"Nauczyliśmy się egzystować w biedzie"

Dlaczego nas denerwuje, że organizacje charytatywne są bogate, jak wydają pieniądze publiczne instytucje i co ma wspólnego "gospodarka wiecznej biedy" z pomaganiem - opowiada rozmowie z Interią Robert Kawałko, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Fundraisingu.

Justyna Tomaszewska, Interia: Liczba działających dzisiaj organizacji, które w jakiś sposób niosą pomoc, może sugerować, że Polacy lubią pomagać. Czy to dobra teza?

Reklama

Robert Kawałko: - Polacy lubią pomagać, jeżeli się w to zaangażują. To znaczy, kiedy będą ufać, że nikt ich nie oszuka, kiedy zobaczą rezultaty i ktoś będzie prowadził z nimi relacje w sposób osobisty, a nie krzyczał do nich przez plakaty czy przez telewizor.

- Kiedy da się ludziom prawdziwą satysfakcję, to chcą jej jeszcze więcej. W fundraisingu mówimy o modelu piramidy, pokazującym zaangażowanie człowieka w działalność organizacji. Od wpłacenia jednorazowej darowizny, przez stałe wspieranie finansowe, aż po etap, kiedy darczyńca sam inicjuje różne działania i przychodzi z pomysłami. Na samym szczycie tej piramidy jest możliwość zapisania części swojego majątku w spadku. I tak pomaganie staje się stylem życia, a nie tylko jakąś jednorazową decyzją...

Padło słowo fundraising. Co to jest?

- Fundraising to planowe, etyczne i skuteczne zbieranie pieniędzy, ale kryje się za tym również pewna metoda, styl pracy i zasady. Wielkie organizacje zwykle stosują reguły fundraisingu, bo to im daje bezpieczeństwo pracy. Wszystko jest uczciwe, jawne, oszczędne, gospodarne, z szacunkiem dla ludzi.

Uczciwość, jawność, oszczędność, gospodarność, szanowanie darczyńcy to właśnie te zasady?

- Tak. Ludzi nie można traktować jak bankomaty. Oni dają swój czas, swoją wiedzę, swoje ciężko zapracowane pieniądze i to wszystko trzeba uszanować. Nie można koncentrować się tylko na pieniądzach. Tym się różni fundraising od marketingu, od sprzedaży, czy żebractwa albo manipulowania. W fundraisingu na pierwszym miejscu jest człowiek, jego potrzeby, jego aspiracje, jego wizje, które możemy mieć wspólne, a dopiero potem czasem  wynikają z tego pieniądze.

Czasem?

- Tak, bo zdarza się, że pieniądze to jest najgorszy plan na darczyńcę. Dlatego, że on ma pomysły, ma umiejętności, może coś zrobić sam i to jest cenniejsze od pieniędzy.

- W fundraisingu pomaganie to partycypacja, czyli udział, współwłasność dzieł. Nie działa to na zasadzie, że jedna osoba coś robi i "jest wielka", a pozostali mają za to zapłacić. Zasada jest taka: To wy, darczyńcy, dokonujecie wielkich dzieł. Ja wam tylko powiem, gdzie pieniędzy i waszej pomocy najbardziej potrzeba. Czasem nakarmienie dziecka wcale nie rozwiązuje sprawy. Być może trzeba się zająć jego rodzicami, którzy nie mają pracy. To jest prawdziwy fundraising. A nie jednorazowe zafundowanie obiadu za 5 zł.

Jak to jest, że niektóre organizacje "rosną w siłę", a o innych nikt nie wie, choć ich cele bywają podobne?

- Niestety, w fundraisingu obserwujemy takie zjawisko, że ten, kto ma, dostaje jeszcze więcej. Kto ma pieniądze na zatrudnienie ludzi, na promocję, na dobrą stronę internetową, ten dostaje, bo wzbudza zaufanie. To ludzkie. Czy nie działamy właśnie w taki sposób? Czy nie wybieramy dla naszego dziecka zawsze bogatszej, lepszej szkoły? A dla naszego chorego członka rodziny lepszego i lepiej stojącego finansowo szpitala? Nie będziemy litować się nad placówką, która strajkuje i jest bliska zamknięcia. Nie poślemy tam chorego, żeby pomóc temu szpitalowi. Tu nie ma względów ani litości. Oczekujemy wyników.

I robi się zamknięte koło.

- Tak, ludzie pomagają tym, którzy mają więcej. Nie litują się nad tymi, którym nie idzie. Rozmawiałem wczoraj z jednym prezesem fundacji, który napisał pół roku temu list otwarty. Zaznaczył w nim, że jego fundacja jest bliska zamknięcia, że jest im bardzo ciężko i że proszą o pomoc. I natychmiast zmniejszyły się wpłaty. Teraz ta organizacja jest w tragicznej sytuacji. Tak to działa. Natomiast ktoś, kto mówi "mam więcej niż w zeszłym roku", dostaje jeszcze więcej.

To co mają zrobić organizacje, którym "idzie gorzej"?

- Trzeba rozmawiać z ludźmi i zapraszać ich do wspólnego dzieła. Trzeba się chwalić swoimi wynikami, trzeba być przejrzystym. Trzeba mówić o sukcesach. Sukcesem jest na przykład to: "Wynegocjowaliśmy lepsze ceny z dostawcami usług i obniżyliśmy koszty administracyjne z 10 do 8 proc. Dzięki temu pomogliśmy o 200 ludziom więcej." To jest świetna informacja. Ja chcę wtedy im dawać!

Skoro sukcesy mobilizują do pomocy, to co budzi kontrowersje wokół dużych, dobrze prosperujących organizacji? Dlaczego ludzi tak to burzy?

- Bo są biedni. Dla ludzi informacja, że ktoś wysłał listy za 100 tys. jest bulwersująca. Bo oni sami nigdy nie widzieli takich pieniędzy. Jeśli jednak dodać do tego informację, że dzięki tej wysyłce listów zebraliśmy pół miliona i dzięki temu, np. 300 dzieci dostaje codziennie obiad, to to już coś zmienia.

- Ludzie jednak są nieprzyzwyczajeni do inwestowania. Może problemem w Polsce jest właśnie to, że Polacy w większości dorastali w czasach, kiedy było wszystkiego za mało i ludzie nauczyli się egzystować w biedzie albo na skraju przetrwania. I teraz podświadomie odtwarzają ten model.

- A co robią instytucje publiczne? One mają obowiązek opróżnić sobie konto do końca roku. Czyli jeżeli zobaczą, że zostało im parędziesiąt tysięcy, a jest połowa grudnia, to idą na świąteczny urlop, a potem przez dwa ostatnie dni roku panicznie wydają pieniądze, żeby im nic nie zostało. Inaczej dotacja w przyszłym roku zostanie obcięta o kwotę, której nie rozdysponowano. To jest gospodarka wiecznego zera, wiecznej biedy. Zmuszanie ludzi do trwonienia pieniędzy. Trochę jak w bajce o złotej kaczce. A my powinniśmy się uczyć kumulować pieniądze i mądrze nimi dysponować.

Mamy skąd czerpać wzorce?

- Oczywiście. Najpierw pomyślmy, co to jest prawdziwa fundacja? Fundacja to jest dzieło utworzone przez bogatego człowieka, który ustanowił kapitał z większości swojego majątku po to, żeby ten nigdy nie ustał. Zatrudnia się ludzi, którzy mają ten kapitał inwestować. W Ameryce jest obowiązek, że 5 proc. wygenerowanych zysków z zainwestowanego kapitału fundacji należy przeznaczyć na pomaganie innym. Zwykle jednak organizacje wytwarzają 10 proc. zysku co roku. Więc połowa zostaje na powiększenie kapitału, a połowę rozdają. Trzeba jednak wiedzieć, że majątki tych fundacji wynoszą np. miliard dolarów. Więc przybywa im co roku sto milionów, z czego 50 mln przeznaczają na swoje cele statutowe. Jeśli tak robią, to zachowują wszystkie prawa do ulg podatkowych, to przyjmowania darowizn, do zmniejszania podatku od tej działalności itd.

- W Polsce fundacja to coś innego. Choć istnieją takie, które działają w amerykańskim modelu, jak np. Edukacyjna Fundacja im. prof. Czerneckiego w Olsztynie, to w zdecydowanej większości w naszym kraju fundacja to odkurzacz do pieniędzy, który zakładamy z niemal pustym kontem. Prawo nakazuje mieć zaledwie tysiąc złotych, żeby założyć fundację... Potem się martwimy, co tu zrobić, bo nie mamy pieniędzy. To całkowite odwrócenie metody działania. Tam rozdajemy, a tu zabieramy.

Jak w takim razie być dobrym, mądrym darczyńcą w Polsce i swojej pomocy nie zmarnować?

- Mądry darczyńca, jak już da pieniądze, nie zapomina o tym, co z nimi robi organizacja. Interesuje się, co się dzieje potem. Czyta informacje, chodzi na spotkania podsumowujące, dba o to, żeby raport z działania organizacji wisiał na stronie internetowej czy w inny sposób był ogólnodostępny. Czyli przyłącza się do tych, którzy działają uczciwie, a nie do tych, którzy wyglądają na uczciwych, a potem przynoszą rozczarowania, zarzuty. Trzeba inwestować. Oczekiwać rezultatów i przejrzystości - te dwa kryteria wystarczają, żeby być mądrym darczyńcą.

Rozmawiała Justyna Tomaszewska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje