Od obrazu piekła do raka. Jak zaczęliśmy leczyć śmierć

Histeryczne próby przedłużenia życia i odarcie śmierci z wszelkich sensów sprawiły, że w zderzeniu z nią jesteśmy rozpaczliwie bezradni. Okopani w fikcji technologicznej nieumieralności i nadzwyczajnej mocy medycyny, toczymy walkę, która z góry skazana jest na przegraną. - Śmierć stała się przeciwnikiem życia, który je napada i niemal pożera. Jej obrazem przestało być piekło. Wyparł go rak - podkreśla w rozmowie z Interią bioetyk, profesor dr hab. Kazimierz Szewczyk z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Śmierć zaczęła dziczeć na naszych oczach. Zapatrzeni w iluzję nieumieralności, jaką zaczęła mamić nas medycyna, skutecznie rugowaliśmy wszystko to, co nadawało jej sens i zastygliśmy w przerażeniu. Pozbawieni  narzędzi jej oswajania, uciekamy w przesadę, banał albo, co gorsze, w milczenie.

- Kiedyś wsparciem w to wielkie przejście były religie, które dzisiaj nie mają aż tak wielkiego znaczenia, zwłaszcza na Zachodzie. Ich moc, z jednej strony zdejmująca lęk i dająca nadzieję, a z drugiej wtajemniczająca w śmierć, ustała - wskazuje prof. Zbigniew Mikołejko, filozof religii  z PAN w Warszawie. - Pewność  życia wiecznego i zbawienia jest w dzisiejszym świecie krucha, a nawet żadna. Zatem skoro mamy to jednorazowe życie, ta perspektywa wydaje się przerażająca - ocenia.

Fikcja wiecznego życia

Współczesna kultura też nam nie pomaga, bo opiera się na ucieczce od strachu, śmierci, a przede wszystkim od cierpienia. - Wyhodowaliśmy fikcję wiecznego życia, wiecznej młodości, wiecznej radości, a wręcz religię wiecznego, zdrowego życia. To jednak zasługa sił zupełnie innych niż te religijne - argumentuje profesor.

Istota toczącej nas bezradności w rachowaniu się ze śmiercią tkwi - w ocenie prof. Mikołejki - w swoistej medykalizacji patrzenia. - Śmierć stała się domeną wyspecjalizowanych zespołów od umierania, ekspertów w białych kitlach. Wysyłamy ją do hospicjów i chowamy za białe parawany szpitali. Nie zabieramy do nich dzieci, żeby nie patrzyły na starzejących się i konających ludzi. Na pogrzebach dzieci też się nie zjawiają. Chcemy je uchronić, a to wywiera skutek odwrotny do zamierzonego - wyjaśnia naukowiec.

Pornografia śmierci

Wbrew pozorom zalew śmierci, jaki dociera do nas ze środków masowego przekazu, z oswajaniem nas z odejściem na drugą stronę nie ma nic wspólnego. Jej terapeutyczny wymiar jest żaden, bo przefiltrowany przez szklany ekran obraz umierania nigdy nas nie dotyczy.

Według profesora Mikołejki, dotykamy tu zjawiska, określanego jako pornografia śmierci, które nas na swój sposób w obliczu śmierci znieczula. - Widzimy wzdęte zwłoki, masowo leżące po jakieś katastrofie, czy dół pełen ludzkich ciał gdzieś w Azji czy Afryce, a bywa, że i w Europie, bo ostatnie dziesięciolecia nie są pod tym względem czyste... Patrzymy na ofiary wypadków, leżące w plastikowych workach gdzieś na jezdni... Telewizja pokazuje nam te straszne sceny, a my w tym czasie rozmawiamy, popijamy herbatkę  i jemy kanapkę  - podkreśla prof. Mikołejko.

Odwagi wobec śmierci masowa kultura nas nie nauczy, bo mniej lub bardziej świadomie usunęliśmy z niej wszystkie narzędzia, które miały dawne tradycje. - Czytane dzieciom baśnie sprawiały, że inicjowało się je blisko śmierci. Baśnie bowiem zawsze niosły ze sobą jakąś grozę i przerażenie. Mówiły o mroku, tajemnicy, wejściu  w ciemne lasy czy objęcia potworów. To wszystko jest w baśniach braci Grimm. Podobnie w mitach greckich. Spójrzmy, ile tam jest nieszczęścia, fatalnego losu. Zresztą starożytny teatr też do tego prowadził. Kiedyś dorośli musieli do niego chodzić obowiązkowo, żeby zapoznawać się ze zjawiskiem losu, fatum i niechybnej odwagi wobec śmierci. Dziś to wszystko zostało nam odjęte - zaznacza profesor.


Histeria strachu przed pochowaniem żywcem

Miejsce dawnego modelu śmierci, oswojonej i dominującej w schrystianizowanej Europie, wyparł akt czysto biologiczny. - Dzięki religii chrześcijańskiej śmierć zyskiwała znaczenie jako przejście na tamtą stronę, nie jako ostateczny koniec, a zwieńczenie dotychczasowego życia. To, co posiada jakiś sens, nie przeraża tak, jak coś, co jest go pozbawione - wskazuje w rozmowie z Interią bioetyk, profesor dr hab. Kazimierz Szewczyk z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Gwałtowna zmiana w obrazowaniu śmierci nastąpiła w Europie w XVIII wieku. W Polsce, podobnie jak w innych, biedniejszych krajach katolickich, miało to miejsce nieco później, w latach sześćdziesiątych XX wieku.

- Śmierć stała się zjawiskiem czysto biologicznym, putrefakcją, czyli gniciem, pozbawionym jakiegokolwiek sensu, a co za tym idzie, ogromnie przerażającym - podkreśla bioetyk.

Pojawiła się histeria strachu przed pochowaniem żywcem, ale jednocześnie, w wieku światła i rozumu, zrodziła się - wzmacniana kolejnymi  odkryciami i osiągnięciami naukowców - wiara w medycynę, która zaczęła skutecznie przechwytywać umieranie.

Mit o nieumieralności technologicznej

- Śmierć była kiedyś czymś nieuleczalnym. Lekarz, zgodnie z tradycją hipokratesową, powinien odejść od łóżka chorego po stwierdzeniu tak zwanych "oznak nadchodzącej śmierci". Kultura zaczęła się jednak zmieniać, pojawił się nacisk na diagnozowanie śmierci. Po kolejnych sukcesach uczonych, a zwłaszcza dokonaniach Ludwika Pasteura, który skutecznie zaszczepił chłopca pogryzionego przez wściekłego psa, ludziom zaczęło się wydawać, że za jednym wstrzyknięciem będzie można wytępić wszystkie choroby. Wielką nadzieję obudziła też penicylina - wyjaśnia prof. Szewczyk.

Tak narodził się wielki mit o nieumieralności technologicznej, a jego fundamentem stała się naiwna wiara w to, że medycyna zapewni nam nieśmiertelność. Owo marzenie zaczęło się nawet początkowo spełniać.

Postęp w medycynie, związany z różnego rodzaju lekami, a zwłaszcza wprowadzony do klinik w latach 50. XX wieku respirator pokazał, że można uratować niektórych przed zgonem. Obdarowani przedłużonym życiem i tak wpadliśmy w histerię strachu przed śmiercią, która przybrała nieco inną szatę. Obraz ziejącego ogniem piekła zajął rak. Dopadający nas nagle i z coraz większą precyzją.

- W epoce śmierci schrystianizowanej , czyli śmierci oswojonej, ona była przed nami, gdzieś blisko, bo żyło się dość krótko, a teraz mamy ją na własnych plecach. Cała oświata medyczna, zwłaszcza onkologiczna, każe nam się dokładnie oglądać i sprawdzać, czy nie mamy znamion, a jak przychodzi wiosna, to straszą nas czerniakiem. Walka z rakiem stała się dziś walką ze śmiercią - zaznacza prof. Szewczyk.

Zaprzeczenie śmierci

Zajęci podejmowaniem rozpaczliwych prób podtrzymywania życia za wszelką cenę dotarliśmy do punktu, w którym zaczęliśmy śmierci zaprzeczać. Zdaniem profesora Szewczyka, w Polsce znamion tego zjawiska można dopatrywać się w braku możliwości odmowy leczenia, które dają stosowane w wielu krajach Europy oświadczenia pro futuro.

- Każdy ma prawo się nie leczyć, nawet jeżeli konsekwencją jest śmierć, i to nie ma nic wspólnego z eutanazją. Sporządzony wcześniej przez pacjenta testament życia pozwala - w sytuacji, gdy ulegnie on na przykład wypadkowi i jest w stanie wegetatywnym - na odłączenie go od aparatury. A u nas nie wolno tego robić, bo życie jest święte. Życie jest ważne, może i święte, ale taka walka za wszelką cenę o przeżycie, nawet już nie o życie, nosi znamiona zaprzeczenia śmierci - podkreśla naukowiec.

W ocenie prof. Szewczyka, w ruchu proeutanatycznym, który jest bezsprzecznie przejawem medykalizacji śmierci, gdyż to właśnie lekarz jest tym, który aktywnie przerywa życie pacjenta, można doszukiwać się swoistego rodzaju prób nadawania sensu umieraniu w cywilizacji technicznej, określanej jako innowacyjnej i bezrefleksyjnej.

- Mamy do czynienia z paradoksem. Eutanazja z jednej strony jest uznaniem i akceptacją bezsensu śmierci, a jednocześnie jest nadaniem śmierci sensu ze względu na to, że nad nią panuję  i wyznaczam jej moment. Mogę  ją zrobić i  wywołać, bo nie jest jakimś fatum czy zagrożeniem, które przychodzi z zewnątrz, jak to napawające przerażeniem gnicie - wyjaśnia prof. Szewczyk.

Prostych odpowiedzi  tutaj nie ma i nigdy nie będzie. O swoistą popularyzację praktyk eutanatycznych posądza się też hospicja, które jako jedyne przezwyciężyły medykalizację śmierci i są na nią bezpośrednią odpowiedzią. Stosowana w nich analgezja, czyli leczenie przeciwbólowe, istotnie może spowodować skrócenie życia, ale jednocześnie są one jedną z niewielu sfer w przestrzeni publicznej, w której śmierć próbuje się  - w dużej mierze  skutecznie  - oswajać i akceptować.

- W miejsce walki ze śmiercią pojawia się dążenie do śmierci spokojnej jako jednego z celów współczesnej medycyny. To stanowi nowość. U nas jeszcze tego nie ma - zaznacza profesor Szewczyk.

Mur niezrozumienia

Ukierunkowany na troskę o pacjenta i pogodzony z jego niechybną śmiercią trend w medycynie przedziera się do świadomości społeczeństwa, a nawet resortu zdrowia z ogromnym trudem. - Lekarz hospicyjny jest bodaj najniżej w hierarchii "dziobania". Próbuje się ciąć pieniądze i zmienić rangę instytucjonalną tego typu ośrodków. Dodatkowo, w świetle wszelkich statystyk, Polska w leczeniu przeciwbólowym plasuje się w ogonie Europy. To wszystko świadczy o tym, że jeszcze u nas śmierci nie zaakceptowaliśmy - podkreśla ekspert.

Daliśmy sobie dłuższe, a nawet bardzo długie życie, ale nie bardzo wiemy, co z tym fantem zrobić. Ludzi starszych i cierpiących często naznaczamy albo wyrzucamy poza społeczny margines.

Pogarda starości

- Propaganda nakłada nam rozmaite okulary, które nakazują nam nie widzieć tego lub owego. Dopiero od niedawna zaczęło się w Polsce mówić o problemie ludzi starych i sposobie radzenia z coraz powszechniejszą i coraz bardziej masową starością - zaznacza prof. Zbigniew Mikołejko.

Obowiązujący kult młodości każe nam mieć starość w pogardzie, a w Polsce to zjawisko jest dodatkowo uwarunkowane historycznie. - Jako wspólnota mamy dziedzictwo chłopstwa pańszczyźnianego, a starość na wsi była ciężarem, czymś strasznym. Odzywa się zatem wspomnienie, które żyje w podświadomości zbiorowej. Wyzwolenie od przeszłości zdaje się polegać na tym, że trzeba starością gardzić, odgradzać się od niej i jej nie widzieć. Jakby tych wszystkich młodych starość nie czekała... W kulturach Zachodu ludzie starzy mają status zbędnych, upychamy ich po kątach albo udajemy, że ich nie ma, bo jest ich aż tak wielu - wyjaśnia filozof.

Nastąpiło zjawisko określane przez ekspertów jako nierównowaga systemu. A umieranie, które przybrało kształt procesu, często naznaczonego trudnym do zniesienia cierpieniem, zaczęło przerażać nas jeszcze bardziej i to nie tylko w kategoriach mieszczących się w estetyce.

Życie wyprane ze smaku

- Kiedyś na choroby zakaźne umierało się dosyć gwałtownie. W przypadku dżumy dymieniczej od oznak do śmierci dzielił dystans około sześciu godzin. Dzisiaj się starzejemy, stąd większość chorób jest natury przewlekłej. Umiera się długo, a w godzinie śmierci na ogół jesteśmy sami, bo dzieci mamy coraz mniej, jeżeli w ogóle... Jednocześnie żyjemy już tak długo, że to życie przestaje mieć jakikolwiek sens - tłumaczy prof. Szewczyk.

Troszcząc się jedynie o przedłużenie życia, wypieramy je z wszelkiego smaku, co lęk przed ostatecznym odejściem czyni jeszcze bardziej dramatycznym. - Prowadzą do tego te wszystkie polityki zdrowotnościowe: jedz witamy, odżywiaj się właściwie, nie pal papierosów, uprawiaj sport. Jeszcze dwadzieścia lat temu aż tak przerażającej histerii w tej materii nie było - podkreśla prof. Mikołejko.

-  Cóż z tego, że przedłużymy życie, jeżeli będzie ono zajmowało się tylko przedłużaniem samego siebie? Trzeba spróbować różnych, także autodestrukcyjnych przygód.  Wiadomo, że życie jest bytem jednorazowego użytku. Ci, którzy nie smakują go wszechstronnie i troszczą się tylko o jego długość, o zdrowie, wcale nie odnoszą korzyści. Zatem: po co żyć?  - pyta filozof.

Śmierci wyleczyć się nie da. Można powalczyć o pełniejsze życie...

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje