Jakub Żulczyk: Nikomu nie wygrażam biblijnym paluchem

- Jedni traktują moje książki jako czystą rozrywkę, inni znajdują w nich drogowskazy, jak żyć. To pierwsze jest miłe, drugie wzbudza we mnie poczucie odpowiedzialności, ale też nadaje mojemu życiu jakiś miły sens - o głośnej powieści "Ślepnąc od świateł", siłowaniu się z własnymi uzależnieniami, punktem zwrotnym w zawodowej karierze i odrzuconym przez ministerstwo pomyśle na reportaż o disco-polo opowiada w rozmowie z Interią pisarz i publicysta Jakub Żulczyk.

Dariusz Jaroń, Interia: Mówi pan, że Warszawa nie jest miastem dla każdego. Wytyka podrasowaną kokainą gonitwę za pieniądzem, pozostawiającą w tyle wyższe wartości. Głosy oburzenia świadczą o tym, że trafił pan w czuły punkt wielu osób?

Reklama

Jakub Żulczyk: Być może, chociaż książka raczej się podoba, i tych głosów oburzenia nie widzę zbyt wiele. Pojawiają się jakieś głosy, że to książka rzekomo nierealistyczna. Ostatnio jakiś, nazwijmy go, recenzent napisał tekst na swoim blogu, w którym zarzucił mi, że wszystko, co w tej książce jest jakąś próbą refleksji, portretu, komentarza znalazłem sobie w dwa tygodnie na Demotywatorach. Ale akapit dalej ten sam autor się przyznaje, że on o nocnym życiu w Warszawie nic nie wie, bo chodzi spać o 23 a w Sylwestra poszedł na łyżwy, i dalej pisze już nie o mojej książce, ale o tych łyżwach, w tonie człowieka, który po wypiciu litra metanolu zeznaje na policji, że banda żab okradła mu dom.

- Oczywiście, były ze mną dwa wywiady w "Wyborczej" i pod każdym z nich mogłem przeczytać o sobie, że jestem "głupim słojem", ale też, że jestem Żydem, putinofilem, kochankiem Jacka Żakowskiego i inne takie. Generalnie, prawie cała krytyka "Ślepnąc" to, niestety, umysłowe lalamido. Jedyną osobą, która skrytykowała "Ślepnąc" w sposób rozumny był Jarosław Czechowicz, który jest osobą oczytaną, inteligentną i na poziomie i zajmuje się krytyką literacką w sposób profesjonalny. Ale on też nie był jakiś oburzony, on po prostu uważa, że to niepoważna książka.

Na ile obraz stolicy w "Ślepnąc od świateł" został przerysowany, a na ile są to pańskie doświadczenia wynikające z sześciu lat spędzonych w Warszawie?

- Sam nie wiem, na ile. Podczas pisania wszedłem w świat książki i wszystko mi się pomieszało. Oczywiście, że powieść jest momentami przerysowana, bo czasami świat przedstawiony trzeba trochę naciągnąć, podrasować, nałożyć na niego filtry, aby pewne rzeczy pokazać palcem trochę wyraźniej. Ja widziałem i poznałem podobne postaci, czułem od nich podobne motywacje, uczestniczyłem w niektórych opisanych w książce sytuacjach, np. cała warstwa imprezowa to są kadry 1:1. Ale jest tam też warstwa wyobrażeniowa, wyśniona.

Bardziej chciał pan pokazać zjawisko czy Warszawę? Czy ta sama akcja nie mogłaby się toczyć w Krakowie, Poznaniu czy Tokio?

- W Krakowie nie bardzo, bo Kraków to miasto, w którym ludzie niespecjalnie biegną nawet jak im ucieka ostatni autobus. Mogłaby się jednak toczyć w wielu dużych miastach, zwłaszcza w tych, do których ludzie przybywają po tak zwany lepszy los. Bo o tym chciałem napisać - o poszukiwaniu właśnie pewnego "lepszego losu", o pewnym marzeniu śnionym z zamkniętymi oczyma, o tym, jak to marzenie rozbija się o rzeczywistość. O tym, ile jesteśmy w stanie zrobić, aby żyć w czymś, co sami uważamy za komfort.

Nie ukrywa pan w wywiadach, że otarł się o środowisko, które opisuje, jednocześnie od roku trzyma się pan z dala od narkotyków i alkoholu. Ta książka to podbita własnymi doświadczeniami chęć zwrócenia uwagi na skalę problemu? Na modę na kokainę i kryzys wartości?

- Być może, chociaż jak już mówiłem wielokrotnie, kokaina w tej książce to pewna metafora, klucz. To nie jest tak, że sam przestałem pić, wąchać, posprzątałem w swoim życiu prywatnym a teraz wydałem książkę, w której wygrażam ludziom biblijnym paluchem i mówię im, jacy są źli, zepsuci i nieodpowiedzialni. Moja książka pokazuje ludzi, którzy są w pewnym klinczu, potrzasku iluzji, niespełnionych marzeń, pewnej niewiedzy, w tym, a może przede wszystkim, głównego bohatera, którego starotestamentowe oskarżenia są objawami jego własnego pogubienia, a nie prawdami objawionymi.

- Jeśli ktoś po lekturze tej książki zastanowi się nad sobą to bardzo dobrze, ale to nie jest główny cel tej książki, to nie jest literatura dydaktyczna. Ja w moim pisaniu uprawiam coś, co na własny użytek nazywam jednoczesnym opowiadaniem baśni i robieniem zdjęć. To co z robi z tym czytelnik, to jego sprawa. Jedni traktują moje książki jako czystą rozrywkę, inni znajdują w nich drogowskazy, jak żyć. To pierwsze jest miłe, drugie wzbudza we mnie poczucie odpowiedzialności, ale też nadaje mojemu życiu jakiś miły sens.

W czwartek obchodził pan pierwszą rocznicę abstynencji. Domyślam się, że przez ten czas były gorsze chwile. Jak sobie pan wtedy radził? Rzucenie się w wir pracy w takich momentach pomagało?

- Praca to niezły schron w ciężkich chwilach, ale z drugiej strony, aby dobrze pracować, trzeba być w dobrej formie. Ja się musiałem do takowej formy doprowadzić, aby w ogóle skończyć książkę. Pomaga sport, pomaga wsparcie bliskich, pomaga robienie sobie w głowie rachunku zysków i strat, pomaga terapia, słodycze, wiele rzeczy pomaga. Każda osoba w mojej sytuacji wypracowuje sobie taki szereg drobnych, pomagających mechanizmów.

Traktuję pan abstynencję jako czasową przerwę od używek czy to dłuższe postanowienie?

- Ja jestem osobą uzależnioną, proszę pana, więc ja codziennie modlę się do opatrzności i codziennie pracuję na to, aby stan, w którym jestem nie był przerwą.

Głośny przypadek celebryty, który po zażyciu kokainy śmiertelnie potrącił starszą kobietę pokazuje realizm przedstawionego w książce obrazu. Zmroziło pana, kiedy dowiedział się, że życie niewiele różni się od literackiej fikcji?

- Wie pan, ja dużą część swojego życia spędzam na pewnym wyłączeniu i zatopieniu w swoim życiu wewnętrznym, które nie jest jakoś szczególnie bogate, raczej polega na takim kręceniu sobie filmów w głowie, wyobrażaniu sobie różnych anegdot, scen, sytuacji. Oczywiście z tej brei rodzą się momentami pomysły na książki i to jest jedyne, co ten mój mini-autyzm usprawiedliwia. Do czego zmierzam - moment, w którym ten mój świat wyobraźni nagle przekłada się jeden do jednego na prawdziwe życie, na to, co mnie otacza jest przerażający. Najgorsze, co może człowieka spotkać, to niechcący przepowiedzieć złą przyszłość, bo naturalnym mechanizmem psychologicznym, który wtedy się pojawia jest irracjonalne poczucie współodpowiedzialności za tragedię. Nie życzę nikomu, chociaż te uczucia to dalej tylko i wyłącznie świat mojej głupiej głowy.

Na podstawie książki powstaje scenariusz. Czy może pan coś więcej zdradzić o pracach nad ekranizacją?

- Ze względów prawnych niewiele, poza tym, co wydrukowano już na książce, czyli pracujemy razem z Krzyśkiem Skoniecznym i pracuje nam się bardzo dobrze, bo się lubimy, bawią nas nawzajem nasze żarty no i obaj jesteśmy zwolennikami maksymy wielkiego mędrca Roberta Burnejki, czyli "nie ma opierda... się".

W trakcie pracy nad książką przyznał pan, że przeżywał kryzys twórczy i zwątpił nawet w to, czy powinien dalej zajmować się prozą, po czym mamy pochlebne recenzje, sporo zamieszania wokół książki i nominację do Paszportu Polityki. Jak pan te chwile zwątpienia przezwyciężył? W jakich rezerwach "pogrzebał", wydobywając pomysł na fabułę?

- No, na pewno pomogła mi terapia alkoholowa i wejście na trudną, ale dobrą drogę abstynencji. Ludzie tacy jak ja, czyli, nazwijmy to, od urodzenia lekko nieprzytomni w ogóle nie powinni pić i ćpać, bo wtedy już wszystko im się, za przeproszeniem, pier... do reszty. No ale moje perypetie, nazwijmy to, balangowe nie były oczywiście jedynym czynnikiem - ja od paru lat mocno się miotałem, napisałem parę książek które były przyjęte dość chłodno, chwytałem się różnych zajęć, które po prostu miały przynieść mi kasę i zwyczajnie mnie męczyły. Musiałem spróbować paru rzeczy, których już wiem, że nie chcę robić, bo albo są głupie, albo ja się do tego zwyczajnie nie nadaję.

Do czego się pan nie nadaje?

- Nie chcę na przykład prowadzić programów telewizyjnych, bo przed kamerą wychodzę na idiotę, spinam się, nie potrafię być cięty i zabawny jak zdarza mi się to w moim pisaniu. Ja nawet nie potrafię się w kamerę dobrze popatrzeć. Ale, niestety, robiłem to, współprowadziłem jakieś programy, chodziłem do telewizji śniadaniowych jako jakiś pożal się Boże ekspert od pierdół, pisałem felietony do "Wprost" o dupie Maryny, których jedyną wartością poza bardzo fajnym honorarium było to, że mogłem od czasu do czasu wspomnieć tam kogoś fajnego, o kim nikt inny w tej gazecie by nie wspomniał. A tak co tydzień siadałem do komputera, aby wymyślić 11 dowcipów o Beacie Kozidrak.

Kiedy postanowił pan coś w swoim życiu zmienić?

- Moment refleksji przyszedł chyba w momencie, gdy zadzwonili do mnie z jednego talent - show z propozycją bycia jurorem. Propozycję odrzuciłem bez pytania o honorarium, bo nie miałem wtedy kasy i bałem się, że jak podadzą mi, ile mogę zarobić, to się zgodzę. Usiadłem wtedy i zastanowiłem się - naprawdę, to poszło w tę stronę? Że dzwonią do ciebie z jakiegoś kretyńskiego show które robi z ludzi idiotów i masz tam siedzieć i oceniać ośmioletnie dziewczynki które robiąc szpagat śpiewają "To nie ja byłam Ewą?". Ty, który zadebiutowałeś w tym samym wydawnictwie co Dorota Masłowska? Oj, chyba przestał działać ci GPS, stary.

- No i w końcu pewnego dnia, zabezpieczony wątpliwej jakości asekuracją zatankowanych do połowy kart kredytowych, rzuciłem to w cholerę i zająłem się z powrotem tym, czym powinienem się zajmować, co zdaniem paru zaufanych osób idzie mi dobrze, czyli pracą literacką i scenopisarską, której owoce niedługo mam nadzieję wyrosną.

Przejdźmy zatem do literatury. Jakie ma pan dalsze plany? Przerwa od prozy czy pójście za ciosem po tak dobrze ocenionej powieści?

- Mam jakieś nieśmiałe pomysły, ale nie wiem, co z nich wyjdzie, na razie boksują mi się w głowie. Mam takie niejasne poczucie jakie miewają ludzie po dwudziestu latach małżeństwa, czyli, jak to się mówi, chciałbym spróbować czegoś innego. Może napisać sztukę teatralną, może książkę non-fiction, może w końcu wydać zbiór opowiadań, bo mam trochę fajnych szkiców. Mam pomysł na powieść o chłopaku który chciał być pisarzem, ale mu się nie udało i wraca do swojego lokalnego miasteczka gdzie jak się okazuje wszyscy właśnie przystąpili do sekty chrześcijan-jaskiniowców i jeszcze inną, która byłaby fikcyjnym dziennikiem neonazisty, który własnoręcznie przejął władzę w swojej miejscowości w Polsce północno-wschodniej i wprowadził tam dyktaturę wojskową.

- Miałem też niezrealizowany pomysł na reportaż o disco-polo, złożyłem nawet swego czasu podanie o stypendium ministra na tę książkę ale o dziwo, w kręgach ministerialnych disco-polo jest estetyką obcą i rzeczonego stypendium nie dostałem. Oczywiście moja następna książka będzie czymś jeszcze innym, bo tak było ze "Ślepnąc", zacząłem pisać 11 książek zanim ta powstała, więc ja spokojnie mogę panu o tym wszystkim opowiedzieć.

Nie ukrywam, że mnie pan zaintrygował tym disco-polo. Co zakładał plan odrzucony przez ministerstwo?

- Chciałem, aby to była książka non-fiction, składająca się głównie z rozmów, pokazująca, jak ten biznes wyglądał w latach dziewięćdziesiątych od zaplecza. Chciałem potraktować disco-polo poważnie, jako jakieś zjawisko, historię. Nie śmiać się z tego, bo najłatwiejsze, co można zrobić, to się z disco-polo śmiać. Jest to głupie i zbędne, bo cały ten nurt od początku istnienia śmieje się sam z siebie.

- Ale trochę mi się odechciało, gdy przeczytałem w "Gazecie Wyborczej" wywiad z liderem zespołu Boys i on pytany o jakiekolwiek sprawy, nazwijmy to, bardziej mięsiste, typu seks, wóda, jakieś sytuacje mafijne, które też tam przecież występowały, sznurował usta i zasłaniał się żoną, że go zabije, jak coś powie. Zresztą ta żona występowała w tym materiale jako bohaterka, co chwilę schodziła po schodach i wtrącała się w ten wywiad, strofowała tego faceta. No i pomyślałem sobie wtedy - oni nic interesującego mi nie opowiedzą, to są na zewnątrz pruderyjni ludzie, poza tym chcą chronić rodziny,  społeczności, w których żyją. Chociaż, kto wie, może kiedyś? To naprawdę wciąż jeden z moich ulubionych pomysłów.

Kiedy z grona wielu pomysłów na książkę wyłania się panu ten właściwy? Wraca pan do odrzuconych wcześniej szkiców?

- To olśnienie przychodzi zupełnie znienacka, w momentach na tyle prozaicznych, że od razu je zapominam. Ja generalnie wierzę w pamięć jako w świetny mechanizm selekcyjny. Większość z tej pozostałej dziesiątki zapominam. Jeśli jakiś pamiętam, to znaczy, że coś w nim było, i wtedy mieszam go z jakimś innym, albo zmieniam, albo... albo trzymam go po prostu w głowie, gdzieś z tyłu. Wie pan, mi się bardzo ciężko o tym mówi. Ja naprawdę myślę intuicyjnie, w mojej pracy jest niewiele intelektu, koncypowania. Mi się to wszystko trochę śni, można powiedzieć.

Na jakim etapie twórczym jest pan obecnie?

- Każdy dobry pomysł wydaje się przez chwilę tym właściwym, ale trzeba poczekać, dać mu się odleżeć. Chciałbym być blisko, ale to się okaże. Jestem na pewno w lepszej formie niż wtedy, gdy przygotowywałem się do pisania "Ślepnąc", więc może ta właściwa idea wyrzeźbi mi się odrobinę łatwiej?

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje