Lisicki robi "Do Rzeczy". "Wierzymy, że niezależność daje siłę"

- Ideą naszego porozumienia z wydawcą jest to, że po raz pierwszy także w sensie prawnym mamy zagwarantowaną niezależność linii redakcyjnej. To nie jest tak, jak w przypadku "Uważam Rze", gdzie właściciel mógł z dnia na dzień zmienić redaktora naczelnego i usunąć część redakcji - mówi w rozmowie z INTERIA.PL Paweł Lisicki, szef nowego tygodnika opinii, były "Uważam Rze".

Mateusz Lubiński, INTERIA.PL: Jak będzie się nazywał i kiedy pojawi się w kioskach nowy tygodnik Lisickiego?

Reklama

Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodniklisickiego.pl: - Będzie się nazywał "Do Rzeczy". Ukaże się wkrótce.

Jaka była przyczyna pana odejścia z "Uważam Rze"? Już wtedy myślał pan o własnym tygodniku?

- W momencie odejścia z "Uważam Rze" nie myślałem o założeniu tygodnika. Byłem zaskoczony, że wydawca zdecydował się na taki ruch, który moim zdaniem oznaczał faktyczne zejście tego pisma w dłuższej perspektywie z rynku. O niczym nowym wtedy nie myślałem. Natomiast naturalną rzeczą jest, że gdy kilka godzin później, w geście solidarności ze mną, odeszli wszyscy publicyści tego tygodnika, pojawiło się natychmiastowe oczekiwanie, że ten zespół stworzy nowe pismo.

- No i jak się ta idea pojawiła, to przystąpiłem do rozmów z inwestorami, starając się pokazać ideę nowego tygodnika , jaka miała by być jego rola i co to miałoby być. Bardzo szybko udało się porozumieć z prezesem Lisieckim, czyli większościowym właścicielem Media Point Group, i w ten sposób tygodnik ma się ukazać na rynku.

- Co do pytania o przyczyny mojego odejścia, to jest to pytanie do prezesa Hajdarowicza. Podał mi trzy przyczyny: że moja krytyka jego poczynań przekroczyła dopuszczalne granice, że upierałem się, aby autorem "Uważam Rze" był Cezary Gmyz, i że nie dość energicznie walczyłem z konkurencją w postaci "W Sieci".

Michał Karnowski pisał o tej sprawie, że prezes Hajdarowicz "zdecydował się na niegodną, o posmaku totalitarnym, próbę podłożenia pod niepokorny szyld treści i autorów zupełnie innych". Czy pan by się z nim zgodził?

- Bez słowa "totalitarny", bo nie używam takich ostrych słów. Dziwi mnie bardzo, że Hajdarowicz zdecydował się wykorzystać szyld autorów niepokornych w tygodniku "Uważam Rze", z którego wszyscy autorzy odeszli. To jest dość groteskowe. Podobnie jak dziwię się, że posługuje się sformułowaniem, iż jest to największy tygodnik w Polsce. Od grudnia jest to informacja nieprawdziwa. No, ale jest typ ludzi, którzy idą w zaparte, i rozumiem , że prezes Hajdarowicz do takich należy.

Czemu nie zdecydował się pan na współpracę z Karnowskim przy piśmie "W Sieci"?

- Wynika to z dynamiki sytuacji. Tygodnik "W Sieci" pojawił się jako samodzielny pomysł Jacka, który w punkcie wyjściowym był potencjalną konkurencją dla "Uważam Rze". Byłoby dziwne, gdybym przystał do tego projektu, tym bardziej, że od samego początku obstawałem przy tym, żeby jednym z warunków porozumienia był duży decydujący udział publicystów w kształtowaniu linii politycznej pisma. To w naszej umowie z prezesem Lisieckim było zagwarantowane. Nic nie wskazuje na to, by w ten sposób można było porozumieć się z wydawcą pisma "W Sieci".

Czego można się teraz spodziewać? Ostrej walki o czytelnika?

- To będzie tak zwana zdrowa konkurencja. Tak samo będziemy konkurować z innymi tygodnikami. Ważne, w jaki sposób się konkuruje, żeby nie przeistaczało się to we wzajemną walkę i nie wykraczało poza granice dobrego smaku. Jeśli chodzi o mnie, to nigdy się takimi metodami nie posługiwałem. Podobnie, jeśli chodzi o moich publicystów, to nie sądzę, żeby coś takiego miało miejsce. Ale będzie to konkurencja i będzie rywalizacja - tak jest świat skonstruowany.

Pan Michał Lisiecki w rozmowie z Wirtualnemedia.pl powiedział, że "W Sieci", z uwagi na finansowanie przez SKOK-i będące finansowym zapleczem PiS, ma zbyt wyraziste konotacje polityczne. I chociaż jest dobre merytorycznie, może się na rynku nie utrzymać. To element zdrowej konkurencji czy wyrażenie troski?

- Prezes Lisiecki długo funkcjonuje na rynku i tak właśnie sformułował swoją ocenę działania innego wydawcy, widząc takie jego mankamenty. To jest jego opinia i ja nie będę jej komentował.

Największymi gwiazdami nowego tygodnika pod pana redakcją będą, jak podano, m.in. Cezary Gmyz, Paweł Kukiz czy blogerka Kataryna?

- Tak naprawdę to, kto będzie największą gwiazdą, jeszcze okaże. Bo na tym firmamencie będzie świeciło wiele dziennikarskich gwiazd. Ja jestem ostatnią osobą, która to ma oceniać. Sami czytelnicy to ocenią.

Możemy liczyć na hity jak w rodzaju artykułu o wraku tupolewa?

- To nie jest pytanie do mnie, tylko do rzeczywistości. Toby oznaczało, że podobne sprawy nie są jeszcze odkryte. Mam nadzieję, że nie ma aż tylu tego typu historii. Z dziennikarskiego punktu widzenia byłoby dobrze, ale z punktu widzenia państwa czy opinii publicznej, to nie byłoby dobrze, żeby tak ważne informacje były ukrywane, a potem odkrywał je Cezary Gmyz czy inny dziennikarz. Jako dziennikarz bym sobie może tego życzył, jako Polak - niespecjalnie.

W związku z tym, co stało się w Polsce po artykule o tupolewie, na co pan by chciał przede wszystkim zwrócić uwagę opinii publicznej?

- Na plemienność zachowań dziennikarskich. Doszło do jaskrawego naruszenia reguł współpracy między wydawcą a redakcją, kiedy to wydawca złamał wszystkie zasady obowiązujące w polskim dziennikarstwie, jak i prawie, przy poparciu dużej części środowiska dziennikarskiego.

Czy będą państwo używać podtytułu "tygodnik autorów niepokornych"?

- Nie, nie będziemy używać tego podtytułu. Uważam, że tygodnik autorów niepokornych miał swoje miejsce w "Uważam Rze". Pomysł, żeby bić się o to, kto jest bardziej niepokorny, jest dosyć absurdalny. Nie będziemy tego używać, miało to swoją historię, swoje miejsce i ta historia się skończyła.

Czy to oznacza, że będzie teraz mniej niepokornie?

- To, czy ktoś jest niepokorny, czy nie, nie zależy od używania takiej nazwy. W tym sensie Grzegorz Hajdarowicz, który używa tej nazwy, jest niepokorny. Gdyby jeszcze wszyscy razem odeszli do jednej gazety, to może byśmy używali tego podtytułu. No, ale jest grupa, która będzie u mnie, jest grupa autorów "W Sieci". Nie wydaje mi się dobrym pomysłem zawłaszczanie tej nazwy.

Na stronie tygodniklisickiego.pl widnieje motto: "Wspólne pismo autorów, którzy wierzą, że niezależność daje siłę". Mógłby pan to rozwinąć?

- Myśl jest dosyć prosta. Ideą naszego porozumienia z wydawcą jest to, że po raz pierwszy, także w sensie prawnym, mamy zagwarantowaną niezależność linii redakcyjnej. To nie jest tak, jak w przypadku "Uważam Rze", iż właściciel mógł z dnia na dzień zmienić redaktora naczelnego i usunąć część redakcji.

- Tutaj wszystko jest znacznie mocniej opatrzone różnymi warunkami prawnymi. Jesteśmy współwłaścicielami, z głosem współdecydującym o obsadzie redaktora naczelnego i składu pisma. Nie grozi nam taka sytuacja, jak w przypadku pisma Hajdarowicza.

- Chodzi o to, żeby nasze pismo miało głos niezależny od głosu czy to jakiejś partii, czy dużego lobby czy dużej grupy finansowej. To jest ta niezależność, która dla świata dziennikarskiego powinna być największą wartością.

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy