"Mordor, czyli tajna historia Słowian"

Przedstawiamy fragmenty książki "Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian". To "hardkorowa" podróż polskich "plecakowców" po gruzach poradzieckiej Europy Wschodniej i po czymś, co na nich powstaje - ale dopiero szuka swojego kształtu i sensu. Autorem książki jest Ziemowit Szczerek. Ukazała się nakładem "Wydawnictwa Ha!Art".

Pogranicznik w czapie jak dekiel od studzienki ściekowej patrzył na mój paszport.

Reklama

- Narkotyków nie masz? - spytał polszczyzną dziwnie pozbawioną akcentu i ten brak akcentu nie pasował do jego niezgrabnego munduru, do tej jego czapki o średnicy koła od roweru, do której przypięty tryzub też zresztą nie pasował, bo tryzub to pasuje do czapki austriackiego wzoru, a nie do tej radzieckiej stolnicy. - Czego? - spytałem, gapiąc się na tę czapkę. - Narkotyków? A co to?

Uśmiechnął się i przez chwilę w tym uśmiechu przypominał Eugeniusza Bodo z przedwojennych plakatów. Wbił mi pieczątkę do paszportu. - A na Ukrainę po co? - spytał jeszcze Bodo.

- Kości przodków wycałować - odpowiedziałem, choć specjalnie przodków na Ukrainie nie miałem. Pogranicznik się roześmiał.

- Idź - powiedział, przesuwając paszport w moją stronę po blacie obłażącym z politury - całuj. 

Na busiki mówiło się tu "marszrutki". Tak mi powiedział Hawran, który na Ukrainie był już wcześniej. Teraz szliśmy we dwóch przez przykurzony, nierówny majdan. Rozglądałem się. Pierwszy raz widziałem tę poradziecką przestrzeń. Świat, który do tej pory mogłem sobie jedynie wyobrażać, nabierał kształtu, i to jakiego. Niektórzy faceci chodzili po nim w domowych kapciach w kratę. Jezus wymalowany na ścianie cerkwi był ciemny jak Kaukaziec. Od blaszanych kopuł rżnęło po oczach słońce.

Gapiłem się ukradkiem na ruskich bojczików w czarnych spodniach i mokasynach. Pierwszy raz zobaczyłem ich w naturalnym środowisku. Bojcziki emanowali bandyckim spokojem, ale widać było, że wystarczy sekunda, jeden impuls, pół impulsu, by dostali korby. Czułem to. Stali, charchali pod nogi i omawiali coś półgłosem, strzelając wokół białkami oczu.

A marszrutki to były stare mercedesy sprintery, fiaty ducato czy volkswageny transportery. Były jak woły pociągowe: wielkie, zakurzone, szeroko rozklapłe od ciągłego przeciążenia. Na bokach niektórych wypisane było coś po niemiecku: a to KREUZBERG KEBAB MUSTAFA, a to WURST UND SCHINKEN GmBH. Wyglądały jak sprzedane w jasyr. Musiały zapomnieć o swoim dawnym, szczęśliwym życiu na Zachodzie, o równych szosach i automatycznych myjniach, o garażach i odkurzaniu tapicerki miękkimi dłońmi. Tutaj zaprzęgnięte były do wolej pracy w brudzie i znoju aż do śmierci. Los rabski. Ich metalowe kości miały w to błoto już na wieki wsiąknąć i nigdy nawet niczego nie użyźnić. Mercedesy sprintery i volkswageny transportery już nigdy nie miały ujrzeć wylizanego vaterlandu, alles ist verloren, alles ist kaputt. I stały teraz, kaputnięte takie, w tym żółtym upale, który zalewał zachodni skraj Ukrainy.

[...]

Kierowca marszrutki wyglądał na maniaka. Był z niego kawał kutasa i powarkiwał na nas wszystkich dookoła. Na mnie i na Hawrana też.

Jedno oko miał zielone, a drugie - błękitne. Zauważyłem to, gdy płaciłem mu za przejazd i gdy rzuciłem mu na deskę rozdzielczą dwóch niebieskich Jarosławów Mądrych. Popatrzył na mnie tym swoim wzrokiem wariata i wiedziałem, że będzie ostro. No i było, bo maniak pędził środkiem szosy, dokładnie pośrodku miejsca, w którym powinien być namalowany środkowy pas (ale go nie było), i nie bał się niczego. Ja bałem się za niego. Hawran, widziałem, też miał trochę stracha, ale nadrabiał miną, że niby nie, nieustraszony, jemu nie pierwszyzna, on ze wschodem obyty.

Maniak przez cały czas kogoś wyprzedzał. Wyglądało na to, że taki miał cel życiowy. Wyprzedzić w życiu jak najwięcej samochodów. O milimetry unikał czołówek, ale cały czas łykał auto za autem, całą tę rozlatującą się poradziecką drogową menażerię. Bo to festiwal żywych trupów był, to, co działo się na drodze. Zdychające żiguli, półmartwe zaporożce, ożywione już tylko chyba jakąś magią; wołgi, które skowytały o litościwą śmierć, zakończenie cierpień.

[...] 

I jeździliśmy na ten wschód, jeździliśmy, jeździliśmy. Marszrutkami, pociągami, zdezelowanymi ładami. Czym się dało.

Zamiast benzedryny mieliśmy balsam Wigor. Zamiast wiejskiej Ameryki i Meksyku lat 50. - mieliśmy Ukrainę. Ale chodziło o to samo. Braliśmy plecaki i jechaliśmy w drogę. Nie czytaliśmy Kerouaca, bo nie dało się tego czytać. Tyle tam było pulsujących w każdą stronę, skłębionych bebechów. No i też dlatego, że było nam trochę głupio, bo nam, w przeciwieństwie do Kerouaca, o nic nie chodziło. Kerouac i reszta dokonywali jednak jakiejś rewolucji, a my po prostu przebiegaliśmy na pełnej ku**ie przez, na oścież już otwarte, drzwi. Jeśli chlaliśmy, przepie**alaliśmy czas, szukaliśmy tanich wstrząsów i tandetnych emocji, to nie po to, by przeciwko czemukolwiek się zbuntować, nawet nie po to, by przeżyć coś nowego, bo to wszystko już było, było, było - tylko po to, by robić cokolwiek. By nadać swojemu życiu cel choć na chwilę. A raczej erzac celu, z czego zdawaliśmy sobie sprawę, ale uważaliśmy, że wszystko inne w gruncie rzeczy też było erzacem celu.

[...]

Czasem docierało do mnie, że jeździliśmy tam oglądać po prostu nędzę i że to nie było fair, bo w ten sposób chcieliśmy sami poczuć się mniej nędzni, i wtedy przekonywałem sam siebie, że ta nędza nie zniknęłaby, gdybyśmy tam nie pojechali, że poza tą nędzą jest tu cały kontekst kulturowy, socjologiczny, historyczny, politologiczny i każdy inny, i na jakiś czas mi przechodziło. I znów można było kupować wódkę, kupować piwo, kupować suszone anchoisy i kalmary, kupować chipsy o smaku kraba, biełomory, które nadawały się wyłącznie do kręcenia dżointów i opowiadać sobie wszystkie te ruskie hardkorowe historie, jak to kiedyś taką taryfą jechaliśmy, że musieliśmy ją pchać, i to w deszczu, jak to podczas jazdy marszrutką ludzie musieli wystawać przez szyberdach, bo tylu było ludzi, jak to gliniarze nas zaaresztowali z jakiegoś z dupy wziętego powodu i chcieli sztraf, a potem przyszedł gruby, naj**any w trzy d**y sierżant, rozczulony w tym na**aniu i pozytywnie nastawiony do świata, tak bardzo pozytywnie, że wyściskał nas jako słowiańskich braci i puścił wolno, a smutni milicjanci stali pod ścianą i cichymi głosami mówili: "a sztraf?".

Naprawdę kochałem ten kraj.

[...]

W porcie wojennym rdzewiała radziecka flota. Oglądałem ją razem z Heike, Niemką z Kolonii, która planowała snuć się z plecakiem z Niemiec aż po Władywostok. Spotkałem ją na dworcu, gdzie bezskutecznie próbowała rozpytać się o drogę do centrum. Nie znała rosyjskiego, a po angielsku nikt nie mówił. Postanowiliśmy, że miasto zobaczymy razem.

- Więc to tego się baliśmy przez całe te pięćdziesiąt lat - Heike patrzyła na zardzewiałą Flotę Czarnomorską bujającą się na łagodnych falach i nie mogła się nadziwić - tej kupy złomu! Niewiarygodne.

Robiła zdjęcie za zdjęciem. Nikt jej słowa nie mówił, że nie wolno czy że zakazane. Po porcie snuli się jacyś oficerowie, patrzyli na obcokrajowców fotografujących perłę w koronie radzieckiej armii i miałem wrażenie, że w ich twarzach jest coś z zażenowania, coś przepraszającego. Szeregowi matrosi siedzieli rządkiem na ławce. Wyglądali jak przebierańcy, jak statyści czekający na klaps w gejowskim teledysku - te czarne, rozszerzane spodnie, białe bluzy z marynarskimi kołnierzami, czapki z napisem "Czernomorskij Fłot" na otoku. Podeszliśmy, żeby pogadać. To znaczy - Heike chciała gadać. Ja się zgodziłem potłumaczyć. Nigdy nie pojmowałem tej obsesji gadania z lokalnymi. Czasem, znaczy, można słowo zamienić, ale co oni w gruncie rzeczy mogą powiedzieć ponad to, co i tak widać. Wiadomo, że życie ciężkie, że kasy nie ma, że z robotą krucho, że burdel w kraju, że to i tamto. Ale Heike chciała. No i dowiedziała się, że burdel, że ciężko, że kasy nie ma, i że do domu daleko, bo to byli Rosjanie. Dali nam pocztówki do dziewczyn i poprosili o wysłanie, bo im nie wolno opuszczać terenu portu. Idąc do skrzynki, czytaliśmy te pocztówki. To znaczy - ja czytałem. Na głos. Były do bólu takie, jakie powinny być pocztówki chłopaków z wojska do dziewczyn. Że tęsknią i kilka zawoalowanych erotycznych sugestii. Wsjo.

W ruinach Chersonezu Taurydzkiego, tam, gdzie Włodzimierz kniaź brał chrzest od Greków, gdzie się zaczęła historia Trzeciego Rzymu, gdzie prawosławna Ruś się zaczęła, gdzie ruskie zetknęło się ze starożytnym - impreza trwała, że ho-ho. Pomiędzy rozpieprzonymi murami starożytnego miasta walały się szkła po szampanskoje igristoje, kiepy po papierosach, psie i człowiecze kupy. Słowiańskie pary siedziały w antycznych gruzach, obejmowały się i patrzyły w morze.

I Heike, Germanka. Była niska, czarnowłosa i wyglądała bardziej na Węgierkę niż na Niemkę. Od biedy na Francuzkę. Spacerowaliśmy tymi krymskimi Pompejami i uczyłem Heike podstawowych rosyjskich słów. Bawiła się nimi, twierdziła, że fajnie okręcają się jej wokół języka. Z lubością powtarzała słówka "kanieczna" i "kak żywiosz", ale jej ulubionym słówkiem było "kacziestwa". Ja też je lubiłem.

Długo przed Słowianami byli tu, na Krymie, tajemniczy Taurowie, którzy helleńskim jeńcom rozbijali głowy maczugami, a później im te głowy obcinali i wbijali na pale przed domami, żeby domów jak psy strzegły.

Później byli tu równie tajemniczy Kimerowie, od których Robert Erwin Howard wywiódł ród Conana.

Później - a co - Scytowie, jeszcze później - Grecy, Rzymianie, Chazarowie, dalej Grecy, tyle że tym razem jako Romajowie, bo z Bizancjum. Później Włosi z Genui, Tatarzy, a w końcu - oni. Słowianie. My. Oni. Jakoś tam my. Ale jednak nie my. Oni. Nie wiedziałem, sam nie wiedziałem. Ale czułem, że jednak oni.

- Powiedz mi - spytała w pewnym momencie Heike - po co wy tu przyjeżdżacie?

My też, tak samo jak inni, siedzieliśmy w tych ruinach, na starożytnych kamieniach i też piliśmy, patrząc w morze.

- Kto "wy"? - zapytałem.

- No wy, Polacy. Co tu spotykam kogoś z plecakiem, to Polak.

- O rany - odpowiedziałem. - Dopiero co tłumaczyłem to twojemu przeciwieństwu.

- A kto jest moim przeciwieństwem? - zdziwiła się Heike.

- Jesteś Niemką - oznajmiłem - więc twoim przeciwieństwem jest Ruski. Proste.

Heike się roześmiała. - Ach tak - rzuciła.

- No, ale dlaczego przyjeżdżacie? - spytała po chwili. - Zresztą - rzuciła - może i rozumiem dlaczego. Ale jednego nie mogę pojąć.

- Czego?

- Jesteście, wy, Polacy, rozsądnymi ludźmi - zaczęła bardzo ostrożnie. Zerkałem na nią podejrzliwie. - No... tak zakładam. Wytłumacz mi więc, dlaczego za każdym razem, gdy spotykam Polaka, ten mi opowiada, jakie to tutaj cuda widział. Jak to wszystko rozpie**olone do szczętu i nie działa. Każdy opowiada jakieś historie nie z tej ziemi. Przecież... - Heike ukradkiem oceniała moją reakcję - przecież wy musicie zdawać sobie sprawę, że u was jest tak samo. Przecież nie możecie być tak nierozsądni, by tego nie rozumieć. Prawda?

Westchnąłem.

- No to wytłumacz mi - ciągnęła Heike - po co wam ten teatrzyk? Co wy odgrywacie sami przed sobą?

Znów westchnąłem i pstryknąłem kiepem mniej więcej w to miejsce, w którym chrzcił się Wołodymyr kniaź.

I co ja jej miałem, ku**a, powiedzieć, że my, Polacy, mamy taką dziwną teorię, że czym innym jest syf łaciński, a czym innym - prawosławny?

- Polski nie pojmiesz rozumem - odpowiedziałem więc. No bo naprawdę: co miałem, ku**a, powiedzieć.

[...]

W Ałupce nie było nic ciekawego, ale nie chciało nam się jechać dalej. Siedzieliśmy na betonowych płytach zastępujących plażę i patrzyliśmy, jak Rosjanie skwierczą w słońcu. Miałem myśl, by ich poodwracać, bo przywrą. Ałupka składała się głównie z niszczejącego betonu, w ogóle tego betonu był tu zdecydowany naddatek. Zewsząd sterczały jakieś druty zbrojeniowe. Rdza i kruszenie, a na tym wszystkim gołe, poczerwieniałe od słońca ludzkie ciała. A później nastał wieczór i dobrze by było, kombinowaliśmy, znaleźć coś do spania. No i tak się złożyło, że gdy tylko opadł pomarańczowy pył, zobaczyliśmy szeroko uśmiechającego się do nas kolesia, który wyglądał trochę na Cygana, a trochę na Gruzina.

I ten Cygano-Gruzin zaczął przed nami roztaczać wizję zarąbistej kwartiry, niedaleko od morza, zaraz przy samym sklepie z wódką. Wsjo jest’ - mówił. Sklep jest, zachwalał, co prawda nie całodobowy, ale właściciel mieszka zaraz nad, więc jakby co, to się puka i już ten właściciel potrzebującemu pomoże, duszy w potrzebie nie opuści. A poza tym sama kwartira - miód malina! Sami jedni tam będziemy, sami jedni na całej kwartirze, i w ogóle luksusy. Za jedyne dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć od osoby, tanio, okazja, kwaterę polecam.

Był tak zaangażowany w to, co mówi, tak mu zależało, że poszliśmy. Facet zaczął prowadzić nas ulicami, które następnie stały się uliczkami, a później już po prostu przesmykami pomiędzy budynkami nabudowanymi absolutnie bez żadnego planu i sensu.

Cygano-Gruzin, podobny do jakiegoś chudego ptaszydła z wielkim grzdylem na chudej szyi i nochalem jak dziób tukana, prowadził nas dziurskami i wykrotami, a my zduszaliśmy w sobie, każde z osobna, obawę (jako rasistowską), że jeśli to Cygan, to znaczy, że ryzyko wy***jania jest większe niż przeciętnie.

I tak szliśmy, zatopieni w tym szlachetnym zduszaniu, na wszelki wypadek myśleliśmy sobie, że jakby co, to damy Cygano-Gruzinowi radę, bez jaj, no, chyba że zaprowadzi nas w miejsce, gdzie jest więcej Cygano-Gruzinów.

Ale po mniej więcej pół godzinie marszu naszym oczom ukazało się osiedle chruszczowowskich blokiszczy obłażących wszystkim, czym tylko blokiszcza mogą obłazić. A w tle łysnęło Morze Czarne. W ostatnich, żeby było tandetniej, promieniach zachodzącego słońca.

Był też obiecany sklep z alkoholem. I w obiecanej bezpośredniej bliskości kwartiry, bo pod oknem. Pod sklepem lokalni żule zorganizowali sobie coś w rodzaju ogródka piwnego, ustawiając na czymś, co przy dużej dozie otwartości na świat można by nazwać chodnikiem, jakieś skrzynie, stare krzesła i stoliki. Popijali tam sobie wesoło, jeden grał nawet na gitarze i dobrze im było na świecie.

Klatka schodowa przypomniała mi wszystkie filmy o postapokaliptycznym świecie, jakie tylko widziałem: ludzie żyją w ruinach dawnych cywilizacji, ale nie wiedzą już, co do czego służyło i to wszystko po prostu osuwa się w zniszczenie, a cofnięci do kamienia łupanego homo sapiens rozbijają namioty ze skór w gruzach - dajmy na to - Sony Center na Potzdamer Platz w Berlinie.

Było tu ciemno i lepko. Śmierdziało tak intensywnie, że wszelkie próby wyodrębnienia poszczególnych odorów przypominały próby kiperskiego opisania smaku wychylonej przed chwilą szklanki spirytusu.

W trzypokojowym mieszkaniu na parterze czekała na nas babuszka: jak się okazało - teściowa Cygano-Gruzina. Chazjajka: właścicielka.

Cygano-Gruzin pożegnał się i zniknął, a chazjajka wręczyła nam klucze, skasowała hrywny, nazywając je rublami, pokazała gdzie ciepła woda, a gdzie zimna, powiedziała uczciwie, że trzeba uważać na piecyk, bo może wybuchnąć, życzyła miłego pobytu nad morzem i poszła sobie. Zabroniła tylko kategorycznie otwierać drzwi w korytarzu.

W sklepie z alkoholem kupiliśmy mnóstwo małych flaszek z dżintonikiem. Wróciliśmy na kwaterę. Piliśmy, siedząc na balkonie i gapiąc się na morze połyskujące pomiędzy zeslumsiałymi blokiszczami i zastanawialiśmy się, co też może być za tymi drzwiami. W końcu nie wytrzymaliśmy. Nacisnąłem klamkę. Drzwi były otwarte. Na środku pustego pokoju leżała trumna. Pusta, czarno lakierowana trumna. Nic więcej.

[...]

W Ałuszcie trwało coś w rodzaju ruskiego karnawału. Gdy przemęczony już autobus, prowadzony przez równie przemęczonego kierowcę, wyrzygał mnie na dworcu autobusowym, wpadłem w ten karnawał po uszy. Każda ściana tętniła tu ruskim disco, ruskie disco wylewało się z każdego pęknięcia, przeciskało się pomiędzy samochodami zaparkowanymi w każdym wyobrażalnym miejscu, pomiędzy powyginanymi blachami, pokruszonym betonem, szyldami z płyty pilśniowej, cyrylickimi literami wyciętymi z kolorowej folii i naklejonymi na co się dało.

Nieco otępiały poszedłem szukać kwatery. Już po kilkunastu krokach dopadła mnie babuszka z tekturową tabliczką w dłoni. Babuszka uśmiechała się uroczo i rozbrajająco, a na tabliczce było napisane, że niedaleko i niedrogo. Poszedłem z nią. I znów zanurzyłem się w te bebechy antyurbanistyki i antyarchitektury, i trafiliśmy do rachitycznego domu, zbudowanego właściwie nie wiadomo z czego, bo było tu wszystko: pustaki, drewno i cegły; konstrukcja tu i ówdzie oblepiona była sajdinigiem. Przed domem, na ławeczce, siedziała sobie bardzo biała, galaretowata pani. A obok niej - równie biały i równie galaretowaty chłopiec, który musiał być jej synem. Wyglądali, jak dwie czarnomorskie meduzy, z których ktoś ulepił ludzi.

- To pani Masza - szepnęła prowadząca mnie babuszka - samotna matka, z synem Igorem. Przyjeżdża tu co roku. Z Norylska.

- Z Norylska - szepnąłem z podziwem. Nie byłem w stanie wyobrazić sobie Norylska. Betonowego mieściszcza pośrodku niczego, w zupełnej pustce. Norylsk równie dobrze - myślałem - mógłby orbitować w kosmosie. Nie było w okolicy Norylska niczego, na czym można byłoby zawiesić wyobraźnię. W odległości, w której - myślałem - człowiek w Europie ma od siebie Paryż, Londyn, Pragę, Kraków, Monachium, Zurych czy Rzym, oni tam, w Norylsku, mają jedną czy dwie wsie - drewniane i zabłocone, brudne i półzwierzęce, nad którymi unoszą się opary alkoholu i barszczu. Kilka smutnych, przerażających punktów w niebycie. I sam Norylsk - pokryte sadzą, ponure osiedlisko wbite w wieczną zmarzlinę, pół roku drżące w zupełnych ciemnościach, drugie pół - w wiecznej godzinie piątej nad ranem, w którym nie wiadomo, co lepsze: czy minus czterdzieści po ciemku, czy błoto po pachy w bladym świetle.

Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Zerkałem na rodzinę bladych meduz, która miała dwa tygodnie wolnego od swojego przeklętego losu w przeklętym mieście, w przeklętym miejscu poza historią, rzeczywistością i światem.

[...]                                                                     

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje