Niepokój przed ŚDM i szczytem NATO słuszny czy na wyrost?

Na kilkadziesiąt dni przed Światowymi Dniami Młodzieży i szczytem NATO narastają obawy przed potencjalnym zagrożeniem. Niedawne zamachy w Paryżu i Brukseli, podwyższone alerty, apele o czujność, serie fałszywych alarmów czy ostatnie, zaskakujące wydarzenia z Wrocławia i Warszawy, w naturalny sposób wpływają na obniżenie poczucia bezpieczeństwa. Tonowanie społecznych niepokojów utrudnia brak skutecznej komunikacji w obszarze bezpieczeństwa.

Departament Stanu USA wydał oświadczenie, w którym wskazuje trzy wydarzenia, które w najbliższym czasie mogą wziąć na celownik terroryści. Oprócz piłkarskiego Euro 2016 i wyścigu kolarskiego Tour de France, w informacji Amerykanów mowa jest o Światowych Dniach Młodzieży, które odbędą się w Krakowie pod koniec lipca. 

"Wielka liczba turystów odwiedzających Europę w miesiącach letnich będzie stanowiła priorytetowy cel dla terrorystów planujących atak w miejscach publicznych, szczególnie w czasie wielkich wydarzeń" - napisano. 

Amerykański komunikat spotkał się w Polsce ze zdziwieniem. Od razu pojawiły się pytania, czy nie jest na wyrost. Tym bardziej, że sam rzecznik departamentu John Kirby przyznał, że nie chodzi o żadne konkretne zagrożenie, w żadnym konkretnym miejscu. 

Rutynowe działanie Amerykanów

Reklama

Emocjonalna reakcja w Polsce nie dziwi dr Krzysztofa Liedla, dyrektora Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas. - Przed nami dwie duże imprezy. Wszyscy zastanawiamy się, jak poradzić sobie z zapewnieniem bezpieczeństwa - mówi ekspert. 

Wyjaśnia jednak, że działanie Amerykanów jest czymś naturalnym. - Departament Stanu od czasu do czasu formułuje tego typu ostrzeżenia. One nie dotyczą tylko i wyłącznie Polski, ale wielu miejsc na świecie. Teraz konkretnie mówi się o Europie, bo od dłuższego czasu służby na świecie informują o tym, że terroryści planują ataki na tym terenie - wyjaśnia w rozmowie z Interią.

Przypomina również, że podobne komunikaty dotyczyły wcześniej m.in. Afryki Północnej czy Ameryki Południowej. Ekspert wyjaśnia, że takie informacje opracowywane są na podstawie wielu czynników, w tym analiz ryzyka, różnego rodzaju informacji wywiadowczych, czy informacji z placówek dyplomatycznych. 

- Ewidentnie z tej analizy ryzyka wynika, że celem jest również Polska. Nie patrzyłbym na to jednak jak na coś nadzwyczajnego. Traktowałbym to raczej w kategoriach pewnej rutyny, na którą my jako społeczeństwo do tej pory niespecjalnie zwracaliśmy uwagę - uspokaja dr Liedel.

Na rutynowy charakter ostrzeżenia wskazano też uwagę w komunikacie KPRM. "Nie ma żadnych sygnałów o zwiększonym zagrożeniu atakami w Polsce. Służby specjalne na bieżąco monitorują przygotowanie do Światowych Dni Młodzieży. (...) Wszelkie sygnały o zagrożeniach są zbierane przez służby i na bieżąco analizowane" - czytamy. 
  

Nakręcająca się spirala czy rzeczywiste zagrożenie?

Nasuwa się jednak pytanie, czy takie działania nie potęgują tylko nastroju zagrożenia. 

- Tego typu zachowanie wynika z sytuacji jaką mamy na świecie. Mamy do czynienia z kolejną falą zamachów terrorystycznych, które dotykają tym razem Europę a nie odległe regiony np. Afrykę czy Bliski Wschód. W związku z tym tego typu dyskusje powodują, że fala strachu trochę narasta. Ale to naturalny, a nie wyjątkowy proces - uważa nasz rozmówca. 

Oczywiście rolą służb jest zrobienie wszystkiego, aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo, ale powinny też informować o przebiegu przygotowań. Dr Liedel wskazuje na ważną rolę komunikacji za pomocą, której można wpływać na nastroje społeczne. 

Zdaniem eksperta, w obszarze bezpieczeństwa nie został wypracowany mechanizm, który gwarantowałby odpowiednie komunikowanie się ze zwykłymi obywatelami. - Powoływanie się na jakieś tajemnice państwowe czy służbowe wbrew pozorom bardziej nakręca spiralę niepewności, tajemniczości, i na tej kanwie powstają różnego rodzaju teorie, czy to spiskowe czy w ogóle teorie o czymś złym. To nie jest dobry model komunikacji - ocenia nasz rozmówca.

Złudne przyzwyczajenia

Niepokój podsycają też ostatnie wydarzenia w kraju: wybuch bomby na przystanku autobusowym we Wrocławiu i udaremnienie zamachu w pobliżu komisariatu policji w Warszawie. 

- Wydarzeń o takim charakterze od wielu wielu lat w Polsce po prostu nie było. One na pewno wpływają na poczucie bezpieczeństwa i dyskurs publiczny na temat potencjalnego zagrożenia - mówi ekspert. 

I przyznaje, że są one niepokojące nie tylko z punktu widzenia społecznego odbioru, ale też z punktu widzenia służb. - Okazuje się, że po pierwsze nie jesteśmy krajem zupełnie wolnym od tego typu zagrożeń i zdarzeń. Mało tego, okazuje się, że pojedyncza osoba jest w stanie przygotować, zaplanować takie działanie i my tak naprawdę nie jesteśmy w stanie temu skutecznie zapobiec - zwraca uwagę dr Liedel. 

Zdaniem eksperta, Polacy przyzwyczaili się do tego, że o terroryzmie mówi się przede wszystkim w kontekście globalnym, a jako główne zagrożenie wskazuje się islamskich ekstremistów. Tymczasem, o podłożenie ładunku wybuchowego we Wrocławiu podejrzany jest 22-letni Paweł R., student chemii, wcześniej nie notowany przez policję. W związku z planowaniem zamachu w Warszawie zatrzymano kilka osób związanych ze środowiskiem anarchistycznym. Najmłodszy z nim ma 17 lat. 

Samotne wilki

- Dzisiaj bardzo często analitycy wskazują wprost: dużym problemem jest tak zwany solo terrorysta czy samotny wilk. A więc osoby, które nie należą i nie mają bezpośrednich powiązań z organizacjami terrorystycznymi czy przestępczymi, a decydują się na stosowanie przemocy - mówi w rozmowie z Interią dr Krzysztof Liedel.  

- Nie możemy zapominać, że terroryzm jest tylko i wyłącznie metodą walki politycznej. I oprócz terroryzmu islamistycznego są różnego rodzaju skrajne postawy, które sprowadzają się do stosowania przemocy i chęci zastraszania i one też mogą stanowić zagrożenie - podsumowuje.




Dowiedz się więcej na temat: terroryzm

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje