Kobiety dyktatorów. KONKURS

Pokochały zbrodniarzy z pierwszych stron gazet - Sadama Husajna, Osamę bin Ladena, Fidela Castro, Slobodana Miloševicia, Kim Dzong Ila...

O kobietach dyktatorów pisze w swojej książce Diane Ducret. Fragment dotyczący towarzyszki Kim Dzong Ila prezentujemy poniżej.

Czerwona madonna z dzieciątkiem

Reklama

Phenian, luty 1948 roku.

Ród Kimów zjechał się na długo wyczekiwany dzień. Ulicę prowadzącą do trybuny, z której przemówi wielki wyzwoliciel kraju, generał Kim Ir Sen, szczelnie wypełniają tłumy.

W limuzynie jego żona, Kim Dzong Suk próbuje podnieść na duchu ich sześcioletniego syna. Kim Dzong Il będzie musiał dumnie maszerować u boku ojca i matki podczas pierwszego zgromadzenia wyzwolonej Korei, kiedy zostaną ogłoszeni nowi przywódcy narodu. Matka zrobiła wszystko, żeby młody bojownik w krótkich spodenkach też miał swój udział w triumfie i otrzymał trochę braw.

Przede wszystkim jednak zadbała, by mąż błyszczał jak nigdy. Całą noc łatała jego mundur, który uszyła własnymi rękami przy świetle lampki oliwnej w tajnym obozie na niedostępnym szczycie Pektu-san, położonym na granicy z Chinami i Rosją, skąd w czasie wojny stawiali opór japońskim najeźdźcom.

Właściwie od początku wieku Korea stanowiła wyłącznie narośl na ciele cesarstwa japońskiego, które traktowało nową prowincję jak źródło taniej siły roboczej do swoich fabryk. Wreszcie w 1910 roku Kraj Wschodzącego Słońca dokonał aneksji tego skutecznie wyeksploatowanego regionu, tylko po to, by go stracić wojnie na Pacyfiku. Po tym jak amerykańskie bomby spadły na Hiroszimę i Nagasaki, a cesarz ogłosił kapitulację, wszystkie potęgi regionu chciały położyć rękę na tej stosunkowo dobrze uprzemysłowionej prowincji, wyróżniającej się na tle innych, dość zacofanych państw Dalekiego Wschodu.

Tymczasem już w latach trzydziestych XX wieku w Górach Mandżursko-Koreańskich na północy kraju pojawił się generał, który miał pokrzyżować szyki mocarstwom. Kim Ir SenIr Sen przyłączał się do grup komunistycznego ruchu oporu, żeby zjednoczyć rozproszone i niezdyscyplinowane oddziały, które tu i ówdzie próbowały stawiać opór silnej administracji japońskiej i przymusowym robotom. Ścigany i dręczony przez japońskie żołdactwo wkrótce musiał schronić się w lasach. Ramię w ramię z najwierniejszymi towarzyszami i bojownikami przez dziesięć lat skubał wroga, prowadził operacje destabilizujące, aż wreszcie w 1948 roku doczekał upragnionego dnia triumfu.

Rzeka bagnetów

Dzong Suk z niemal religijnym uniesieniem obserwuje idealnie równy szpaler żołnierzy witających jej męża na placu, który od tej pory będzie nosił jego imię. Kim Ir SenIr Sen wkracza na imponujące podium wzniesione nad brzegami rzeki Tedong. Dzong Suk wkrótce staje u boku swego generała i razem przyjmują paradę, rzekę bagnetów oddających hołd jedynemu wodzowi. Wielki Wódz unosi ramię w goście podziękowania, pozdrawia każdy oddział. W oczach jego małżonki "błyszczą gorące łzy", jak wspomina towarzyszka stojąca razem z nią na trybunie.

Dla tej młodej, trzydziestojednoletniej kobiety to chwila najwyższego triumfu. Jej dziecko też daje się porwać wzniosłej, triumfalnej scenerii wydarzenia. Kiedy jakaś dziewczyna naiwnie pyta małego Dzongila, kim zamierza zostać, gdy dorośnie, chłopczyk odpowiada dumnie:

- Będę wodzem Armii Ludowej, tak samo jak mój ojciec generał.

Kim Dzong Suk z macierzyńską dumą spogląda na swą najdroższą latorośl.

Narodziny w baraku

  Pektu-san, 16 lutego 1942 roku o świcie.

Barak zajmowany przez małżeństwo to dla podkomendnych miejsce święte. Oto bowiem w tej drewnianej chacie z jednym oknem Kim Dzong Suk wydaje na świat dziecko.

Wieść o narodzinach dziedzica generała lotem błyskawicy roznosi się po obozie. Wszyscy wybuchają radością. Nie muszą się już martwić o przyszłość kraju, wzeszła bowiem jasna gwiazda, narodził się ten, który będzie kontynuował rewolucyjne dzieło Wielkiego Wodza. Chociaż Dzong Suk wolałaby zachować nowinę w tajemnicy, uszczęśliwieni towarzysze nie mogą ukryć radości i nadziei, jaką błogosławione narodziny rozgrzały mroźną zimę.

Zmęczonego wojownika wracającego do obozu nie wita upragniony spokój tylko spontaniczny wybuch radości. Żołnierze pędzą ku niemu rozradowani, za nimi Dzong Suk z dzieckiem w ramionach. Jakaś bojowniczka bierze dziecko i podaje je generałowi, który do wtóru triumfalnych okrzyków wymachuje błogosławionymi pieluchami. Szczęśliwa matka nie może jednak liczyć taryfę ulgową. Trwa rewolucja. Prawa wojenne nie uwzględniają urlopu macierzyńskiego.

Kilka dni później nad obozem przetacza się śnieżyca. Dzong Suk owija dziecko w wojskową pałatkę, próbując ochronić je przed dotkliwym zimnem, które nocą doskwiera jeszcze bardziej. Potem zdejmuje kurtkę, "wciąż jeszcze skażoną prochem" i dodatkowo okrywa noworodka. Widząc ten niedostatek towarzyszki z brygady postanawiają działać.

Tego samego wieczoru jedna z nich proponuje, by z kawałków materiału i wełny ze plecaków uszyć becik dla maleństwa. O świcie grupka zjawia się przed barakiem Dzong Suk. "Nigdy nie zapomnę waszej dobroci - zapewnia. - Kiedy wyzwolimy ojczyznę, będziemy siedzieć razem i wspominać to ze śmiechem". Owija dziecko w becik, a kobiety grzeją serca w promieniach tego nowego słońca, które doprowadzi je do ziemi obiecanej. Dzong Suk śpiewa synkowi kołysankę:

 

Śpij, śpij dobrze, moje maleństwo,

Rośnij szybko i chwytaj w dłoń karabin,

Wspólnie będziemy walczyć - ty na przedzie, ja za tobą -

O nasz wspólny cel: wyzwolenie narodowe.

 

Śpij, śpij dobrze, moje maleństwo,

Rośnij szybko i wznoś wysoko czerwony sztandar.

Wspólnie będziemy walczyć - ty na przedzie, ja za tobą -

By przynieść całemu światu komunizm.

 

Aresztowana za działalność wywrotową

Mimo surowych warunków i ubóstwa młoda matka stara się zachowywać jak "prawdziwa księżniczka". Jej matowa cera, zgrabna figura i pełne kształty oczarowują żołnierzy. Atramentowoczarne rzęsy nadają spojrzeniu słodyczy, choć ona sama dawno już zapomniała, co znaczy to słowo. Jej matka i macocha zginęły z rąk Japończyków. Od tamtej pory w jej żyłach płynie tylko bunt i smutek. Mając piętnaście lat osierocona dziewczyna zgłasza się do dziecięcego batalionu. Dowódcą jest dwudziestoletni Kim Ir SenIr Sen, który jak nikt potrafi rozsnuwać przed młodymi rewolucjonistami wizje lepszego jutra.

Młoda podkomendna robi na nim wrażenie swoją nadzwyczajną wytrwałością i determinacją. Imponuje mu zwłaszcza latem 1937 roku, kiedy zostaje aresztowana za działalność wywrotową. Japończycy znaleźli przy dziewczynach z batalionu ulotki gotowe do wysłania do drukarni. Kim Ir SenIr Sen pamięta słowa tej, do tej pory anonimowej, dziewczyny, przekonanej, że wybiła ostatnia godzina: "Nie przejmujcie się. Ja zginę, ale wy nie możecie się poddawać. Nasz ruch musi istnieć i działać dalej. Zostawiam wam dwa juany, mój cały dobytek. Proszę, przeznaczcie je na rzecz organizacji".

Wciąż jednak widzi w niej tylko młodziutką bojowniczkę, niemal dziecko, jedną z setek innych. Zajęty rewolucją Kim Ir SenIr Sen nie ma czasu na miłostki ani romantyczne uniesienia w życiu małżeńskim. Dopiero w 1941 roku na prośbę dziewcząt z obozu decyduje się pozować do zdjęcia ze swoją młodą żoną, by tak uwiecznić lata wspólnej walki.

"Kiedy się o tym dowiedziała, poczerwieniała jak burak i schowała się za plecami kobiet. One jednak popchnęły ją ku mnie z uśmiechem. Towarzysz nie tracił czasu, błyskawicznie nacisnął migawkę. Wtedy bodaj pierwszy raz w życiu pozowałem do zdjęcia w parze z kobietą. Dzong Suk i ja traktowaliśmy to właściwie jak fotografię ślubną. (...) Nigdy nie zapomnę tamtej wiosny. Pamiętam, jak w pośpiechu pisałem na odwrocie: ’Powitanie wiosny w obcym kraju, pierwszy marca 1941, obóz B’".

 

Regulamin konkursu dostępny TUTAJ

Dowiedz się więcej na temat: dyktator | Kim Dzong Il

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje