteczności uznamy zapewnienie bezpieczeństwa, zarówno państwom, jak i narodom.

Sytuacja na Bliskim Wschodzie pokazuje, że zastosowanie wyłącznie siły przynosi efekty inne od zamierzonych...

- Wróćmy do wydarzeń z 11 września 2001 roku i związanym z nimi wypowiedzeniem tzw. "wojny ze światowym terroryzmem". Amerykanie zdecydowali, że siła wystarczy by tę wojnę wygrać, a także przynieść pokój i warunki do realizacji własnych interesów na kolejne lata. Myśleli, że dysponują unikalnymi możliwościami wojskowymi, bo faktycznie tak jest, ale ich siła miała być tak duża, że pozwalałaby na szybkie i skuteczne interwencje zbrojne, które nie tylko przyniosłyby rozwiązanie problemów, ale i odbyłyby się przy wyjątkowo małych stratach własnych. Wojna w Iraku dość szybko pokazała, że to założenie było błędne.

Sama interwencja USA w Zatoce Perskiej była dość krótka.

-  Owszem, wojna wygrana została szybko, ale okres stabilizacji, kiedy USA występowały jako państwo okupacyjne, przekonał, że amerykańskie siły zbrojne nie są przygotowane do wypełniania zadań z tym związanych. Dlatego liczba ofiar po stronie USA zaczęła gwałtownie rosnąć.

Co miało największy wpływ na to, że sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli?

- Przede wszystkim brak planu politycznego na to, jak postępować z Irakiem po obaleniu dyktatury Saddama Husajna. Rażącym błędem było rozwiązanie irackiej armii i stworzenie w ten sposób legionu ochotników pozbawionych pracy, którzy garnęli się do działań przeciwko siłom międzynarodowym (szerzej było to elementem tzw. debaasyfikacji, robionej na wzór denazyfikacji w Niemczech po II wojny światowej). Wielu z nich służy dzisiaj siłom Państwa Islamskiego. Trzeba też wspomnieć o niewiedzy dotyczącej lokalnych uwarunkowań etnicznych i religijnych, a także o ignorancji Amerykanów.

Amerykanie wyciągali wnioski ze swoich błędów?

- Oczywiście, uczyli się na nich, wprowadzali nowe strategie, zwiększali liczbę zaangażowanych żołnierzy, poprawiali ich wyszkolenie. Sięgali też po rozwiązania polityczne, rozmawiając i przeciągając na swoją stronę wcześniejszych przeciwników.

Przyniosło to oczekiwane rezultaty?

- Tak, między innymi dlatego Barack Obama mógł obiecać, że wycofa wojska z Iraku, bo mógł zostawić ten kraj bezpiecznym, a przy tym ogłosić sukces amerykańskiej polityki. Dodatkowo mieszkańcom USA i swoim wyborcom mógł dać przekonanie, że potrafi zakończyć wojnę, która przyniosła im dużo cierpień i wydatków.

USA i siły koalicyjne opuściły Irak w grudniu 2011 roku. Jak historia oceniła tę decyzję?

- Okazało się, że pozostawiony Irak nie był gotowy na to, co go czekało. Sytuacja polityczna była niestabilna. Rządzący szyici nie dopuszczali do głosu sunnickiej mniejszości. Co więcej, premier Nuri al Maliki oskarżany był nawet o chęć powrotu do formy rządów Husajna, zatem do dyktatury, tym razem jednak większości, a nie mniejszości. Wspomnijmy przy tym, że sprawowanie przez niego urzędu było pewnego rodzaju porażką Amerykanów, a sukcesem Irańczyków. Dodając do tego kulejąca demokrację otrzymujemy obraz, w którym trudno mówić o sukcesie interwencji zbrojnej USA i ich sojuszników w Iraku.

Co działo się w Iraku po wycofaniu wojsk koalicji? Jak doszło do tego, że tak mocną pozycję zdobyło na tych terenach Państwo Islamskie?

- Po wycofaniu się wojsk USA zwiększyła się rywalizacja o władzę, a zatem i liczba zamachów na terenie Iraku. W 2013 roku osiągnęły one rozmiar taki, jaki miały w bardzo trudnych latach 2006-2007, czyli podczas obecności sił międzynarodowych i walk między szyitami i sunnitami oraz z siłami międzynarodowymi. Pokazało to, że stworzone z takim wysiłkiem irackie siły bezpieczeństwa są nieskuteczne, co ostatecznie potwierdziła ofensywa Państwa Islamskiego w 2014 roku. Weszło ono po prostu w próżnię bezpieczeństwa, jaka powstała na terytorium Iraku, którego władze w znacznej części nie kontrolowały.

Kto poparł islamistów?

- Sunnici, którzy nie uznawali rządu w Bagdadzie, co już wcześniej pokazali sunniccy parlamentarzyści składając mandaty. Dodatkowo atakowany region był w bardzo trudnej sytuacji społeczno-ekonomicznej (np. wysokie bezrobocie). Dzięki wsparciu sunnitów islamiści mogli szybko opanowywać teren, czemu sprzyjała również postawa irackiej armii. Część żołnierzy uciekła bowiem z pola walki. Zwyciężała u nich lojalność nie wobec swojego państwa, a poszczególnych grup, do których się zaliczali. Dodajmy jeszcze, że wielu dowodzących siłami Państwa Islamskiego jest byłymi oficerami armii irackiej, którzy stracili pracę po rozwiązaniu armii przez USA i nie przeszli weryfikacji. W efekcie Irak jest dziś podzielony na trzy części - rządzoną formalnie przez Bagdad, kurdyjską i Państwa Islamskiego.

Powszechnie mówimy o Państwie Islamskim działającym w Syrii i Iraku. Jaki wpływ na obecny kształt tzw. kalifatu miały wydarzenia w Syrii?

- Ten wpływ okazał się kluczowy. Państwo Islamskie nie mogłoby podjąć ofensywy i wykorzystać wspomnianej próżni bezpieczeństwa, gdyby nie wojna domowa w Syrii. To ona doprowadziła do renesansu ruchu islamistów, który przeżywał trudne chwile po działaniach Amerykanów w Iraku. Tam przedostawali się ci, którzy wcześniej walczyli w Iraku i odbudowywali struktury i potencjał działania, który pozwolił im na powrót do Iraku, czyli na swój teren. Okazało się, że wybuch wojny domowej w Syrii, niemoc organizacji międzynarodowych i postawienie przez Zachód na obalenie Baszara al-Asada poprzez wsparcie jego wrogów obróciło się na niekorzyść tegoż Zachodu. Po raz kolejny społeczność zachodnia, a przede wszystkim USA, przekonały się, że ci, którym pomagają mogą stać się śmiertelnymi wrogami, jak np. miało to miejsce w przypadku afgańskim.

Pozostawienie Irakijczyków samych sobie i następstwa tej decyzji spowodowały, że siły koalicyjne inaczej podchodzą do Afganistanu? Wkrótce tamtejsza misja dobiegnie końca.

- Tak, między innymi dlatego po wycofaniu sił międzynarodowych, co nastąpi jeszcze w 2014 roku, w Afganistanie będzie działała misja szkoleniowa licząca nieco ponad 10 tysięcy żołnierzy, w tym kontyngent z Polski. Ma to zapobiec powtórce z historii, chociaż nie wiadomo czy pozostawione siły będą w stanie ten cel osiągnąć.

Na koniec wróćmy jeszcze do nalotów na dżihadystów i, mając w pamięci wnioski z interwencji w Iraku, pytania o skuteczność nalotów...

- Trudno mieć nadzieję, że okaże się to skutecznym środkiem. Ktoś będzie musiał wziąć się za poważne działanie na lądzie. To muszą być siły wygenerowane politycznie poprzez skuteczną współpracę z nowym premierem irackiego rządu, trudno bowiem sobie wyobrazić alternatywę i kooperację Zachodu z reżimem Asada. Wszystko jest jednak możliwe, jeśli weźmie się pod uwagę, że z Państwem Islamskim walczy także Hezbollah, którego za przyjaciela Zachodu nie sposób uważać.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy