Jak bezpieka tworzyła tajne archiwa? "Nie dało się do końca wyczyścić śladów agenta"

- Wolno przypuszczać, że takich szaf, kryjących dokumenty z czasów PRL, może być niemal tyle, ilu generałów czy wysokich oficerów bezpieki - mówi dr hab. Henryk Głębocki, odnosząc się do przejętych przez IPN w domu gen. Kiszczaka akt. Jak podkreśla rozmówca Interii, "to nie są prywatne, sentymentalne pamiątki specjalistów od wyrywania paznokci".

W poniedziałek zostaną upublicznione dokumenty, dotyczące "TW Bolka", a przeszłość byłego prezydenta Lecha Wałęsy od dawna wywołuje gorącą dyskusję. O tym, jak działała Służba Bezpieczeństwa w PRL, w jaki sposób tworzono akta tajnych współpracowników, a także o metodach badania dokumentów z okresu komunizmu mówi w rozmowie z Interią dr hab. Henryk Głębocki, historyk IPN, badacz dziejów PRL, ruchów opozycyjnych a także komunistycznego aparatu represji.

Reklama

Justyna Tomaszewska, Interia: Na podstawie pana doświadczenia w badaniu metod, struktur i mechanizmów działania komunistycznych służb, czy jest możliwe, że dokumenty zabezpieczone w domu gen. Kiszczaka, były sfałszowane?

Dr hab. Henryk Głębocki: - Ten wątek pojawia się nieustannie i na takie pytanie każdy historyk, z powodu zwyczajnej ostrożności, która jest typowa dla naszego fachu - odpowie, że oczywiście, teoretycznie, zawsze istnieje możliwość natrafienia na dokument sfałszowany.

- Ale dlatego właśnie w badaniach historycznych tak rozwinęła się tzw. krytyka źródeł, żeby potrafić ustalać poprzez ocenę cech zewnętrznych dokumentów ich autentyczność, pochodzenie, okoliczności i czas powstania, a przez tzw. krytykę wewnętrzną prawdziwość zawartych w nich informacji. IPN jest instytucją wyspecjalizowaną w badaniach nad tak specyficznymi źródłami komunistycznego aparatu represji, a z tych względów jego archiwiści są najbardziej kompetentni do takich analiz.

- Badacze XX wieku korzystają z metod wypracowanych i sprawdzonych w praktyce przez całe pokolenia historyków i archiwistów. Sama zaś wiedza na temat źródeł i metodologii tzw. krytyki to podstawowy, elementarny wręcz zakres wiedzy historyka, którą zdobywa od pierwszych lat studiów.

Czym charakteryzują się dokumenty z okresu PRL?

- Specyfika dokumentów, wytwarzanych przez aparat  państw totalitarnych, albo mających cechy totalitarne - tak jak PRL, to m.in. zamknięty, tajny obieg ważniejszych informacji. To powodowało, że odwieczny problem fałszowania czy podrabiania dokumentów miał tu swoją specyfikę. 

- Służby, tworzące twarde jądro systemu, nie czuły potrzeby oszukiwania samych siebie. Pamiętajmy, że PRL była państwem policyjnym. Elity polityczne, jak sam mogłem to stwierdzić, wolały nawet sprawozdania policyjne jako wierniej oddające rzeczywistość czy zagrożenia, niż optymistyczne raporty administracji czy instancji partyjnych, którym nie dowierzano.

Nie fałszowano teczek?

- Od początku debaty publicznej na temat otwarcia archiwów tajnej komunistycznej policji politycznej ich przeciwnicy forsowali karkołomną tezę o zupełnej niewiarygodności tej dokumentacji, jeśli nie w całości sfałszowanej, to właśnie wytwarzanej w sposób, który odbiera jej wiarygodność.

- Tymczasem kilkanaście lat badań nad tymi archiwami, tysiące publikacji a także doświadczenie podobnych dokumentacji z innych krajów komunistycznych świadczą, iż akta te nie różnią się zasadniczo co do ich wiarygodności od archiwów policji politycznych, które badano wcześniej. W moim przypadku były to akta NKWD czy tajnej rosyjskie policji politycznej wieku XIX.

- Na podstawie własnego doświadczenia i kilkunastu już lat badań nad archiwami przyznam, że nie znalazłem jak dotąd żadnej sfałszowanej czy podrobionej teczki. Co, oczywiście, nie znaczy, że coś takiego nie mogło się zdarzyć, było jednak rzadkością.

- Jeśli dowiadujemy się, że coś zostało podrobione, to wiemy o tym z tych samych archiwów byłej SB, choć z innego rodzaju akt. Jeśli  fałszowano - to na rozkaz. Tak było też w przypadku dokumentacji dotyczącej Lecha Wałęsy, gdy próbowano fałszywie przedłużyć okres jego współpracy z SB, co dokładnie opisali autorzy pierwszej książki poświęconej sprawie związków L. Wałęsy z SB, prof. Sławomir Cenckiewicz i dr Piotr Gontarczyk ("SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii", wyd. IPN, Warszawa 2008 - przyp. red.). Jesteśmy im winni wdzięczność i szacunek nie tylko za żmudną, ogromną wykonaną pracę. Także za odwagę cywilną, jeśli przypomnimy prawdziwą kampanię nienawiści pod ich adresem i IPN, który tę książkę wydał.

W szafach generałów i innych prominentnych działaczy z czasów PRL również mogą się znajdować ważne dokumenty? 

- To sytuacja jak ze znanej powieści fantasy S. C.  Lewisa, "Lew, czarownica i stara szafa". Stare szafy generałów mogą być swoistym portalem, pozwalającym przenieść się do przeszłości i  jej tajemnic. Po ujawnieniu przez wdowę po gen. Kiszczaku dokumentów, te istniejące od dawna przypuszczenia zostały właśnie potwierdzone.

- To nie było odkrycie, ale właśnie ujawnienie - nikt dotąd nie ośmielił się sam zapytać, co szef bezpieki ma w szafach. Powszechnie przypuszczano, iż generał musi mieć bogate archiwum. Tym bardziej, że co jakiś czasy wydobywał z niego zdjęcia czy fragmenty filmów emitowanych następnie w stacjach telewizyjnych.

To przypadek bez precedensu?

- Bezprecedensowy na pewno w Polsce. I nie wynika to z faktu, że to jedyna tego rodzaju szafa. Po prostu nikt z tych, którzy mieli władzę, by o takie dokumenty pytać, wcześniej tego nie zrobił. Wszelkie dokumenty instytucji państwa komunistycznego, dotyczące tego okresu, powinny zgodnie z prawem trafić do archiwów. To właśnie m.in. w tym celu powstał IPN. To nie są przecież prywatne, sentymentalne pamiątki specjalistów od wyrywania paznokci, szkolonych przez "manikiurzystów" z KGB i GRU na kursach w Moskwie...

- Wolno przypuszczać, że takich  szaf może być niemal tyle, ilu generałów czy wysokich oficerów bezpieki. Niemal każdy funkcjonariusz potencjalnie mógł sprywatyzować jakiś fragment  archiwów w czasie bezkarnego ich niszczenia w końcu lat 80. XX w.  Wystarczyło zapytać gen. Kiszczaka i jego podkomendnych, czy posiadają jakieś dokumenty. Gdyby powiedzieliby, że nie, takie oświadczenie mogłoby być później wykorzystane w ewentualnym dochodzeniu ws. ukrywania  dokumentów.

Wiele osób wyraża wątpliwości, czy tak krótki czas wystarczył, by potwierdzić autentyczność przejętych przez IPN dokumentów. Jakie w takich przypadkach stosuje się mechanizmy?

- Nie mogę oceniać dokumentów, których nie widziałem. Trudno mi też określić czas potrzebny do przeprowadzenia ekspertyz grafologicznych. Jednak znacznie szybciej mogą określić, przynajmniej wstępnie, autentyczność dokumentów kompetentni archiwiści, od lat zajmujący się tego rodzaju aktami. Tym bardziej, że sprawę wzięło na siebie kierownictwo Instytutu Pamięci Narodowej, w którym pracują najlepsi znawcy archiwów b. SB.

- W takim przypadku, przy ocenienie wiarygodności dokumentów bierze się pod uwagę cechy zewnętrzne, m.in. poprzez  zbadanie materiału, jak stary jest papier, czy jakiego rodzaju atramentu użyto. Ważne są też wszystkie elementy, dotyczące obiegu służbowego: pieczątki, rejestracje, spisy, paginacja, to jest numeracja stron, nieraz wielokrotnie zmieniania. Ponadto zbadanie zawartości dokumentów pomaga zweryfikować ich autentyczność przez porównanie z już znanymi aktami, relacjami świadków itp.

- Historyk dokonuje tego na własną odpowiedzialność, na podstawie wiedzy oraz doświadczenia.  

- Oczywiście, może się zdarzyć, że odnajdziemy autentyczny dokument, który zawiera jednak nieprawdziwe lub przekręcone informacje. Na przykład pomylone nazwiska, daty, przebieg wydarzeń. Proszę jednak pamiętać, że dotyczy to całości postrzeganej rzeczywistości, którą utrwalamy w zapisach tak prywatnych jak urzędowych.

- Tymczasem policja polityczna musiała być nieraz bardziej dokładna, sama siebie kontrolując. W tym celu powołano specjalne piony kontrwywiadowcze, które sprawdzały własne struktury. Panowała podległość służbowa i dyscyplina, a konfabulacje, niedokładność, nadużycia były surowo oceniane i karane. By wykluczyć rejestrowanie "martwych dusz" i  defraudowanie tzw. funduszu operacyjnego na działalność agentury, przeprowadzano odgórne kontrole, a nawet spotkania sprawdzające osobowe źródła informacji.

Prezes Łukasz Kamiński poinformował o "dwóch teczkach TW <Bolka>".

- Z oświadczenia prezesa IPN wynika, że odnaleziono teczkę pracy i teczkę personalną TW  ps. "Bolek", tzn. najważniejszą część dokumentacji do tej sprawy, prócz zapisów ewidencji operacyjnej.  

- W przypadku tajnych współpracowników - to bardzo ważna okoliczność - zawsze zakładano te dwie teczki. Ta pierwsza zawierała informacje dotyczące samej zwerbowanej osoby, z podpisanym zobowiązaniem do współpracy i pokwitowaniem odebranych pieniędzy.

- Dużo ciekawsza, wbrew pozorom, bywa teczka pracy, obejmująca czasem kilka tomów, zależnie od długości współpracy z SB. Tam zamieszczano oryginały wszystkich donosów, zwykle podpisywanych, często były one pisane odręcznie. Zawartość doniesień nieraz przepisywano i przekazywano dalej, w zależności od potrzeb, do innych działań i spraw operacyjnych, gdzie krążyły one w strukturach policji politycznej. Z tego powodu nawet po spaleniu oryginalnej teczki nie dało się zupełnie wyczyścić śladów działalności danego agenta. Można je więc odnaleźć gdzieś wśród innych spraw, w postaci kopii albo odpisów meldunków. Znam dobrze ten mechanizm z własnych badań. [...]

- W latach 80. i 90. ub. wieku palono właśnie oryginalne teczki. Dlatego praca historyków komunistycznego aparatu represji, polega dzisiaj często na odtwarzaniu wydarzeń m.in. poprzez korzystanie z kopii takich  meldunków, co trochę przypomina układanie puzzli. Odnalezienie oryginalnych, niezniszczonych teczek pozwala bardziej jednoznacznie opisać i ocenić dany przypadek. Podobnie było  w sprawie uwikłań L Wałęsy. Autorzy fundamentalnej pracy - S. Cenckiewicz i P. Gontarczyk - po benedyktyńskiej kwerendzie archiwalnej, doszli do ustaleń na postawie rozproszonych materiałów, w dużej części kopii, których nie udało się służbom zniszczyć.

Lech Wałęsa zaprzecza doniesieniom IPN.

- Nie znam historyka - nawet wśród tych, którzy krytykowali  Cenckiewicza i Gontarczyka, który kwestionowałby to, że Wałęsa uwikłany był w kontakty z bezpieką na początku lat 70. XX wieku.

- Spór dotyczył skali współpracy, jej długości, zakresu i konsekwencji. Do tej pory nikt z naukowców nie forsował też tezy o wymyśleniu i zafałszowaniu całej tej historii. Twierdził tak jedynie sam Wałęsa i niektórzy jego obrońcy, nieustanie zmieniając wersję i w żenujący sposób plącząc się coraz bardziej.

Rozmawiała Justyna Tomaszewska



Dr hab. Henryk Głębocki - wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim, równocześnie pracuje  w krakowskim oddziale IPN.  Zajmuje się  historią  imperium rosyjskiego i sowieckiego oraz PRL, dziejami  ruchów opozycyjnych a także komunistycznego aparatu represji. Autor lub współautor kilkunastu książek, m.in. Policji tajnej przy robocie: z dziejów państwa policyjnego w PRL (2005). Ostatnio opublikował (wspólnie  z Marcinem Kasprzyckim): Niezależne Zrzeszenie Studentów w Krakowie w latach 1980-1990. Wybór dokumentów, tom 1, 1980-1981,  Kraków 2014. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy