Karolina ma chłoniaka. Potrzebuje drogiego leku, żeby żyć

Dwa lata temu Karolina stanęła oko w oko ze śmiertelną chorobą, która wywróciła jej świat do góry nogami. Lekarze myśleli, że to zwykłe przeziębienie, ostateczna diagnoza brzmiała jak wyrok: chłoniak Hodgkina. Dziewczyna przeszła już sześć cykli chemioterapii i czeka na autoprzeszczep. Lek nowej generacji, który może ją uratować, nie jest refundowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Musi zebrać 150 tysięcy złotych, żeby żyć.

Początkowo nic nie zapowiadało hiobowego scenariusza. Karolina miała wówczas 21 lat i któregoś dnia jej uwagę zwrócił powiększony węzeł. Lekarz pierwszego kontaktu stwierdził, że to zwykłe przeziębienie i przepisał antybiotyki. Kuracja nie przynosiła jednak żadnych rezultatów, a węzeł - podobnie jak niepokój pacjentki - cały czas rósł. Obawy wzmocnił jeszcze "doktor Google". - Zaczęłam szukać w internecie, co to może być. W ten sposób trafiłam na chłoniaka i po wizycie u internisty dostałam skierowanie do hematologa - snuje swoją opowieść Karolina. 

Reklama

Nadzieje na to, że los okaże się bardziej łaskawy, pękały jak mydlane bańki. - Pani doktor, jak tylko mnie zobaczyła, stwierdziła bez ogródek, że to chłoniak. Szczegółowe badania tylko potwierdziły najgorsze - dodaje.

W szponach choroby

Zaczął się dramatyczny wyścig z czasem. Trzeba było zrobić wszystko, żeby przechytrzyć podstępną chorobę, która  - jak się wkrótce okazało - rozwijała się u Karoliny przez cztery lata. Pierwsza chemioterapia trwała sześć miesięcy i była stosunkowo lekka. - Po niej otrzymałam remisję i niepotrzebne było dalsze leczenie. Sama pani doktor była pod wrażeniem, jak ładnie mi to wszystko zeszło - opowiada  pacjentka.

Radość nie trwała jednak zbyt długo, a nowotwór nie dawał za wygraną i panoszył się coraz bardziej . - Po dwóch miesiącach znów zauważyłam węzeł, dlatego poszłam do lekarza . Badania wykazały, że to wznowa. Mniejsza, ale wznowa, a po niej trzeba zebrać komórki macierzyste i przygotować się do przeszczepu - wyjaśnia. 

Tym razem chemioterapia była znacznie bardziej agresywna i Karolina znosiła ją coraz gorzej. Organizm odmawiał jej posłuszeństwa, a lekarze rozkładali ręce.  - W ogóle nie mogłam funkcjonować. Byłam cały czas słaba.  Co gorsze, moich komórek macierzystych nie udało się zebrać. Niestety, lekarze nie wiedzieli dlaczego i w takim stanie mnie zostawili, bo znowu otrzymałam remisję - kontynuuje wątek Karolina.

Bez alternatywy

Pozostało tylko czekanie. Po kolejnej kontroli rokowania okazały się nieco bardziej optymistyczne i pojawiło się światełko w tunelu. - Tym razem potrzebne do przeszczepu komórki macierzyste już udało się zebrać. Zanim jednak do niego dojdzie, potrzebuję leku nowej generacji, który celuje tylko w chore komórki, a nie w całe ciało i może mnie tak naprawdę wyleczyć. Oczywiście lekarze na wstępie go nie proponują, bo nie jest refundowany. Lepiej dać chemioterapię - konstatuje dziewczyna.

Alternatywy nie ma. By Karolina mogła żyć dalej, w terapii trzeba zastosować  nowoczesny medykament. I tu pojawia się kłopot, skądinąd paradoksalny. Lek nie jest dostępny dla polskich pacjentów. - To jest chore. Wszędzie dookoła, w całej Europie - nawet na Białorusi -  jest on refundowany, tylko nie w Polsce. Dzięki niemu ludzie normalnie wracają do zdrowia, a u nas trzeba płacić setki tysięcy złotych, żeby go w ogóle dostać - mówi rozżalona.

Na oczach świata

Kwota pozwalająca na zakup lekarstwa  jest astronomiczna i sięga 150 tysięcy złotych.  Na taką rozrzutność stać  mało kogo. Karolina musiała przemóc swoje lęki, odstawić  na bok depresję i wyjść  ze swojej izolatki. Wcześniej o  jej dramacie wiedzieli tylko najbliżsi - rodzina, chłopak i przyjaciółka - którzy byli przy niej od początku. Teraz musiała ujawnić się światu ze swoim cierpieniem. Lekko nie było, ale wiedziała, że gra jest warta świeczki, a stawką w niej jest życie.  - Nie chciałam o tym wszystkim mówić, bo to było dla mnie straszne trudne. Popadłam w depresję. Ledwo przekroczyłam dwudziestkę i nagle okazało się, że zmagam się z chorobą i to śmiertelną. Kolejna wznowa sprawiła, że się po prostu odizolowałam.  Dopiero w momencie, gdy zaczęłam potrzebować pomocy i nie miałam już innego wyjścia, bo wiedziałam, że sama nie zbiorę takiej kwoty, ani nikt mi jej nie da, zawzięłam się w sobie - wyznaje.  - Poszłam do ludzi i bez wstydu zaczęłam  prosić o pomoc, bo zmusiła mnie do tego sytuacja. Jeżeli chcę żyć i dostać ten lek, musiałam  to zrobić - dodaje.

Odzew był ogromny, a rezultaty akcji przerosły najśmielsze oczekiwania.  Na specjalnym koncie fundacji, do której zgłosiła się Karolina, pojawiły się pierwsze wpłaty. Kwota stopniowa się powiększała, bo pomagali wszyscy, nie tylko rodzina i przyjaciele.  - Jako pierwsze z inicjatywą wyszło moje miasteczko. Organizowane były festyny i różnorakie zbiórki pieniężne. Potem o  tym, że jestem chora, dowiedziała się uczelnia, na której studiuję. Nawet nie musiałam prosić. Sami zorganizowali w Krakowie komitet zbiórki i szereg koncertów. Starają się pomóc najlepiej, jak tylko potrafią.  Cały czas jestem  z nimi w kontakcie i wspólnie koordynujemy akcję, żeby udało się zebrać całą potrzebną kwotę -  zdradza szczegóły Karolina.

Wojowniczka

Przeszczep, zastrzyki, leki wspomagające - potrzeby są ogromne,  droga do sukcesu wyboista, a mety nawet jeszcze nie widać. Karolina jednak się nie poddaje, a z jej głosu bije pewność, że się uda. Od razu wyczuwa się hart ducha. Bardzo chce żyć, a na los, który obszedł się z nią nie najlepiej, wcale się nie obraża.  - Na początku zastanawiałam się, dlaczego akurat mnie to się przytrafiło, ale jak poszłam do szpitala  i zobaczyłam, ile ludzi się z takimi schorzeniami zmaga, to pomyślałam: dlaczego nie ja, skoro inni tak cierpią? -  dowodzi. -  Często jestem w szpitalu i obserwuję, jak to wszystko tam wygląda. Powiem szczerze, że pacjenci na onkologii są weselsi niż na innych oddziałach, bo doskonale wiedzą, że nie mogą się załamywać, że sam nastrój może pogorszyć ich leczenie - dodaje.

Motywacja pojawia się automatycznie i narasta z każdą chwilą, zwłaszcza, jak widzi się tytaniczną siłę tych najmniejszych. -  Jak obserwuję chore dzieci, które są tak naprawdę w gorszym stanie niż ja i widzę, jak się bawią... Tego nie da się nawet określić.  Chodziłam do szpitala bardzo załamana, a ludzie bardziej cierpiący ode mnie musieli mnie pocieszać. To było dla mnie takie dziwne - wyznaje.  - Patrząc na to, jak oni się zachowują, umacniam się w przekonaniu, że nie mogę nic nie robić, płakać, czy lamentować, bo mam czas.  To nie jest tak, że jestem non stop przykuta do łóżka. Jeżeli jestem w szpitalu, to przebywam w nim przez tydzień, potem dochodzę do siebie i mogę zrobić coś normalnego: iść do kina czy na koncert - dodaje.

Najważniejsze to nie zwariować

Niekoniecznie przez modlitwę , najważniejsze by dotrzeć do źródeł  siły, które  pomogą w starciu z brutalną rzeczywistością. - Tak naprawdę robię teraz wszystko, żeby się rozproszyć.  Staram się sama umacniać w przekonaniu, że to kolejny etap mojego życia, jego część. Nie mogę  tylko siedzieć i myśleć, co się stanie.  Jak tylko mam wolną chwilę, to staram się coś poczytać, czy sama czegoś nauczyć, a potem zwyczajnie - tak ja inni idą do pracy, ja idę do szpitala, ale wracam - do domu i do życia. Muszę myśleć, że to jest normalne, a nie chore, bo w przeciwnym wypadku bym zwariowała  - przekonuje.

Litość i współczucie innych na niewiele się zdadzą i mogą przynieść więcej szkody niż korzyści.  - Nawet jeśli inni będą patrzeć na mnie tak, jakbym stała nad grobem, to nawet sama nie będę czuła się z tym komfortowo. A ja potrzebuję czuć się dobrze. Teraz ludzie widzą, że zachowuję się zwyczajnie, normalnie z nimi wychodzę i nie jestem jakąś ofiarą. Muszę  pokazać  - nie tylko sobie, ale wszystkim tym, którzy się o mnie troszczą, że się nie poddaję. Bo mam dla kogo żyć - mocno podkreśla.

Cena życia

Po chemioterapii Karolinie wypadały włosy, a ciało dawało wyraźne sygnały, że do przekroczenia cienkiej czerwonej linii jest bardzo blisko. Bywało, że nie miała siły wstać z łóżka, ale wola walki brała górę. - Nigdy bym nie  pomyślała, że tak wiele osób będzie się garnąć, żeby dać mi jakąś złotówkę. Są dla mnie tacy mili. Chyba z tego powodu, że tylu ludzi wokół mi pomaga, mam wielką motywację i nadal kiełkuje we mnie przekonanie, że ta nierówna walka z chorobą ma sens - wyznaje. 

Nie zgodzić się z nią nie sposób. Głębokie przekonanie, że się uda, miażdży obojętność wielu. Złotówka może być ceną życia.

Pomóc może każdy

Karolina zbiera pieniądze na leczenie za pośrednictwem Fundacji AVALON. Wszyscy, którzy chcieliby  jej pomóc w  starciu ze śmiertelną chorobą, mogą wpłacać pieniądze na rachunek PLN o numerze: 62 1600 1286 0003 0031 8642 6001 z dopiskiem: Juszczyk, 4481.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy