Na placu zabaw syn podwija mu nogawkę i krzyczy: "Mój tata nie ma nogi"

30 sierpnia 2010 roku przebywający na misji w Afganistanie kapral Krzysztof Polusik prowadził jeden z pojazdów opancerzonych konwoju wojskowego. Przy wyjeździe z leju po wybuchu miny w jego transporter uderzył pocisk wystrzelony z ręcznego granatnika przeciwpancernego. Żołnierz przeżył, ale zmasakrowanego kolana i dolnej części nogi nie udało się uratować. Kończynę amputowano. To jednak nie załamało kaprala Polusika.

Dziś kapral wciąż pracuje w wojsku. Już nie na pierwszej linii frontu, bo w dowództwie operacyjnym w Warszawie. To jednak sytuacja niecodzienna, bo zazwyczaj ranni weterani kończą kariery wojskowe - zaledwie 74 z nich wciąż pracuje w armii. Dzięki otrzymanej niedawno najnowocześniejszej protezie Genium X3, zaprojektowanej na zlecenie amerykańskiej armii i Departamentu Weteranów Wojennych Stanów Zjednoczonych, a przygotowanej w krakowskiej firmie Inovamed, kapral Polusik będzie mógł jeszcze intensywniej uczestniczyć w życiu codziennym. To dla niego ważne, bo wychowuje dwójkę dzieci, a sam jest bardzo aktywnym człowiekiem. Co więcej, jak przyznał w rozmowie z portalem Interia, pomimo traumatycznych wspomnień, byłby w stanie wrócić do Afganistanu. 

Reklama

Artur Wróblewski, Interia: Z tego co wiem, wstąpił pan do wojska z czysto prozaicznego powodu - zbierał na wyjazd do Australii. Spodziewał się pan, że wojsko zabierze pana w aż tak wyboistą i niebezpieczną podróż?

Starszy kapral Krzysztof Polusik: Ja się wychowywałem w rodzinie wojskowej i mieszkałem na osiedlu wojskowym, gdzie było osiemnaście bloków, w których mieszkały wyłącznie wojskowe rodziny. A obok bloków były dwie jednostki. Już od dzieciaka lataliśmy po lesie z patykami robiącymi za karabiny, bo wokół osiedla były zarośnięte tereny poligonowe. Strzelaliśmy się tymi patykami, bawiliśmy się w "Czterech pancernych". Wszystko to w tych okopach na poligonie. Fajne czasy, miło je wspominam... Ale to nie tak, że świadomie chciałem wtedy zostać żołnierzem.

W podstawówce otrzymaliśmy kiedyś zadanie od nauczycielki: narysować przedstawiciela zawodu, który chcemy w przyszłości uprawiać. Myślę, że jakieś 90 procent chłopaków z mojej klasy narysowało żołnierzy.

- W podstawówce też mieliśmy takie zadanie, ale ja nie narysowałem żołnierza. To był chyba rysunek lekarza. Dla mnie zawód żołnierza i cała z tym związana otoczka była czymś normalnym. I chociaż wychowywałem się w takim środowisku, to raczej nie myślałem o tym, by zostać żołnierzem. Raczej: "Po co im kolejny żołnierz? Przecież tylu ich tu jest" (śmiech). Bardziej interesowały mnie samochody, niż wojsko. Cztery kółka, niż mundur.

Czy młodzi ludzie zaciągając się myślą w taki sposób: Mogę zginąć, mogę zostać kaleką?

- Świadomość groźby śmierci czy odniesienie ciężkich ran jest w głowie każdego żołnierza. Mamy to wpisane w nasze życie. Zresztą każdy zawód niesie za sobą jakieś niebezpieczeństwo, nawet piekarza czy sklepikarza. W wojsku jest tylko większy procent szans na śmierć czy odniesienie poważnej rany.

A co z tą wymarzoną Australią?

- Do wojska poszedłem, bo chciałem wizę do Australii, gdzie mieszkała moja ciotka. I chciałem do niej polecieć. To były czasy, że trzeba było mieć uregulowany stosunek do służby wojskowej, aby dostać wizę. Później pojawił się jednak kolejny problem: "Za co ja tam polecę?". Bilety były bardzo drogie. Stwierdziłem: "Dobra, kurde, zostaję zawodowym żołnierzem!". Później potoczyło się z górki. Zdałem do szkoły podoficerskiej, skończyłem ją. Później dostałem pierwszy awans na stopień podoficerski i zacząłem zarabiać fajne pieniądze. Byłem wtedy kawalerem i dla mnie to było coś. Byłem wtedy w jednostce saperskiej w Kazuniu. A saperzy są potrzebni zawsze, bo ładunki wybuchowe powodują najwięcej strat w ludziach... Plan był taki, że po trzyletniej służbie wojskowej wyjadę do Australii. Chciałem jeszcze jednak zarobić, nawet przez myśl mi nie przeszło, że to się tak potoczy... Pojechałem na pierwszą misję. Po powrocie kupiłem sobie samochód, później poznałem małżonkę i wzięliśmy ślub. Założyliśmy rodzinę, urodził nam się syn, otrzymałem mieszkanie służbowe... Wtedy pojawiła się szansa wyjazdu na drugą misję. Powiedziałem sobie: "Dlaczego miałbym nie pojechać, jeżeli pierwsza mi się tak udała?".

Podczas drugiej misji, na 190 dni spędzonych w Afganistanie, brał pan udział w ponad 80 akcjach i był wielokrotnie ostrzeliwany. Porażająca statystyka. Właściwie co drugi wyjazd z bazy to strzelanina.

- Takie liczby robią wrażenie. Tych 80 zdarzeń to były sytuacje, kiedy dochodziło do kontaktu z wrogiem. Natomiast wyjazdów na patrol, kiedy moje życie było naprawdę narażone, bo obok mnie wybuchały miny i strzelano w naszym kierunku, było około 20. To nie były tylko patrole, bo dotyczyło to również przejazdów do innej bazy, która była ostrzelana. Były takie sytuacje, że jako wartownik miałem służbę na wieży. Obserwowałem teren, a tu nagle coś leci w moją stronę... Tak to wyglądało.  Jeszcze raz powiem, że takich niebezpiecznych zdarzeń, jak to w trakcie którego oderwało mi nogę, miałem około 20.

Czy łatwo jest rozmawiać o tym feralnym dniu, kiedy zostaliście ostrzelani, a pan stracił nogę?

- Nie mam oporów, by rozmawiać o tym wypadku. Nie mam traumy. Przynajmniej na razie, bo ponoć symptomy mogą pojawić się później. Mogę o tym mówić zwłaszcza, że wszystko pamiętam i wszystko czułem. Nie było światełka w tunelu, życie nie przeleciało mi przed oczami. Przeżyłem. Mogę o tym rozmawiać.

To porozmawiajmy.

- Jadąc na czele konwoju, wjechałem w lej po minie. To był bardzo duży lej, ale czynność była prosta: wjechać do dziury, dodać gazu i wyjechać z dziury. Miałem dobry samochód, napęd na cztery koła, potężna moc, gruby pancerz... A leje na drodze to nie było nic wyjątkowego. W ciągu godziny poprzedzającej atak, bo tyle trwała jazda z bazy do miejsca ataku, wjechałem do nawet 20 lejów. Wcześniej nic się nie działo, dlatego wjeżdżając do kolejnej dziury nawet przez myśl minie przeszło, że tym razem coś się wydarzy. Ot dziura, w którą wystarczy tylko wjechać i tylko z niej wyjechać. Podczas jazdy podstawowa zasada to jechać na tyle szybko, by nie stać się celem. Wyjeżdżając z leja pojazd na chwilę się zatrzymał. To był moment, dosłownie sekunda, kiedy przednia oś jest już na asfalcie, a tylna wciąż tkwi w dziurze. W tym czasie staliśmy się celem. Dość łatwym celem. Wystarczyła sekunda. Gość odpalił granatnik przeciwpancerny, a pocisk mało mnie nie zabił. Najpierw był błysk, pisk i śmierdzący, żrący dym - dobrze to pamiętam. Wtedy tego nie wiedziałem, ale to śmierdziały części mojego nadpalonego ciała.

 Szybko udzielono panu pomocy?

- Najpierw pojawił się jadący na tylnym siedzeniu samochodu kolega, który zaaplikował mi zastrzyk z morfiny, za co zresztą strasznie ochrzaniła go sanitariuszka. Morfiny nie można było podać mi tak od razu, nie wiedząc, co mi jest. Ale on był w jeszcze większym szoku, niż ja. Pamiętam, że sanitariuszka jechała w przedostatnim samochodzie kolumny składającej się z sześciu pojazdów. Ja byłem w pierwszym, więc ona musiała do mnie dobiec dobre 100 metrów, a w tym czasie groził nam ostrzał właściwie z każdej ze stron.

 Kiedy pan się zorientował, że odniósł poważną ranę?

- Udało mi się otworzyć drzwi samochodu i gęsty dym opuścił kabinę. Wtedy mogłem zobaczyć, co się stało i dotarło do mnie, że jestem od pasa w dół cały pokiereszowany. Widziałem kość obraną z mięsa, kości udowe jednej nogi, drugiej nogi... Wszystko było odsłonięte i zapieczone. Lała się krew. Nie było wątpliwości, że wymagam intensywnej pomocy. Nie wiem, czy to morfina zaczęła już wtedy działać, ale miałem wrażenie, że sanitariuszka bandażuje mi nogę. A ja tej nogi właściwie nie miałem. Później wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. W ciągu 15 minut byłem już w amerykańskim śmigłowcu, w latającej karetce, którą osłaniały polskie śmigłowce i amerykański blackhawk.

Co pan czuje do ludzi, którzy was wówczas ostrzelali i przez których stracił nogę?

- Co ja czuję? Nie wiem. Na pewno nie powiem o nich, że to są spoko goście. Wręcz przeciwnie.

Przeszedł pan pięć operacji, w czasie ostatniej, przeprowadzonej przez amerykańskich lekarzy w bazie w Ramstein, amputowano nogę. Amerykanie pokazali panu swoich żołnierzy, którzy dzięki protezom byli sprawni i mogli normalnie funkcjonować. Nadzieja na w miarę normalne życie powróciła?

- Tak. To było dla mnie szokiem. Przed decyzją o amputowaniu nogi wisiała nade mną groźba, że będą przerzuty, bo zakażenie postępowało.

Zatem to pan podjął decyzję o amputowaniu nogi?

 - Tak. Przekonano mnie, pokazując mi sprawnych żołnierzy, którzy stracili dwie nogi. A mnie przecież groziła amputacja "tylko" jednej. Przyszedł lekarz i powiedział mi, że na decyzję mam czas do jutra. Zgodziłem się, a pielęgniarka przyniosła dokument do podpisania. Zapewniono mnie, że dalej będę pracował w wojsku. Ja, człowiek bez nogi, będę pracował w wojsku, gdzie dyskwalifikują ludzi z krzywym kręgosłupem? Ale rzeczywiście, pracuję w wojsku! Mam zapewnioną opiekę lekarską, najlepsze zaopatrzenie ortopedyczne na świecie. I mam też komfort psychiczny. Mam się o nic nie martwić. Wszyscy zapewniają mnie, że będzie w porządku.

A jest w porządku? Amputowana noga nie boli?

- Odczuwam bóle fantomowe. To bardzo dziwne uczucie, bo na przykład zaczyna boleć mnie obcięta pięta. Boli bardzo, bo mam wrażenie, że ktoś ją miażdży w imadle. I nie czuję pięty w miejscu gdzie kiedyś była, ale w miejscu amputacji nogi. Tam, gdzie ścieżka nerwów się urywa. Tam, gdzie nerwy są "zawiązane na supełek", czuć wszystko: łydkę, stopę, a najmocniej palce i piętę. Czuję wszystko, co zostało amputowane.

Czytałem wywiad z chorążym Franciszkiem Jurgielewiczem, również poszkodowanym na misji. Mówił, że śni mu się noga. I że jeszcze nie miał snu bez nogi. A pan miewa takie sny?

- Nie. Ja nie przypominam sobie snu, w którym miałbym nogę. Raz mi się śniło, że miałem przeszczep. Niestety, noga zaczęła sinieć i się obudziłem. Ale to był pojedynczy sen. Wszystkie inne są już  bez nogi. W głowie chyba się już zakodowało, że nogi nie ma... Ten sen z przeszczepem był wyjątkiem. Ale w śnie przeszczep się nie przyjął, noga zaczęła sinieć, a ja się od razu obudziłem. Bo to był koszmar.

 A Afganistan panu się śni?

- Nie. Tam trzeba było pojechać, zrobić swoje i wracać. I nie zabierać tego do kraju. Zostawić tam. Nie wszystkim się to udaje, bo kilku kolegów się leczyło. Wracali do domu, ale głowa zostawała im w Afganistanie. A to chyba jest jeszcze większy problem, niż moja noga. Bo moja głowa jest w kraju.

Właściwie prosto z pola walki wrócił pan do służby wojskowej, ale za biurko.

- Było ciężko, bo ja nie jestem człowiekiem stworzonym do takiej pracy. Oczywiście, to kwestia przyzwyczajenia, jak z protezą. Miałem nogę, teraz jej nie mam, jest sztuczna. Miałem pracę na linii frontu, teraz siedzę za biurkiem. Gdybym chciał wcześniej pracować z papierkami, to pchałbym się do sekcji osobowej. Ale nie chciałem. Bardzo lubiłem jeździć na poligon, na ćwiczenia. Teraz tego nie ma, to się skończyło. A jeszcze przez dwa lata w czasie rehabilitacji przygotowywałem się, by protezę w ogóle założyć. Było ciężko. Zastanawiałem się, czy może jednak nie iść na rentę. (chwila ciszy) Siedzę za biurkiem i pracuję głową. Praca umysłowa. Stwierdziłem, że warto byłoby studia zrobić. Za parę miesięcy bronię pracy, na razie licencjat, ale myślę o magistrze. Teraz, dzięki nowej protezie, będę trochę sprawniejszy.

Właśnie, to bardzo ważne. Jeździ pan na rowerze, bierze udział w rajdach, chodzi po górach. I jeszcze jest dwójka dzieci.

- Czasami na spacerach syn prosi, żebym z nim pobiegał. Odpowiadam, że nie mogę biegać. Syn wtedy prosi, żebym szybciej za nim szedł, a ja za nim kuśtykam.

Jak dzieci to przyjmują?

- One się z tym wychowały. Młody miał 13 miesięcy, kiedy wróciłem do domu bez nogi. Dla niego to normalne. Nie ma żadnych skrupułów. Zdarzają się ciekawe sytuacje na placu zabaw. Słyszę, jak mówi do kolegów: "Mój tata nie ma nogi", przylatuje i podwija mi nogawkę do góry, żeby im pokazać protezę. Ja zwijam nogawkę i szeptam mu, żeby przestał. Koleżankom też pokazuje. Śmiejemy się, że to podryw na amputowaną nogę taty. Dla niego to nie jest problem. On się wręcz tym szczyci.

Uśmiechnął się pan, mówiąc o tym.

- Wcześniej nie miałem zbyt wieli powodów do uśmiechu. W orzeczeniu lekarskim, wydanym przez komisję pół roku po wypadku, ustalono mi 85 procent długotrwałego uszczerbku na zdrowiu. 85 procent! Zaznaczono, że uszczerbek może się pogłębić, bo odniesiona przeze mnie rana mogła mieć wpływ na inne części ciała: biodro, kręgosłup. Na kolejne uszczerbki może mieć wpływ nawet lekka zmiana wagi. Gdyby orzekli wyłącznie "trwały", to oznaczałoby: "Koniec, więcej już ci nic nie będzie". A tak, może jeszcze być.

Wróciłby pan jeszcze do Afganistanu?

- Nie wiem! Nie chciałbym tam wracać... Nie, powiem tak. Chciałbym tam wrócić, ale nie walczyć, ale jako osoba zajmująca się papierkową robotą. Afganistan to jest piękny kraj. Niesamowita jest ta różnica kulturowa. Coś w tym jest, w tym jeżdżeniu na misje... Właśnie dlatego pojechałem na drugą misję. Teraz też bym pojechał na trzecią, ale na krótko i jako gryzipiórek.

Dowiedz się więcej na temat: Afganistan | weterani wojenni | Artur Wróblewski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje