"Las Vegas" zgubne dla "Nikosia"

Nie mogę powiedzieć, że umierali na moich rękach. Ale nie będę daleki od prawdy, gdy powiem, że umierali na moich oczach. Moi bohaterowie świata gangsterskiego. W każdym razie wielu. O kilku z nich opowiadam. Oglądałem rozwój karier i ich nagłe przerwanie... Często wyglądało to tak, jakby fatum czuwające w drzemce nad ich losem budziło się znienacka, by uderzyć śmiertelnie. To fatum było wpisane w ich zbrodnicze żywoty. Zwykle kończyli i będą kończyć je marnie. Leżąc na ulicy bądź pod kawiarnianym stolikiem w kałuży krwi, wypływającej z dziur po pociskach, rozszarpujących ciało od wewnątrz.

Tak właśnie skończył najsłynniejszy polski gangster: Nikodem Skotarczak, pseud. "Nikoś". "Król Wybrzeża". Niedawno minęła 15. rocznica jego śmierci. Kiedy dosięgły go zdradzieckie kule, miał 44 lata - najpiękniejszy wiek dla mężczyzny.

Reklama

Pod osłoną tajnych służb

Na początku lat 90. był już szeroko znany. Dopiero później zaczęły dojrzewać kariery nowych bossów podziemnego świata: Henryka Niewiadomskiego "Dziada", Janusza T. "Krakowiaka", braci Danielaków - "Wańki" i "Malizny", Andrzeja Zielińskiego "Słowika" czy najgłośniejszego, o którym w tym cyklu "gangsterskich portretów" pisałem wcześniej, Andrzeja K. "Pershinga".

Ten ostatni  brał pierwsze poważne lekcje zawodu gangstera właśnie u "Nikosia". "Króla Wybrzeża" traktował jak swego mistrza. W 1992 roku był świadkiem na jego ślubie, z trzecią już żoną. Oprócz koperty wypchanej dolarami dał okazały prezent - największy z dostępnych w owym czasie na rynku kolorowy telewizor.

Czy darzyli się tak dużym wzajemnym zaufaniem, że w którymś momencie, kiedy alkohol rozwiązuje języki, zwierzyli się sobie, że przed laty każdy z nich był "kablem" SB, tego nie wiemy.  Wiadomo natomiast, że nad przestępczą karierą "Nikosia" czuwały tajne służby PRL. Sam stał się legendą polskiej mafii, której kolebką było Wybrzeże.

Z Peweksem w tle...

"Nikoś", jako młody, silny 20-latek, został przyjęty w roli ochroniarza do znanego w Gdyni klubu "Maxim", opiewanym w jednym z utworów zespołu Lady Pank. ("U Maxima w Gdyni, znów cię widział ktoś / Sypał zielonymi mahoniowy gość").

Nocny, ekskluzywny, cieszący się dużą popularnością klub był magnesem dla ludzi z grubymi portfelami. Przeważali wśród nich szefowie szajek złodziejskich, różnej kategorii rzezimieszki, niebieskie ptaki i ciemne typy. Bystry "Nikoś" po roku został ochroniarzem największego pasera Trójmiasta, obdarzonego mylącym nieco dla tej profesji pseudonimem "Mecenas".

Początkowo "Nikoś" dostał nominację na szefa gdańskich cinkciarzy, którzy poprzez niego, jako kasjera, oddawali część zysków, należną "Mecenasowi" za "licencję" na stanie pod wskazanym Peweksem. (Pewex - w czasach PRL sieć sklepów posiadająca niedostępne nigdzie indziej towary marek z wysokiej półki, sprzedawane wyłącznie za dolary - dop. J.J.).

"Nikoś" szybko zwietrzył w tym ograniczeniu świetny interes - przemyt dwóch najbardziej wziętych w Peweksach towarów: luksusowych alkoholi i najlepszych zachodnich papierosów.

"Interesy" za zachodnią granicą

Okazał się świetnym organizatorem, prowadzącym stworzoną przez siebie szajkę twardą ręką. Wkrótce potem najbardziej atrakcyjnym towarem stały się luksusowe samochody najlepszych niemieckich marek - mercedesy, volkswageny, audi - kradzione w Austrii i Niemczech.

W połowie lat 70. został zwerbowany przez gdańską SB, a potem nie odmówił też współpracy z wojskowymi służbami specjalnymi. To była cena, jaką zgodził się zapłacić za usamodzielnienie. W ten sposób esbecy, oficerowie wojskowych tajnych służb oraz dygnitarze partyjni Wybrzeża stali się uprzywilejowanymi klientami "Nikosia", korzystając z przemycanych towarów praktycznie za darmo.

W zamian on mógł wielokrotnie zwiększyć "obrót towarowy", nie obawiając się wpadek. W błyskawicznym tempie rosła jego fortuna, a także wpływy i pozycja w światku kryminalistów. Nie tylko sam "Nikoś", ale wszyscy, którzy z nim współpracowali, a byli lojalni wobec bossa, mogli czuć się bezpieczni.

Pod koniec lat 70. "Nikoś" wyjechał do Hamburga, by doglądać interesów po tamtej stronie granicy. Przykrywką dla jego bandyckiej działalności był sklep z elektroniką, prowadzony z pierwszą żoną. Kilka lat później przeniósł się do Berlina Zachodniego. Tam stał się bohaterem jednej z najbardziej brawurowych ucieczek z więzienia.

Brawurowe zniknięcie bossa!

Jesienią 1989 r. został złapany przez policję w trakcie jazdy skradzionym kilka dni wcześniej najwyższej klasy audi. Dostał prawie dwa lata więzienia. Osadzono go w słynnym berlińskim więzieniu "Moabit", znanym z surowych warunków o zaostrzonym rygorze i zasiekami praktycznie nie do sforsowania podczas prób ucieczki.

Po niecałych trzech miesiącach odsiadki "Nikosia" odwiedził jego młodszy brat Marek. Podczas widzenia zamienili się ubraniami. "Nikodem" opuścił więzienie wraz z innymi odwiedzającymi. Władze więzienne odkryły podstęp dopiero po kilkunastu tygodniach.

W międzyczasie "Nikoś" wrócił nielegalnie do kraju. Tu jeszcze dwukrotnie uciekał z policyjnych konwojów. Posiadając ogromne pieniądze, zaczął lokować je w legalne interesy, nie rezygnując nie tylko z duchowego przywództwa polskich gangsterów.

Stylizował się na gangsterów amerykańskich, wchodząc w postać filantropa, człowieka utrzymującego dobre kontaktu z twórcami sztuki i kultury. Znane są powszechnie jego związki z ludźmi teatru i filmu, uwieńczone epizodyczną rolą w obrazie "Sztos".

Zgubne "Las Vegas"

Był przez kilka lat symbolem łącznika między środowiskiem twórców kultury masowej a światem podziemnym. Nawet śmierć pozostawiła na jego postaci politurę olśniewającego świata wielkich fortun i dramatycznych upadków.

Stało się to w gdyńskim nocnym klubie "Las Vegas", połączonym z agencją towarzyską. Czwórka porannych gości ściągnęła odsapnąć tu po całonocnej zabawie w restauracji "Marco Polo" - dwaj gangsterzy z małżonkami: "Nikoś" oraz Wojciech K. pseud. "Kura". To z okazji jego imienin przebalowali noc w "Marco Polo".

Siedzieli w jednym z pomieszczeń "Las Vegas", oczekując na wiedeńskie śniadanie i racząc się lekkimi koktajlami, kiedy nagle do salki weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Mieli podzielone role. Jeden z nich powiedział: "Dzień dobry", a drugi oddał do "Nikosia" sześć strzałów z popularnej tetetki. Jedna z kul trafiła siedzącego obok "Kurę", roztrzaskując mu kolano...

Policja i prokuratura do dziś nie wpadły na trop zabójców "Nikosia". Motywy i ewentualni zleceniodawcy także pozostają jedynie w sferze spekulacji, które prowadzą do ciemnego tunelu.

Dowiedz się więcej na temat: Nikoś | Nikodem Skotarczak | Król Wybrzeża | las vegas | Jerzy Jachowicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy