​Pierwsze referendum de Gaulle’a

57 lat temu, 4 września 1958 generał Charles de Gaulle wygłosił przemówienie do tysięcy Francuzów zgromadzonych na paryskim Placu Republiki, przedstawił im w głównych zarysach projekt nowej konstytucji i zachęcił do jej przyjęcia w nachodzącym referendum. Odbyło się ono 28 września i zakończyło miażdżącym zwycięstwem "tak" (ponad 80 proc. ważnie oddanych głosów, przy blisko 85-proc. frekwencji), po czym 4 października nową ustawę zasadniczą promulgowano.

Dlaczego ma to dla nas dzisiaj (na początku września 2015 r.) jakieś znaczenie? Dlatego, że jest to jeden z tych - nielicznych - przykładów, gdy "głosowanie ludowe" miało za przedmiot problem rzeczywisty, ten problem wzbudził realne zainteresowanie obywateli (wysoka frekwencja), a ich werdykt był bezapelacyjny. A jednak...

Reklama

Przypomnijmy najpierw polityczne okoliczności, w jakich do tego doszło. Po szczęśliwym dla Francji końcu wojny zaprowadzono tam nowy ustrój polityczny (tzw. IV Republikę), co było koniecznością w obliczu jaskrawej kompromitacji poprzedniego - klęski wojskowej i moralnej w czerwcu 1940 r. i powstania proniemieckiego Państwa Francuskiego z siedzibą w Vichy. Tak więc po zwycięstwie Aliantów, do których w samej końcówce wojny udało się (bez wątpienia na wyrost) włączyć także Francję, kapitał moralny III Republiki był całkowicie wyczerpany.

Powstała więc IV Republika, ale powtórzyła ona błędy konstrukcyjne poprzedniego ustroju, w tym szczególną jej cechę: niestabilność gabinetową. Złośliwie, ale nie bez racji taki system bywa nazywany systemem "zaginionej większości", co oznacza, że parlament jest trwale niezdolny do wytworzenia i podtrzymania przez dłuższy czas większości parlamentarnej. Rządy upadające co kilkanaście miesięcy to rządy słabe, nie mogące rozwiązywać poważnych i długofalowych problemów. To się w demokracjach zdarza. I niekiedy daje się z tym żyć.

Ale dodatkowy kłopot polegał w tym wypadku na tym, że owa niezdolność do rządzenia zbiegła się z kryzysem dekolonizacji. Francja była w owym czasie mocarstwem kolonialnym, ale właśnie wtedy jej kolonie zaczęły się buntować. Z kolei niemała część obywateli (czy to europejskiego czy to zamorskiego pochodzenia) nie godziła się na utratę kolonii, które ci ludzie postrzegali jako niezbywalną część Francji, jako terytoria które zostały doprowadzone do nowoczesności (ucywilizowane - mówiąc językiem politycznie niepoprawnym) przez Metropolię. Żeby zrozumieć uczucia tych ludzi wyobraźmy sobie Polaków z Kresów w 1945 roku, którzy nie potrafią zaakceptować innej Polski niż tylko w granicach z Wilnem i Lwowem. W każdym razie konflikty wokół hasła niepodległości dla Algierii, Maroka i Tunezji były w Francji nadzwyczaj głębokie i znalezienie wyjścia wymagało z pewnością rządów silnych poparciem społecznym. A takich rządów właśnie wtedy dramatycznie Francji brakowało.

Wyłonione w wyborach w styczniu 1956 r. Zgromadzenie Narodowe było klasycznym przykładem izby parlamentarnej niezdolnej do wyłonienia rządu. Na blisko 600 deputowanych ponad 200 (komuniści i pujadyści) z zasady nie wchodziło w koalicje z kimkolwiek - to szalenie utrudniało znalezienie większości, zważywszy, że pozostała część Zgromadzenia była podzielona na wiele klubów i każda matematycznie możliwa koalicja musiała składać się z wielu członów, a więc godzić wiele politycznych sprzeczności. Taki układ sił zapowiadał tęgie kłopoty. I one nadeszły jedne po drugich.

Rząd Guy Molleta wyłoniony 1 lutego 1956  upadł  30 września 1957. Rząd Félixa Gaillarda powstał 5 listopada 1957, a został obalony 15 kwietnia 1958. 13 maja tego roku powstaje rząd Pierre’a Pflimlina - tego samego dnia rozpoczyna się w Algierze bunt wojska i zwolenników Algierii francuskiej. Dwa dni później do akcji wkracza gen. Gaulle wydając oświadczenie, a w którym zgłasza gotowość przejęcia władzy. Generał ponawia ofertę 19 maja - podczas gdy sytuacja w Algierze i w Metropolii coraz bardziej się degraduje i legalny rząd trzyma się już tylko siłą przyzwyczajenia. W ostatnim momencie Zgromadzenie Narodowe przyjmuje projekt rewizji konstytucji (idący w kierunku, który wkrótce ogłosi i przeprowadzi de Gaulle), ale jest już za późno. 27 maja de Gaulle publikuje komunikat, w który stwierdza, że rozpoczął działania mające na celu utworzenie rządu. Z pewnością było to działanie co najmniej na granicy prawa, a raczej z jego przekroczeniem, ponieważ Generał był w tym momencie osobą prywatną i żadna legalna władza nie upoważniła go takich działań. Tu (ale nie tylko tu) jest problem legalizmu przejęcia władzy - ale zostawmy to. W każdym razie de Gaulle mając poparcie armii gotów jest wykorzystać ścieżkę parlamentarną. Wtedy prezydent René Coty oświadcza, że zamierza powierzyć funkcję szefa rządu temu "najbardziej wzorowemu Francuzowi". To pozwala de Gaulle’owi stawić się przed Zgromadzeniem, które 1 czerwca daje mu votum zaufania jako premierowi,  następnie przegłosowuje pełnomocnictwa dla jego rządu celem opracowania projektu nowej konstytucji. W ten sposób akcja, która miała niewątpliwie również cechy zamachu stanu, na koniec pozostaje w koleinach legalizmu.

Ale przecież de Gaulle nie po to brał władzę, iżby to była władza w ramach tak marnych instytucji politycznych, jakie musieli znosić Guy Mollet, Fellix Gaillard czy Pierre Pflimlin.  Nowa konstytucja, opracowana pod przemożnym wpływem Generała, uczyniła jego zamiarom zadość.

Główne cechy tej konstytucji to: 1) ustrojowe usytuowanie prezydenta ponad partiami i powierzenie mu władzy "arbitra" dbającego o interesy całego narodu; 2) racjonalizacja systemu parlamentarno-gabinetowego przez uczynienie rządu mniej podatnym na chwilowe kaprysy Zgromadzenia Narodowego; 3) uczynienie parlamentu bardziej zdolnym do wyłaniania większości, a - poprzez to - skuteczniejszym zarówno w kontroli egzekutywy jak i w stanowieniu ustaw.

Tak pomyślaną konstytucję gen. de Gaulle przedstawił Francuzom 4 września 1958 roku. Wkrótce w referendum została ona przyjęta i stanowi do dziś (z pewnymi modyfikacjami) fundament V Republiki.

Jak zaznaczono na wstępie, jest to jeden z tych nielicznych przypadków referendów, które miały sens. Nie da się bowiem zakwestionować tak wyraźnej woli Francuzów w odpowiedzi na zadane pytanie. Ani ich masowego uczestnictwa. Ani wagi problemu.

Ale nawet to - wydawać by się mogło - modelowe referendum pozostawia otwartym pytanie o rzeczywistego decydenta. Czy na pewno był nim naród francuski? Przecież nie pytano go, jak sobie wyobraża lepszy ustrój, tylko o to, czy popiera tę konkretną propozycję przedstawioną przez Generała. Ale może to i tak było wyjście mniej złe? Może nie ma sposobu na redagowanie konstytucji wprost przez obywateli? A co by było, gdyby za tym samym projektem, który potem stał się fundamentem V Republiki, opowiedział się ktoś mniej znany, mniej popularny, z mniejszą charyzmą i z mniejszymi zasługami historycznymi? Czy wtedy również większość Francuzów by ten projekt poparła? Można w to bardzo poważnie wątpić. Czy zatem  to referendum nie było w większym stopniu głosowaniem za czy przeciw de Gaulle’owi, nie zaś za czy przeciw zespołowi przepisów prawa konstytucyjnego, których prawdziwego sensu - bądźmy szczerzy - większość głosujących raczej nie ogarniała?

Takie pytania można mnożyć. A cóż powiedzieć o referendach, gdzie stawiany problem ma mniejszą wagę, albo jest zgoła pozorny, albo też podszyty jest populistyczną iluzją, że można ludziom obiecać wszystko?

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje