Niezwykła terapia. "Lekarstwo" z czerwonym noskiem

Karol i Mateusz podczas poniedziałkowej wizyty w szpitalu /Jolanta Kamińska /INTERIA.PL

Walczą ze strachem i przygnębieniem, jakie u dzieci powoduje choroba, związany z nią pobyt w szpitalu i często bolesne leczenie. Nie podają małym pacjentom leków, nie mają ukończonych studiów medycznych, ale ich praca została uznana na świecie i, co najważniejsze, przynosi rezultaty. Choć pomysł narodził się w Austrii, kilka polskich klinik i szpitali z powodzeniem korzysta z tej nowatorskiej terapii.

Reklama

*

W ramach akcji #tekstyroku przypominamy najlepsze materiały napisane przez dziennikarzy serwisu Interia Fakty w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Reklama

*

Oczami małego pacjenta

Panowie i panie w białych fartuchach ciągle czegoś chcą. Przykładają nam dziwne urządzenia, nakłuwają rączki, podają gorzkie leki. Wiemy, co oznacza ten biały fartuch. "Boli, ale to po to, żebyś wyzdrowiał" - mówią do nas dorośli. Starają się być mili, choć czasami po rozmowach z nimi mama wraca z zaczerwienionymi oczami. Znów powie, że coś wpadło jej do oka. Nigdy nie przyznaje się, że płakała.

Czasami ktoś chlipie w poduszkę albo ociera ukradkiem łzę, spoglądając za okno. Tylko najmłodsze dzieci z oddziałów nie wstydzą się głośno płakać. Śmiech? Głośny śmiech? Tutaj rzadko się go słyszy. W szpitalu jakoś nie wypada się wygłupiać. Cieszyć się? Zazwyczaj nie ma z czego. Tu się po prostu cierpi i smuci, codziennie.

Od poniedziałku aż do... Ależ nie! W poniedziałek zawsze jest małe zamieszanie. Tym razem to kontrola czystości. - Proszę państwa, czy na tej sali była już przeprowadzona dezynfekcja? Nie? To niedopuszczalne! - oburza się młody mężczyzna. On też ma kitel. Ale też kolorowy krawat, gustowny melonik, buty w kolorze tęczy i czerwony nos - taki jak u klowna, który występował w obwoźnym cyrku.

Dziwny doktor z Meksyku

- Doktorze Sanchez Lopez - zwraca się do swojego towarzysza pan z czerwonym noskiem - natychmiast musimy rozpocząć na tej sali dezynfekcję.

Doktor Sanchez również ma biały fartuch, na który zarzucił kolorowe ponczo. Jego głowę zdobi meksykański kapelusz. Kiedy wchodził do sali, przygrywał na ukulele. On też ma czerwony nosek.

Obaj wizytatorzy podchodzą do dzieci i puszczają bańki mydlane, które pękają na skarpetkach, kapciach i bucikach. - Doskonale - chwali Sancheza pierwszy z nietypowych lekarzy. Po czym zwraca się do dzieci i wyjaśnia, że jego towarzysz przybył do pacjentów krakowskiego szpitala im. św. Ludwika prosto z Meksyku.

Zatrzymują się przy każdym łóżku. Pokazują sztuczki, wygłupiają się. Kiedy wychodzą z pierwszej sali, na korytarzu słychać wesołą piosenkę i dźwięki instrumentu. Kilkoro dzieci wędruje za nimi. W kolejnych salach ci niesforni "lekarze" zaczepiają małych pacjentów.

Leczą śmiechem

To już niemal rytuał. W każdy poniedziałek klowni z fundacji "Czerwone noski" pojawiają się w Szpitalu Dziecięcym im. św. Ludwika w Krakowie. Ta współpraca trwa już od prawie trzech lat. Profesjonalni aktorzy-klowni podejmują się walki ze strachem i przygnębieniem, spowodowanymi chorobą, długotrwałym pobytem w szpitalu i często bolesną terapią medyczną. Klowni starają się prowadzić inną terapię - leczenie śmiechem.

- Jesteśmy takimi chodzącymi pigułkami poprawiającymi odporność. Istnieją naukowe dowody na to, że serotonina (potocznie nazywana hormonem szczęścia - red.) pozytywnie wpływa na odporność i poprawia psychiczną kondycję człowieka. Poza tym, my po prostu wierzymy, że nasza praca pomaga w procesie zdrowienia - mówi aktor Karol Wolski, w poniedziałek, w który towarzyszę klownom z fundacji "Czerwone noski" - doktor Sanchez. Drugi z klownów - artysta kabareciarz Mateusz Marek - tego dnia pełni rolę asystenta doktora Sancheza.

Klown w szpitalu jak futbolowy mecz

Przed rozpoczęciem obchodu obaj ustalają, w jakie role wcielą się tego dnia. Reszta jest kompletną improwizacją. Przed wejściem na odział schemat jest ten sam. Klowni najpierw konsultują się z personelem medycznym, dowiadując, których pacjentów mogą odwiedzić. Potem następuje dokładna dezynfekcja rąk i można  wyruszać.

Kiedy wchodzą do sali, zdarzenia przybierają najróżniejszy obrót. Jak tłumaczą Mateusz i Karol, działanie wobec szczegółowego planu się nie sprawdza. Co prawda mają w zanadrzu kilka numerów specjalnych, ale całość polega na improwizacji.

- Każda sytuacja jest inna, nie ma powtarzalności. Bardzo musimy pilnować granic, by niczego nie wymusić. Najpierw pukamy i pytamy, czy możemy wejść. Jeśli sytuacja tego wymaga, wycofujemy się - wyjaśnia Mateusz. - Z klownem w szpitalu jest jak z meczem piłkarskim - kontynuuje. - Piłkarze, kiedy wychodzą na boisko, są technicznie przygotowani na pewne sytuacje, ale nie wiedzą tak naprawdę jak potoczy się gra, co wydarzy się podczas meczu - tłumaczy.

By "kolejne mecze" kończyć z jak najlepszym wynikiem kandydaci do pracy z małymi pacjentami przechodzą casting, a po nim szereg warsztatów, na których są szkoleni. By zostać klownem, trzeba mieć jakiś talent - aktorski, muzyczny, czy wyjątkową zdolność improwizacji.

Stetoskop do badania myśli

Wszystko, co akurat znajduje się w szpitalnej sali może zyskać nową rolę.

- Stetoskop staje się "piątkoskopem" - do przybijania piątek, albo narzędziem do badania myśli. Kroplówka może zamienić się w antenę, a łóżko szpitalne w odrzutowiec - wylicza Mateusz.

- Chodzi o to, by rekwizytom kojarzonym z bólem czy nieprzyjemnym badaniem nadać nowe znaczenie. Staramy się przełamać schemat szpitalnej procedury i oswajać dzieci z tą często zupełnie nową, w dodatku trudną sytuacją - tłumaczy Karol.

Psycholog: Dają radość, zmniejszają poziom stresu

Dobroczynny wpływ psikusów i wygłupów na proces zdrowienia potwierdza Aneta Abram, psycholog dziecięcy z krakowskiego szpitala św. Ludwika. - Rozłąka z rodzicami i pobyt dziecka w szpitalu oraz badania i zbiegi, którym jest poddawane w ciągu dnia powoduje u niego stres i napięcia  - mówi Abram.

- Zbyt wysoki poziom stresu utrudnia nie tylko powrót do zdrowia, ale także współpracę małego pacjenta z personelem medycznym. Dlatego wszelkie zajęcia, spotkania w szpitalu, które dają radość dziecku, zmniejszają jego stres i pozwalają przynajmniej na chwilę odwrócić uwagę od bólu, wpływają pozytywnie na jego proces leczenia - tłumaczy psycholog.

Jak dodaje, dzieci, które długo przebywają w szpitalu, często czekają na spotkanie z klownami i potem dzielą się wrażeniami z rodzicami, rodzeństwem.

"Nie zawiedliśmy się na noskach"

Współpracą na linii "Czerwone noski" - Szpital Dziecięcy im. św. Ludwika zajmuje się Aleksandra Rumińska. Przyznaje, że początkowo kierownictwo placówki z rezerwą podchodziły do propozycji współpracy. -  Ale daliśmy "noskom" szansę i nie zawiedliśmy się - przyznaje.

- Klowni na stałe wpisali się w życie naszego szpitala. Przynoszą radość nie tylko dzieciom, lecz także rodzicom i personelowi, a to również jest bardzo ważne - tłumaczy Rumińska i dodaje, że lekarze i inni pracownicy szpitala wysoko oceniają pracę klownów. 

- Potrafią dostosować się do zasad panujących na oddziałach, zupełnie nie przeszkadzają w codziennej pracy. Mają ogromne wyczucie, a ich działanie jest nieszablonowe. Widoczne jest ich indywidualne podejście do każdego z pacjentów, a kiedy trzeba również do rodziców. Mam wrażenie, że w każdym widzą kogoś innego, a to jest bezcenne - chwali nietypowych terapeutów.

Najbardziej zależy nam na kontakcie jeden do jeden

- Jesteśmy szkoleni przede wszystkim do zajęć  indywidualnych - potwierdza spostrzeżenia Aleksandry Rumińskiej Mateusz Marek. - Choć musimy sobie radzić z większymi grupkami dzieci - dodaje.

Wyjaśnia, że najbardziej zależy im na kontakcie "jeden do jeden", by dziecko czuło, że cała uwaga klowna jest skoncentrowana tylko na nim, że w tym konkretnym momencie to ono jest najważniejsze.

- Każde dziecko ma inne potrzeby, inaczej je również sygnalizuje. Jedne dzieci są otwarte i ciekawskie, inne zabłąkane czy zestresowane, a kiedy taki maluch znajduje się w grupie, trudniej wychwycić jakim sposobem możemy do niego dotrzeć - tłumaczy Karol.

Czasami klown powoduje płacz

Prowokowanie radości w miejscach takich jak szpital jest trudne. Dodatkowo dzieci nie zawsze reagują pozytywnie na widok klownów. Czasami się boją, a nawet płaczą.

- Bywa, że wchodzimy na salę, robimy sztuczki i nagle dziecko wybucha płaczem - przyznaje Karol.

W czasie wizyty w szpitalu jestem świadkiem takiej sytuacji. Około czteroletnia dziewczynka na widok klownów zaczyna szlochać. Doktor Sanchez i jego asystent natychmiast wycofują się i zachowując większy dystans zaczynają "czarować" . Mateusz wyciąga kolorowe chustki i nimi żongluje. Dziecko zamiera, w oczach, które przed chwilą szkliły się łzami widać zaciekawienie, a tuż po nim na małej twarzy pojawia się uśmiech.

Raz nie zapanowałem nad emocjami

Obaj klowni potwierdzają, że ich profesja nie należy do łatwych. Czasami rodzice nie chcą, by wchodzili na sale, bo obawiają się, że za wizytę będą musieli zapłacić. - Tłumaczymy, że nie przyjmujemy żadnych pieniędzy - mówi Karol. Za swoją pracę otrzymują wynagrodzenie z fundacji "Czerwone noski".

Najtrudniej jednak zachować nieustanną czujność przez 4 godziny, bo tyle zazwyczaj trwa wizyta na czterech oddziałach krakowskiego szpitala. - Nie da się też zapomnieć, że dzieci są chore.

- Jesteśmy tylko ludźmi. Czasami stykamy się z widokiem, który po prostu wzrusza - przyznaje Karol. Opowiada, że raz zdarzyło mu się nie wytrzymać. Nie umiał zapanować nad emocjami, kiedy z jednej z sal wyszło małe dziecko. Nie miało włosków, było wychudzone. Na widok cudacznych lekarzy próbowało się uśmiechać. - Ledwo podniosło rączkę z wenflonem, by mi ją podać. Pochyliłem się, chciałem coś powiedzie, ale nie byłem w stanie. Ten moment bliskości mnie "rozłożył". Mogłem tylko puścić bańki i musiałem wyjść, żeby ochłonąć - wspomina.

Nie idziemy tam po to, żeby się wzruszać

Mateusz i Karol zgodnie przyznają, że kiedy klown zdejmuje czerwony nosek, biały kitel i odkłada kolorowe akcesoria, by wrócić do codziennych zajęć, zawsze jeszcze myśli o tym, co zdarzyło się w szpitalu. Czasami czują się przytłoczeni cierpieniem, z którym się stykają, współczują małym pacjentom, ale nie mogą pozwolić, by to wpłynęło na ich pracę. 

- Musimy mieć inne podejście. Współczucie, czy wzruszenie to emocje, nad którymi powinniśmy zapanować, by wnieść w tę smutną, szpitalną rzeczywistość trochę dobrej energii, a nie czerpać tę złą. Do tego właśnie jesteśmy szkoleni - mówi Karol.

- Podczas wizyty tworzymy taki "radosny świat klowna" i naszym zdaniem jest zapraszać do niego dzieci. Jeśli przestaniemy się bawić, a zaczniemy współczuć, nie spełnimy swojej roli - podsumowuje Mateusz.

***

Idea - "Czerwone noski. Klown w szpitalu" narodziła się w Austrii i szybo rozprzestrzeniła w innych krajach Europy. W Polsce ludzi z czerwonymi noskami można spotkać w Centrum Zdrowia Dziecka i Klinice "Budzik" w Warszawie, w Wojewódzkim szpitalu we Wrocławiu, Specjalistycznym Zespole Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu oraz szpitalu św. Ludwika w Krakowie.

Dowiedz się więcej na temat: Czerwone noski | terapia śmiechem

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy