Po co nam dziś Bóg?

Jakoś nieswojo przyznać się dziś, że w każdą niedzielę paraduje się w odświętnym stroju do kościoła. Bo po co komu Bóg, a tym bardziej jakieś ceregiele - pastowane buty, wykrochmalone kołnierzyki i elegancka garsonka. Nie chodzę w garsonkach i nie znoszę kołnierzyków - tym bardziej wykrochmalonych. Do kościoła chodzę regularnie.

"Bóg urojony"

Reklama

Co jest nie tak z Bogiem, że pisze pan opasłą książkę przeciwko niemu? - pytał Richarda Dawkinsa, autora kontrowersyjnej książki "Bóg urojony" Marcin Fabjański ("Przekrój").

- Przede wszystkim to, że Bóg nie istnieje. I choć jego samego nie ma, to niestety istnieją jego wyznawcy. I sprawiają, że świat staje się ponurym miejscem dla ich współpasażerów podróżujących na tej planecie.

Dawkins w wywiadzie dla "Przekroju" stwierdził, że odczuwa litość wobec Polski - kraju, w którym 90 proc. ludzi deklaruje wiarę w Boga. Stwierdził również, że nie można oszukiwać ludzi i należy ich przekonać do tego, że Boga nie ma. Autor poczuwa się do bycia lekarzem, który powie milionom wiernych, że są śmiertelnie chorzy (chorzy na Boga) i choć prawda będzie dla nich ciosem, warto ich uświadomić.

Richard Dawkins jest profesorem uniwersytetu w Oksfordzie, autorem bestsellerów i laureatem prestiżowych nagród. I to tyle.

Tertulian, żarliwie wierzący człowiek, ironizował w Preskrypcji przeciw heretykom: "Dopóki nie przyszli ci heretycy, cały Kościół był pogrążony w błędzie! Prawda czeka na wolność, którą otrzyma z rąk marcjonitów i walentynian! Bo do tej pory na próżno głoszono Ewangelię, na próżno wierzono, na próżno spełniono tak wiele czynów wiary, na próżno tyle cudów, działania tylu charyzmatów, na próżno tyle czynności kapłańskich, tyle sprawowanych posług, wreszcie na próżno tylu wierzących uwieńczyło swoją wiarę męczeństwem!". To tak, jakby przekreślić wiele wieków wiary tylko przez "fantasmagorie heretyków" - po naszemu, przez prowokację.

Chyba najbardziej jaskrawym przykładem prowokacji była książka Dana Browna, skądinąd świetne czytadło, "Kod Leonarda da Vinci".

Autor próbował dowieść, że Konstantyn Wielki nakazał spisanie Biblii, która pomijała wszystkie ludzkie cechy Jezusa. Brown twierdził również, że Maria Magdalena była w ciąży z Jezusem i pełniła rolę świętego Graala - kielicha wypełnionego krwią Jezusa. Według tego, co podano w książce, związek Marii Magdaleny i Jezusa miał dać początek francuskiej dynastii Merowingów.

Na stronach Opus Dei można znaleźć twierdzenie, że książkę Browna zalicza się do gatunku teology-fiction. Opus Dei nie krytykuje książki - skoro jest zaliczana do takiego gatunku, to też nie można brać "faktów" opisanych przez Browna poważnie, a tym bardziej, nie można autora rozliczać z treści. Wielką zaletą powieści jest to, że udało się zainteresować czytelników procesem powstawania Pisma Świętego.

Liliana Sonik w artykule dla "Rzeczpospolitej" pisała: "Wszystko (tezy Browna dot. roli Marii Magdaleny - przyp. red.) brzmi jak karykatura genderowych dociekań z feministycznych teorii dla ubogich. Oferta Dana Browna wchodzi jak w masło w mentalność już przygotowaną i konstruuje niby-naukowe wywody mające ją potwierdzić."

Brown opiera swe tezy również na sztuce - dokładnie na obrazie Leonarda "Ostatnia wieczerza". Dalej w artykule "Globalny zabobon" Liliana Sonik pisze: "Brown mówi: sprawdź, czytelniku, sam, zobacz na własne oczy! Patrz na znaki V!. Czytelnik rzeczywiście widzi, że wolna przestrzeń między sylwetką Chrystusa a sylwetką św. Jana ma kształt V. Nie musi jednak wiedzieć, że taka jest natura kompozycji grupującej postaci w trzyosobowe moduły, co pozwala statycznemu wyobrażeniu nadać rytm i uniknąć monotonii."

Argumenty Browna trafiają do osób, które przede wszystkim nie znają Biblii, historii i historii sztuki. A takich odbiorców jest wiele.

Dowiedz się więcej na temat: brown | Bóg

Reklama

Reklama

Reklama