Moja Anglia

(...) Mija półtora roku mojego pobytu w Anglii. Wciąż bardzo dobrze pamiętam dzień mojego wymuszonego brakiem pracy i perspektyw wyjazdu.

Pełen obaw, ale i szczeniackiego entuzjazmu wyjeżdżałem z Polski. Nie był to łatwy wybór, bo po ukończeniu studiów przyszłość wiązałem z rodzinnym miastem - Lublinem. Nie miałem jednak wyjścia, bo - jak wcześniej pisałem - byłem bez pracy. Wylądowałem w Northampton i z perspektywy tego miasta chcę opowiedzieć Wam o tutejszej Polonii oraz o życiu na emigracji, które mi całkowicie zbrzydło, a wcześniejszy entuzjazm pozostał tylko wspomnieniem.

Reklama

Dlaczego to takie ważne? - spytacie. Ano dlatego, że przemyślenia moje dotyczą już setek tysięcy, żeby nie powiedzieć milionów nieudaczników (jak nazwał nas Miłościwy Pan Nasz - Lech Kaczyński) przebywających na Wyspach. Być może posłużę się kilkoma opiniami, z którymi się nie zgodzicie, ale wierzcie mi, że nie tylko z mojego punktu widzenia rzeczywistość właśnie tak wygląda.

Polonia z kręgu Northamptonshire liczy ponad 20 tysięcy osób i według mnie jest odzwierciedleniem większej części Polonii przebywającej na Wyspach Brytyjskich. Pominę tych, którzy w Anglii odnaleźli swój azyl i swoje szczęście, bo nie o nich chcę napisać. Chcę napisać o większości i o tych, co na tę większość patrzeć nie mogą (jak ja i wielu innych), dławiąc się tym

koszmarnym miastem

i całym tym angielskim "eldorado". Otóż przekrój tutejszej Polonii wygląda mniej więcej tak: tabuny dwudziestoparolatków uciekających przed wojskiem i wyrokami. Tabuny - nie bójmy się tego słowa - prostaków, amatorów wódeczki i gołych tyłków oraz całe rzesze "biznesmenów" z Polski, przebywających tutaj, jak twierdzą, tylko ze względów edukacyjnych. Nawiasem mówiąc, nie sądzę, żeby w fabryce czy magazynie można się było nauczyć angielskiego. Na szarym końcu plasują się ci, którym się udało. O nich piszą wszystkie polonijne czy też krajowe gazety, toteż - jak wspomniałem wcześniej - pominę ich w swoim liście.

To ludzie - a teraz pora na warunki. Zgrzybiałe nory, śmierdzące i ciemne niczym więzienne cele. Krótko mówiąc, warunki bardzo często urągające ludzkości. Nie przesadzam! Nie, nie! Pokoje dzielone z kilkoma osobami, a za oknem smród kebabu i dźwięk tłuczonego szkła. Ale co tam. Tutaj może śmierdząco i ponuro, ale za to jak będzie w Polsce za zarobione funty! Ho, ho!!! W końcu po co wynajmować coś lepszego, skoro można taniej, a że troszkę mniej komfortowo? Doesn't matter!

Opuszczamy te apartamenty, żeby udać się do pracy, przecież gdzieś trzeba te funty zarobić. A jeśli praca w ogóle, to dla agencji pracy oczywiście, bo na "full time" to sobie trzeba zasłużyć, np. donosząc na kolegę lub przyklaskując dyskryminującej Polaków angielskiej organizacji pracy i health and safety. Cóż, minęły te czasy, kiedy o pracę było łatwo, toteż zaczęło polactwo (bo tak za Ziemkiewiczem będę nazywał tutejszą Polonię) cenić ją dużo bardziej. Gotowi są nawet zapłacić 400 funtów

łapówki,

by takową dostać. Pracę oferuje oczywiście rodaczka. Oj, przepraszam, oferowała. Już w tej agencji nie pracuje. Z dnia na dzień zaginęła wraz z pieniędzmi wielu osób. Jaka szkoda, ale nie ma się co martwić, znajdą się następni pomocni chrześcijanie. Polak potrafi. To nie koniec galerii osobliwości. Najbardziej żenujący jest fakt, że "full time" w fabryce lub magazynie (najbardziej oblegane przez Polaków miejsca pracy) jest osiągnięciem życia i szczytem życiowych ambicji.

A co po pracy? Polak nie kaktus - pić musi!!! Temu sloganowi wierni pozostają rodacy aż po grób. W wolne od pracy dni urządzają sobie dionizje, zalewając się w trupa i nie różniąc się tym samym od młodych Anglików. Bo z drugiej strony, cóż innego można robić w tak zapadłej dziurze jak Northampton? To typowo robotnicze miasto, o starej, odrapanej zabudowie, w centrum którego znajduje się deptak - jedna z większych atrakcji. Jedyne rozrywki to puby i wątpliwej jakości dyskoteki. Przepraszam, zapomniałem o polskim klubie. Działa przy polskim kościele i jest jak postkomunistyczny relikt polskości. Wysłuchać tu można przy butelce żywca songów Krzysia Krawczyka i wymienić doświadczenia na temat pikowania szmatek i pakowania części do samochodów. Jak mawiali moi koledzy z pracy, nabyć tam można także kradzione telefony komórkowe czy komputery, oczywiście ma się rozumieć - od rodaków.

Dowiedz się więcej na temat: Anglia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy