​Maksymalnie dwie kadencje dla posłów?

Lech Wałęsa i Ryszard Petru, niezależnie od siebie, zgłosili postulat ograniczenia możliwości startowania w wyborach do Sejmu. Wedle ich propozycji posłowie mieliby być wybierani na maksymalnie dwie kadencje.

- Trzeba będzie wprowadzić jedną kadencję we wszystkich wybieralnych instytucjach, nie więcej jak dwie. [Wielokandencyjność] psuje demokrację, sieje znieczulicę, popełniamy przez to wiele błędów - argumentował Lech Wałęsa w TVN 24.

Reklama

Niemal identyczny postulat zgłosił Ryszard Petru, założyciel stowarzyszenia Nowoczesna.pl.

- Mamy dwie kadencje prezydenta, dlaczego nie mielibyśmy mieć tak samo w przypadku posłów? Potem oczywiście mogliby wrócić, ale chodzi o to, by mieli przerwę, by zeszli na poziom realnego życia - przekonywał ekonomista w rozmowie z "Faktem".

Dwukadencyjność niewątpliwie doprowadziłaby do "przewietrzenia" Sejmu, a posłowie przyspawani do sejmowych ław, a zwłaszcza przyspawani do przywilejów - immunitet, darmowe przejazdy, egzotyczne delegacje itd. - musieliby ustąpić miejsca innym.

Michał Michalak, Interia: Czy ograniczenie proponowane przez Lecha Wałęsę i Ryszarda Petru to dobry pomysł? Jakie mogą być jego konsekwencje?

Dr Olgierd Annusewicz, Uniwersytet Warszawski: - Uważam, że akurat ten postulat nie jest najszczęśliwszy. Jednak praca posła to jest określone doświadczenie, to są pewne tryby, wiedza, jak przebiegają procesy ustawodawcze. Posiadanie w składzie reprezentacji parlamentarnej polityków, którzy mają za sobą dwie czy trzy kadencje, jest merytoryczną wartością. To nie jest coś, co strasznie betonuje scenę polityczną. Dobrze jest, kiedy poseł ma trochę doświadczenia legislacyjnego. Poza tym ci posłowie i tak się zmieniają, wielu jest takich, którzy są wybierani po raz pierwszy.

Ci którzy postulują tę dwukadencyjność, przekonują, że wielu jest takich posłów, którzy co cztery lata otrzymują "jedynkę" w swoim regionie, grzeją się w ciepełku poselskich przywilejów i jednocześnie odrywają się od rzeczywistości.

- Ale to wyborcy powinni decydować o tym, czy ktoś jest posłem czy też nie. Weźmy takiego marszałka Zycha. To jest naprawdę dobry fachowiec, dobry polityk. Nie trzeba go popierać, ale nie można mu odmówić poruszania się po systemach legislacyjnych, nie można mu odmówić głębokiej wiedzy i doświadczenia. I teraz zamiast niego ma przyjść ktoś, kto tego doświadczenia nie ma? 

- Chodzi mi o to, żeby nie wylać dziecka z kąpielą. To że polityk traci kontakt z rzeczywistością, wynika z tego, jaki on jest i mogą to ocenić wyborcy. Wyborcy wcale nie muszą głosować na "jedynkę", mogą głosować na dowolny numer na liście. 

- W kontekście JOW-ów mówię często o swoim postulacie, by miejsca na listach wyborczych były losowane. Wtedy zabieganie o mandat w parlamencie będzie wymagało kampanii wyborczej i będzie wymagało zejścia nawet tych wieloletnich posłów do regionów, do ludzi, zobaczenia, jak to życie wygląda w rzeczywistości. To rozwiązanie byłoby również odpowiedzią na to, co mówią zwolennicy JOW-ów: że partie polityczne są armiami podległymi wodzowi, który może dać miejsce "biorące" lub go nie dać. 

Kiedy rozmawialiśmy z Januszem Zemke, to on z kolei postulował, by listy były alfabetyczne.

- Dziwię się, że akurat Janusz Zemke to postuluje (śmiech).

Właśnie, tym bardziej jest to wiarygodne.

- Uważam, że to też jest dobry model, z tym że nie mogę go tak otwarcie głosić, ponieważ mam nazwisko na "A".


Dowiedz się więcej na temat: Sejm RP

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje